Blog

Skarb znaleziony na strychu. Co się kryje w ikonie Hodegetrii z Nowej Wsi?

W latach 1947–1950 w ramach akcji „Wisła” przeprowadzono masowe przesiedlenia Ukraińców, Bojków, Dolinian i Łemków zamieszkujących od wieków tereny Polski południowo-wschodniej. W jednym z połemkowskich gospodarstw w Nowej Wsi nowi polscy właściciele odkryli wspaniałą ikonę przedstawiającą Matkę Boską Hodegetrię w otoczeniu proroków, hymnografów i świętych. Nie wiadomo, skąd się tam wzięła i w jaki sposób przetrwała (w dobrym stanie!). W 1977 roku obiekt ten zakupiło Muzeum Okręgowe w Nowym Sączu. Ikona datowana jest na koniec XV wieku i zawiera bardzo dużo niezwykle interesujących szczegółów.

Ikona Matka Boska Hodegetria w otoczeniu proroków, hymnografów i świętych, koniec XV wieku, Nowa Wieś,
Muzeum Okręgowe w Nowym Sączu. Digitalizacja: RPD MIK, domena publiczna


Co to jest Hodegetria?

Wedle tradycji cesarzowa Pulcheria w V wieku ufundowała w Konstantynopolu monastyr (klasztor) Hodegon wzniesiony wokół cudownego źródła, dzięki któremu ślepcy mieli odzyskiwać wzrok. Przyprowadzali ich tam przewodnicy (hodegoi) lub też po prostu mnisi z klasztoru. To właśnie z tym miejscem związana była najsłynniejsza ikona Matki Boskiej Hodegetrii, czyli Przewodniczki. W przedstawieniu tym Maria wskazuje dłonią na błogosławiącego Chrystusa, siedzącego na jej ramieniu, objawiając w ten sposób ludziom drogę do zbawienia.

Legenda przypisała autorstwo ikony św. Łukaszowi Ewangeliście, który miał namalować Marię i Jezusa „z natury”, na desce stołu. W kaplicy monastyru ikona ta miała znajdować się już w połowie V wieku (sprowadzona przez cesarzową Pulcherię). Jednakże, choć w Bizancjum formacja kultu maryjnego nastąpiła między V a VII wiekiem, to sama świątynia Hodegetrii pierwszy raz wzmiankowana była dopiero w IX wieku. Ostatnie badania wiążą ten klasztor z panującym wówczas cesarzem Michałem III i trudno ostatecznie stwierdzić, czy słynna Hodegetria była rzeczywiście ikoną późnostarożytną. Jej kult rozwinął się na dobre dopiero w średniowieczu. Nie wiemy nawet na pewno, czy było to ujęcie w półpostaci. Ostatecznie to właśnie półfigurowa kompozycja zyskała popularność (od około połowy XI wieku).

W całym chrześcijańskim świecie, zarówno w Kościele wschodnim jak i zachodnim, przez kolejne stulecia powielano wizerunki Matki Boskiej Hodegetrii w różnych wariantach i niezliczonej ilości egzemplarzy. Legendy dotyczące cudownych wizerunków bardzo często „przechodziły” na ich kopie – stąd też liczne Hodegetrie (w tym także m.in. Matka Boska Częstochowska) były określane jako dzieło samego św. Łukasza. Oryginał z klasztoru Hodegon niestety nie przetrwał zdobycia Konstantynopola przez Turków w 1453 roku. Już w tekstach średniowiecznych mieszano nazwy klasztoru i ikony, wywodząc je od siebie nawzajem.

Cuda w każdy wtorek!

Wedle piętnastowiecznych relacji oryginalna ikona z klasztoru Hodegon była bardzo ciężka: przyozdobiono ją złotniczą sukienką i wystawiano w żelaznej kasecie. Pojawiła się nawet informacja, że podobrazie tej ikony było z kamienia, co jednak jest mało prawdopodobne. Ciężar obrazu miał znaczenie, ponieważ noszono go w każdy wtorek po mieście i wówczas odnotowywano liczne uzdrowienia.

Cotygodniowe procesje ikony po Konstantynopolu były relacjonowane przez obserwatorów z XIV wieku (takich jak Stefan Nowogrodzianin, Ignacy Smoleński, Aleksander Diak oraz anonimowi pielgrzymi). Jeszcze w pierwszej połowie XV wieku Diakon Zosim wspomniał, że w każdy wtorek Bogurodzica czyni cuda w monasterze Hodegetrii. Procesja wtorkowa mogła być ustanowiona prawdopodobnie pod koniec XIII wieku. W kolejnym stuleciu z kultem Matki Boskiej Hodegetrii pozwiązano słynny Akatyst ku czci Bogurodzicy, czyli wzorcowy hymn liturgiczny, który wywodzić się miał z twórczości Romana Melodosa z VI wieku, a ukształtować ostatecznie w VII lub VIII wieku. To właśnie rola hymnów w kulcie maryjnym w niezwykły sposób została podkreślona w ikonie z Nowej Wsi.

Różdżka, drabina i owcze runo

Ikona to zawsze obraz plus tekst. Nawet łatwo rozpoznawalne postacie są w sztuce wschodniej podpisane, przynajmniej skrótowo. W ikonie w Nowym Sączu w lewym górnym rogu jest archanioł Michał, zaś w prawym – archanioł Gabriel. Matka Boska i Jezus Chrystus są opisani odpowiednimi skrótami poniżej. Natomiast dookoła zostali umieszczeni prorocy oraz hymnografowie, czyli twórcy poezji, hymnów i pieśni liturgicznych Kościoła wschodniego.

Hodegetria w otoczeniu proroków to jeden z najciekawszych typów w malarstwie ziem ruskich dawnej Rzeczypospolitej. Trudno jednoznacznie wskazać konkretne źródło inspiracji dla tego typu przedstawień. Prawdopodobnie złożyły się na nie liczne tradycje, a interpretować je można m.in. w odniesieniu do zachowanych kazań oraz hymnów. Najstarsze ikony tego typu pochodzą z klasztorów na górze Athos i górze Synaj i datowane są na XI–XIII wiek. Na ziemiach ruskich ten typ ikon był szczególnie popularny w XV–XVI wieku.

Przedstawienia Matki Boskiej z Dzieciątkiem w otoczeniu proroków wpisują się w popularne w średniowiecznej teologii podkreślanie zgodności między Starym i Nowym Testamentem; zresztą powiązanie Bogurodzicy ze starotestamentowymi proroctwami na temat Wcielenia znajdziemy już w piśmiennictwie Ojców Kościoła. Jacy zatem starotestamentowi prorocy otaczali Matkę Boską?

U góry po lewej ukazano Mojżesza. Co ciekawe, nie ma on żadnego atrybutu ani zwoju z cytatem. W innych tego typu kompozycjach pojawia się odniesienie do krzewu gorejącego, pod postacią którego Bóg ukazał się Mojżeszowi. Płomień, który pali, lecz nie niszczy, to symbol dziewictwa Marii.

W prawym górnym rogu, do pary z Mojżeszem, ukazany został jego brat Aaron. Mojżesz i Aaron to patriarchowie Domu Izraela i rodu Dawidowego, z którego wywodził się Mesjasz. Aaron ubrany jest w bogate szaty podkreślające godność pierwszego arcykapłana. Jego atrybutem jest kwitnąca laska, ponieważ wybór Aarona na arcykapłana został potwierdzony cudem opisanym w Księdze Liczb (17,16-26). Każdy z przedstawicieli dwunastu pokoleń Izraela złożył laskę w Namiocie Spotkania i tylko ta należąca do Aarona zakwitła i wydała owoce. „Różdżka Aarona” także symbolizuje Matkę Boską w cudowny sposób przynoszącą światu owoc w postaci Mesjasza.

Ikona Matka Boska Hodegetria w otoczeniu proroków, hymnografów i świętych – detale: po lewej Mojżesz, po prawej Aaron


Poniżej widnieje kolejna para proroków, tym razem królewska: to Dawid i Salomon, obydwaj w koronach na głowach. Dawid trzyma w dłoni model Arki Przymierza, którą przeniósł na wzgórze Syjon w Jerozolimie, zaś Salomon wybudował dla niej Pierwszą Świątynię. W tekstach Matka Boska, w której łonie skrył się Mesjasz, była przyrównywana zarówno do Świątyni kryjącej Arkę, jak i do samej Arki Przymierza, w której Izraelici przechowywali dowody obecności Boga.

Ikona Matka Boska Hodegetria w otoczeniu proroków, hymnografów i świętych – detale: po lewej król Dawid, po prawej król Salomon


Następna para to Gedeon i Jakub. Futrzasta kula w dłoniach Gedeona to owcze runo – atrybut tej postaci wywodzi się od cudu, opisanego w Księdze Sędziów. Aby przekonać się, czy Bóg pomoże Izraelitom w walce z Midianitami, sędzia Gedeon najpierw poprosił, aby pozostawione na noc na ziemi runo pokryło się rosą, choć ziemia dookoła miała zostać sucha. Gdy tak się stało, Gedeon poprosił raz jeszcze o cud odwrotny, aby rano na mokrej ziemi runo pozostało suche. Runo, które pozostało suche mimo rosy, interpretowano jako odniesienie do Marii, która pozostała dziewicą mimo urodzenia Mesjasza.

Jakub natomiast to patriarcha, syn Izaaka i wnuk Abrahama. Oprócz zwoju z proroctwem ma atrybut w postaci drabiny. Odnosi się ona do jego wizji sennej, opisanej w Księdze Rodzaju (Rdz 28,12), w czasie której ujrzał aniołów wstępujących i zstępujących z nieba po drabinie. Drabina łącząca niebo i ziemię może być w tym przypadku również symbolem Matki Boskiej.

Ikona Matka Boska Hodegetria w otoczeniu proroków, hymnografów i świętych – detale: po lewej Gedeon, po prawej Jakub


Kolejną parą proroków są Micheasz i Ezechiel, ukazani ze zwojami. Dodatkowym atrybutem proroka Ezechiela są drzwi, a właściwie brama – w odniesieniu do fragmentu z Księgi Ezechiela (Ez 44,1-3): „I rzekł do mnie Pan: »Ta brama ma być zamknięta. Nie powinno się jej otwierać i nikt nie powinien przez nią wchodzić, albowiem Pan, Bóg Izraela, wszedł przez nią«”. Zamknięta brama może symbolicznie odnosić się do dziewictwa Marii. „Brama niebios” była zresztą jednym z popularnych określeń Matki Boskiej.

Ikona Matka Boska Hodegetria w otoczeniu proroków, hymnografów i świętych – detale: po lewej Micheasz, po prawej Ezechiel


W Starym Testamencie wyróżnia się czterech proroków większych oraz dwunastu proroków mniejszych – do tych ostatnich należą Micheasz oraz ukazany w kolejnej parze Amos. Tymczasem zarówno Ezechiel, jak i zestawiony w ikonie z Amosem Izajasz, to prorocy więksi. Izajasz oprócz zwoju ma tutaj dodatkowy atrybut w postaci kwitnącej laski, podobnej do tej, którą trzyma Aaron. To dlatego, że proroctwo Izajasza zawiera zapowiedź nadejścia Mesjasza ujętą w metaforę: „I wyrośnie różdżka z pnia Jessego, wypuści się odrośl z jego korzeni” (Iz 11,1). Odnosi się ona do Wcielenia i pochodzenia Chrystusa z rodu Dawidowego (Jesse był ojcem Dawida).

Ikona Matka Boska Hodegetria w otoczeniu proroków, hymnografów i świętych – detale: po lewej Amos, po prawej Izajasz


Na samym dole ukazana została ostatnia para: to Jeremiasz i Daniel, pozostali z czwórki proroków większych. Daniel trzyma w dłoni fragment górzystego pejzażu, co odnosi się do tłumaczenia przez tego proroka snu Nabuchodonozora (Dn 2,34 oraz 2,45) o skale, która samoczynnie odrywa się od góry bez niczyjej ingerencji. Fragment ten interpretowano jako zapowiedź Wcielenia: Chrystus to skała, zaś górą jest Maria.

Ikona Matka Boska Hodegetria w otoczeniu proroków, hymnografów i świętych – detale: po lewej Jeremiasz, po prawej Daniel


Poeci sławią Madonnę

Rozbudowana wersja Hodegetrii, którą reprezentuje ikona z Nowej Wsi, zawiera także przedstawienia hymnografow oraz rodziców Marii, czyli świętych Joachima i Anny. Tego typu przedstawienia były charakterystyczne właśnie dla ruteńskich ikon, podczas gdy na przykład na Bałkanach zestawiano zazwyczaj Matkę Boską tylko z prorokami. W ten sposób Madonnę otacza zgromadzenie tych, którzy byli świadkami Dobrej Nowiny, sławiącymi Marię w swych proroctwach, homiliach i hymnach. Odwołania do tych właśnie postaci odnajdziemy zresztą w homiliach z IX wieku. Rodzice Marii mogli występować jako odpowiedniki Adama i Ewy. Przede wszystkim jednak święci Joachim i Anna są łącznikami między Starym a Nowym Testamentem. Trzeba podkreślić, że nie występują oni w kanonicznych księgach biblijnych, lecz są bohaterami apokryficznymi. W ikonach ruskich dawnej Rzeczypospolitej w dolnym rzędzie Joachima i Annę otaczają hymnografowie. W VIII i IX wieku powstawały w Kościele wschodnim liczne hymny i kazania związane z kultem Bogurodzicy. Prorocy zapowiadają rolę Matki Boskiej, zaś hymnografowie krzewią jej kult.

Ikona Matka Boska Hodegetria w otoczeniu proroków, hymnografów i świętych dolny pas.
Od lewej: Józef Hymnograf, Stefan Hymnograf, rodzice Marii Anna i Joachim, Kosma Majumski, Jan z Damaszku


Podpisy mówią nam, że na ikonie ukazano Józefa Hymnografa, Jana z Damaszku, Stefana oraz Kosmę Majumskiego.

Józef Hymnograf trzyma w dłoni zwój z fragmentem Liturgii Św. Jana Złotoustego, która zawierała słowa: „Zaprawdę godnym jest wielbić Cię, Bogurodzico…”. Święty ten (zm. 886) pochodził z Sycylii, a jego życie obfitowało w barwne przygody. Z rodzimej wyspy musiał uciekać ze względu na inwazję arabską, przez jakiś czas przebywał jako mnich kaligraf w klasztorze w Salonikach, następnie przeniósł się do Konstantynopola. Wysłany do Rzymu, wpadł w ręce piratów i był więziony na Krecie. Wrócił jednak do Konstantynopola, przywożąc z sobą relikwie św. Bartłomieja. W stolicy założył monaster pod wezwaniem m.in. tego świętego i został jego opatem. W wyniku rozgrywek politycznych między cesarzem a patriarchą, z którym Józef się przyjaźnił, został zesłany na Krym. Ostatecznie wrócił do Konstantynopola i do śmierci pozostał przy kościele Hagia Sophia. Był autorem licznych hymnów, a twórczość jego była przesiąknięta liryzmem.

Święty Jan z Damaszku (zm. ok. 750) to jeden z najsłynniejszych teologów i hymnografów Kościoła powszechnego, znany m.in. z mów w obronie kultu obrazów. Był też autorem licznych dzieł i przyczynił się do uformowania zbioru pieśni liturgicznych – tak zwanego Ośmiogłasnika (Oktoechos). Z powodu jego częściowo arabskich korzeni ukazywano św. Jana z Damaszku w orientalizującym nakryciu głowy. Często też jego atrybutem w ikonach był zwój z początkowymi słowami hymnu liturgicznego – to kanon Bogurodzicy na niedzielę rano, pieśń pierwsza ze zbioru Oktoechos.

Stefan Hymnograf z kolei przedstawiony został ze zwojem z fragmentem hymnu z liturgii według św. Bazylego (także w odniesieniu do Matki Boskiej). Ciekawostką jest, że w zestawieniu czterech hymnografów św. Stefan występuje tylko w ikonach z Rusi Czerwonej – nie wiadomo nawet na pewno, czy nie jest to wynik jakiegoś błędu. Trudno jednoznacznie powiedzieć, o jakiego Stefana w ogóle tutaj chodzi – w kręgu św. Jana z Damaszku było kilku mnichów o tym imieniu. Wśród hipotez pojawiają się propozycje identyfikacji tej postaci jako św. Stefana Sabaity (zm. ok. 794) lub św. Stefana Hymnografa (zm. 807), krewnego Jana z Damaszku.

Czwarty hymnograf, Kosma, ma zwój z fragmentem hymnu poświęconego Matce Bożej, który pochodzi ze zbioru modlitw Ojców Kościoła, z pieśni dziewiątej akatystu Jezusa Chrystusa. Św. Kosma (zm. 750) zwany Melodosem, został adoptowany przez ojca Jana Damasceńskiego – obaj trafili do klasztoru św. Saby pod Jerozolimą. W końcu Kosma opuścił go i został biskupem Majumy koło Gazy – stąd określenie „Kosma Majumski”. Był jednym z najwybitniejszych hymnografów VIII wieku.

Tajemnica Wcielenia

Matka Boska cieszyła się kultem zwłaszcza jako Theotokos, czyli Boża Rodzicielka. Ten tytuł podkreślał tajemnicę Wcielenia, co wyrosło na bazie wczesnochrześcijańskich sporów o naturę Chrystusa. Boską naturę Mesjasza ilustrował m.in fakt, że dzieciątko Jezus było w sztuce bizantyńskiej ukazywane jako uosobienie dojrzałości – guz na czole miał podkreślać mądrość Wcielonego Słowa. Jezus trzyma zwinięty rulon Ewangelii – jest Słowem, które stało się Ciałem. Jednocześnie jednak nie mniej ważna jest ludzka natura Chrystusa – a Bóg wcielił się w człowieka dzięki Marii. Dopełnienie wizerunku Matki Boskiej z Dzieciątkiem poprzez przedstawienia jej świętych rodziców, proroków zapowiadających jej rolę w dziejach zbawienia oraz hymnografów sławiących ją w kolejnych stuleciach buduje kompleksową opowieść o Bogurodzicy – zamykając w jednej ikonie szeroki teologiczny kontekst opowieści o tym, jak Bóg stał się człowiekiem, rodząc się z Dziewicy.

W sam raz na Boże Narodzenie.

Opracowanie: dr Magdalena Łanuszka
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

dr Magdalena Łanuszka – absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, doktor historii sztuki, mediewistka. Ma na koncie współpracę z różnymi instytucjami: w zakresie dydaktyki (wykłady m.in. dla Uniwersytetu Jagiellońskiego, Akademii Dziedzictwa, licznych Uniwersytetów Trzeciego Wieku), pracy badawczej (m.in. dla University of Glasgow, Polskiej Akademii Umiejętności) oraz popularyzatorskiej (m.in. dla Archiwów Państwowych, Narodowego Instytutu Muzealnictwa i Ochrony Zbiorów, Biblioteki Narodowej, Radia Kraków, Tygodnika Powszechnego). W Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie administruje serwisem Art and Heritage in Central Europe oraz prowadzi lokalną redakcję RIHA Journal. Autorka bloga o poszukiwaniu ciekawostek w sztuce: www.posztukiwania.pl.

Pozostałe teksty Magdaleny Łanuszki na portalu:

Co oznacza skrót IHS?
Modlitwa Chrystusa w Ogrójcu w realizacji Wita Stwosza

Niezwykłe przygody świętego Mikołaja
Niezwykły program dekoracji kielicha z kolekcji Muzeum Archidiecezjalnego w Krakowie
Winne opowieści – część pierwsza
Winne opowieści – część druga
Smoki w sztuce średniowiecznej: profanum
Smoki w sztuce średniowiecznej: sacrum
Średniowieczna miłość cudzołożna
Średniowieczne kobiety fatalne
Zmartwychwstanie w sztuce średniowiecznej

Niezwykłe przygody świętego Mikołaja

Biskup Mikołaj był od średniowiecza jednym z najpopularniejszych świętych, czczonych zarówno na Zachodzie, jak i w Kościele wschodnim. Z tego powodu wiele jego wizerunków zachowało się i w ołtarzach kościołów rzymskokatolickich, i na ikonach.

Mikołaj żył na przełomie III i IV wieku, był biskupem starożytnej Miry w Azji Mniejszej (dzisiaj Demre w Turcji), ale bardzo często tego świętego określa się jako Mikołaja z Bari, ponieważ w XI wieku włoscy kupcy wywieźli jego relikwie właśnie do tego miasta. Skradzione z Miry szczątki biskupa złożyli w specjalnie do tego celu wzniesionej bazylice św. Mikołaja, gdzie kilka wieków później pochowano naszą królową Bonę.

Najstarsza wzmianka o Mikołaju pochodzi prawdopodobnie z VI wieku. Jest to opowieść o tym, że biskup ocalił trzech dowódców wojskowych, niesłusznie skazanych na śmierć. Wielką popularnością cieszyła się także legenda, wedle której Mikołaj w cudowny sposób uciszył burzę na morzu i dzięki temu uratował żeglarzy – przedstawienia związane z tymi opowieściami pojawiały się niemal w każdym cyklu legendy świętego Mikołaja.

Ikona Święty Mikołaj, 1. ćwierć XVI wieku, Muzeum Okręgowe w Nowym Sączu.
Digitalizacja: RPD MIK, domena publiczna


Pierwszy żywot świętego, autorstwa pewnego Michała, powstał w 1. połowie IX wieku (Vita Per Michaëlem), podobnie jak kolejny żywot, pióra św. Metodego Wyznawcy (patriarchy Konstantynopola, zm. 847 – to inna postać niż brat św. Cyryla), znany na Zachodzie z łacińskiego przekładu Jana, diakona neapolitańskiego z X wieku (Laudatioi Sancti Nicolai). Jednak najpopularniejszą wersją legendy i źródłem wiedzy dla artystów średniowiecznych była niewątpliwie opowieść zamieszczona w trzynastowiecznej Złotej Legendzie Jakuba de Voragine.

Tryptyk świętej Marii Magdaleny z Moszczenicy Niżnej koło Starego Sącza – lewe skrzydło,
ok. 1480, Muzeum Narodowe w Krakowie. Digitalizacja: RPD MIK, domena publiczna


Święty Mikołaj był przedstawiany w stroju biskupim, ale to akurat dotyczy wielu świętych; Mikołaja możemy rozpoznać po jego szczególnym atrybucie, jakim są trzy złote kule, najczęściej leżące na trzymanej przez niego księdze. Atrybut ten wywodzi się z opowieści o tym, jak biskup chciał pomóc ubogiemu człowiekowi, który miał trzy córki i nie miał dla nich posagu – ale chciał zrobić to anonimowo. Ojciec córek był gotów, jak mówi Złota legenda: „[…] trzy swoje niezamężne córki wysłać na ulicę, aby w ten sposób móc żyć za cenę ich hańby". Mikołaj zdecydował się nocą podrzucić bryłę złota przez okno do domu tego człowieka – ów zaś natychmiast wykorzystał dar i wydał najstarszą córkę za mąż. Następnie duchowny jeszcze dwa razy powtórzył swoją nocną wyprawę. Za trzecim razem jednak ojciec córek obudził się i pobiegł za darczyńcą, aby mu podziękować. Wszystkie trzy dziewczyny oczywiście szczęśliwie wyszły za mąż. W związku z tą legendą przyjęło się, że Mikołaj nocą podrzuca dzieciom prezenty.

Św. Mikołaj uposażający trzy ubogie panny, kwatera
ze skrzydeł z Domaradza, ok. 1520, Muzeum Narodowe
w Krakowie. Fot. Pracownia Fotograficzna MNK


Choć Mikołaj stał się patronem dzieci, to w opowieściach podkreślano jego wyjątkową dojrzałość. Jedną z bardziej intrygujących scen w cyklach legendy św. Mikołaja jest przedstawienie jego narodzin. Ten epizod odnosi się do tekstów jeszcze z pierwszego tysiąclecia, według których święty już urodził się jako świadomy i pobożny człowiek, nawet fizycznie rozwinięty zdecydowanie ponad swój wiek. Natychmiast po narodzinach, kiedy go kąpano, nawet o własnych siłach samodzielnie stanął w wanience! Ponadto w niemowlęctwie miał odmawiać matce przyjmowania pokarmu we środy i piątki częściej niż raz dziennie, ponieważ już jako noworodek narzucał sobie w te dni pobożny post.

Narodziny św. Mikołaja, kwatera ze skrzydeł z Domaradza, ok. 1520, Muzeum Narodowe w Krakowie. Fot. Pracownia Fotograficzna MNK


W wielu średniowiecznych żywotach świętych pojawia się postać Żyda – zazwyczaj jako bohatera negatywnego, który jednak na koniec się nawraca. Jako że św. Mikołaj był patronem nie tylko żeglarzy, ale także kupców, to sporo związanych z nim legend dotyczy pieniędzy – i jakoś tak automatycznie bohaterami tych opowieści stają się Żydzi. Co ciekawe, nie zawsze to Żyd jest czarnym charakterem; przykładowo, w Złotej Legendzie przeczytamy, że pewien człowiek pożyczył od Żyda pieniądze, jako zabezpieczenie składając przysięgę przy ołtarzu św. Mikołaja. Potem zaś długu nie oddawał, Żyd zatem pozwał go przed sąd. Sprytny dłużnik napełnił monetami wydrążoną laskę i w sądzie, przed złożeniem przysięgi, dał tę laskę swemu wierzycielowi do potrzymania. Następnie przysiągł, że oddał cały dług, po czym odebrał laskę i udał się do domu. Po drodze zginął jednak w wypadku. Przejechał go wóz, przy tej okazji laska złamała się, a złoto wysypało. Musiało być to niedaleko od sądu, ponieważ zaraz zbiegli się ludzie, a wśród nich był i ów oszukany Żyd. Zamiast jednak zabrać pieniądze, które mu się należały, Żyd nagle powiedział, że odbierze swój dług, o ile zabity wróci do życia za przyczyną świętego Mikołaja. Tak też się stało – i oczywiście Żyd wówczas przeszedł na chrześcijaństwo.

Kolejna, nie mniej absurdalna opowieść mówi, że pewien Żyd, choć nie czcił chrześcijańskich świętych, kazał sobie wykonać figurę św. Mikołaja – słyszał bowiem, że jest to patron ludzi interesu. Liczył na to, że taka figura w magiczny sposób będzie chronić jego dobytek. Niestety, pewnego razu złodzieje ograbili dom Żyda, pozostawiwszy jedynie ową rzeźbę. Po powrocie do domu gospodarz bardzo się rozgniewał, zaczął biczować i chłostać nieszczęsną figurę. Tymczasem, gdy złodzieje dzielili się łupem, nagle objawił się im sam święty Mikołaj! Był cały posiniaczony i pobity; powiedział, że to z ich powodu tak cierpi. Złodzieje oczywiście byli wstrząśnięci tą cudowną wizją, w związku z czym wrócili do Żyda i oddali mu wszystko, co ukradli. Tradycyjnie na koniec wszyscy się nawrócili – zarówno złodzieje, jak i Żyd, który zdecydował się przyjąć chrzest.

Ocalenie żeglarzy oraz Biczowanie posągu św. Mikołaja, kwatery skrzydła retabulum,
1. połowa XVI wieku, Muzeum Czartoryskich, Muzeum Narodowe w Krakowie.
Fot. Pracownia Fotograficzna MNK


Żywoty świętych obfitują w niezwykłe przygody, ale trzeba przyznać, że legenda Mikołaja była wyjątkowo barwna. Postać ta również w niezwykły sposób osadziła się w we współczesnej kulturze, wiele zresztą tracąc ze swego pierwowzoru. Angielski Santa Claus wywodzi się z holenderskiego Sinterklaas, który jest zbitką od Sint-Nicolaas – zapewne mało kto dziś już o tym pamięta, zwłaszcza, że strój biskupa zastąpił czerwony kombinezon, spopularyzowany w latach trzydziestych XX wieku przez reklamy Coca-Coli. Z drugiej strony, musimy też pamiętać, że określenie Mikołaja jako przybysza z dalekiej północy, lecącego po niebie z zaprzęgiem reniferów ma przedchrześcijańskie korzenie – sięga do tradycji germańskich i wiąże się z zimowym świętem przesilenia Jul oraz z bogiem Odynem. Cóż, nawet jeśli popkultura odarła Mikołaja z biskupiej powagi, to przynajmniej przy okazji w niepamięć poszły również niezbyt sensowne legendy o tym świętym – zwłaszcza te o antysemickim wydźwięku.

Opracowanie: dr Magdalena Łanuszka
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

dr Magdalena Łanuszka – absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, doktor historii sztuki, mediewistka. Ma na koncie współpracę z różnymi instytucjami: w zakresie dydaktyki (wykłady m.in. dla Uniwersytetu Jagiellońskiego, Akademii Dziedzictwa, licznych Uniwersytetów Trzeciego Wieku), pracy badawczej (m.in. dla University of Glasgow, Polskiej Akademii Umiejętności) oraz popularyzatorskiej (m.in. dla Archiwów Państwowych, Narodowego Instytutu Muzealnictwa i Ochrony Zbiorów, Biblioteki Narodowej, Radia Kraków, Tygodnika Powszechnego). W Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie administruje serwisem Art and Heritage in Central Europe oraz prowadzi lokalną redakcję RIHA Journal. Autorka bloga o poszukiwaniu ciekawostek w sztuce: www.posztukiwania.pl.

Pozostałe teksty Magdaleny Łanuszki na portalu:

Co oznacza skrót IHS?
Modlitwa Chrystusa w Ogrójcu w realizacji Wita Stwosza

Niezwykły program dekoracji kielicha z kolekcji Muzeum Archidiecezjalnego w Krakowie
Winne opowieści – część pierwsza
Winne opowieści – część druga
Smoki w sztuce średniowiecznej: profanum
Smoki w sztuce średniowiecznej: sacrum
Średniowieczna miłość cudzołożna
Średniowieczne kobiety fatalne
Zmartwychwstanie w sztuce średniowiecznej

Co oznacza skrót IHS?

Odpowiedzieć na pytanie postawione w tytule można bardzo prosto: to skrót od imienia Jezus – tak zwany Chrystogram, czyli monogram Chrystusa. Grecki zapis imienia: ΙΗΣΟΥΣ, skrócony do ΙΗΣ, przy użyciu łacińskiego alfabetu zamienił się w IHS. Z kolei od greckiej formy słowa „Chrystus” (ΧΡΙΣΤΟΣ) powstał symbol łączący litery X i P, a także skrót XPI.

Chrystogram, płaskorzeźba z sarkofagu z IV wieku, Muzea Watykańskie.
Wikimedia Commons
, fot. Jebulon, domena publiczna


Posługiwano się nim już w czasach wczesnochrześcijańskich – bo też w ogóle pomysł skracania wyrazów jest zakorzeniony w starożytności. W sztuce chrześcijańskiej monogram Chrystusa funkcjonował także jako element dekoracyjny o sakralnym znaczeniu. Jednym z najciekawszych – moim zdaniem – przykładów jest karta ze słynnego iroszkockiego rękopisu z początków IX wieku, zwanego Księgą z Kells. Litery XPI zostały tu wplecione w taki gąszcz szalonej, plecionkowej ornamentyki, że na pierwszy rzut oka trudno je w ogóle dostrzec! Największą część karty zajmuje asymetryczne X, pod którym zostało umieszczone P z wplecionym w środek I:

Karta 34. z Księgi z Kells, ok. 800, Trinity College Library w Dublinie, MS 58.
Wikimedia Commons


Pytanie o znaczenie Chrystogramu możemy potraktować jako punkt wyjścia do rozważań o koncepcji stosowania skrótów w ogóle. Niektóre z nich, choć wykształcone w starożytności oraz średniowieczu, są w powszechnym użytku do dzisiaj.

Czy zauważyliście, że często w czasie sądowych rozpraw (szczególnie w amerykańskich filmach i serialach) protokolant pisze na malutkiej maszynie, która drukuje zapis na wąskich paskach papieru? Te urządzenia to maszyny do stenotypii, czyli do szybkiego pisania w systemie stenograficznym. W dzisiejszych czasach dysponujemy co prawda technologią pozwalającą po prostu nagrywać głos, lecz wcześniej przez wiele stuleci bieżące protokołowanie dyskusji i obrad było możliwe w zasadzie tylko dzięki technikom skróconego zapisu. Ich początki sięgają starożytności – z greki sposoby szybkiego pisania nazwano trachygrafią, a pierwszy system stworzyć miał w I wieku p.n.e. Marek Tuliusz Tyron, wyzwoleniec, przyjaciel i sekretarz Cycerona. Tak zwane noty tyrońskie składały się zazwyczaj z dwóch znaków: głównego, wywodzącego się z początku danego wyrazu, oraz posiłkowego, oznaczającego odpowiednio odmienioną końcówkę. Z kilkuset znaków szybko zrobiło się kilka tysięcy, a w średniowieczu nawet kilkanaście tysięcy! Ostatecznie jednak w stałym użytku była jedynie dość niewielka grupa najbardziej popularnych znaków.

Większość powszechnie stosowanych skrótów była jednak po prostu abrewiaturami, czyli nie w całości zapisanymi wyrazami. Zasadniczo opcje były dwie: kontrakcja lub suspensja. Takie metody skracania są zresztą stosowane do dziś. Kontrakcja polega na tym, że pomija się środkowe litery wyrazu: znakomitym przykładem jest skrót mgr oznaczający „magister”, albo dr zamiast „doktor”. Ponieważ skrót kończy się ostatnią literą słowa, w języku polskim nie dajemy na końcu kropki; ponadto końcówka zachowuje formę fleksyjną (odmieniamy zatem: dra, mgra). Tymczasem suspensja to odcięcie końcówki i zastąpienie jej kropką: tak skraca się na przykład słowo „profesor” (prof.) – z braku końcówki takiego skrótu nie odmieniamy.

Stosowanie skrótów pozwalało oszczędzić miejsce, co mogło mieć znaczenie na przykład w przypadku inskrypcji na przedmiotach lub budynkach, ale przede wszystkim ułatwiało szybkie pisanie. Ten aspekt był szczególnie istotny przy sporządzaniu protokołów, dokumentów prawnych czy też spisywaniu rachunków. Do takich celów stosowano pismo kursywne.

Akt erekcyjny króla Kazimierza Wielkiego z 4 października 1358 roku,
Muzeum Niepołomickie — Zamek Królewski w Niepołomicach. Digitalizacja: RPD MIK, domena publiczna


My dzisiaj najczęściej uważamy, że kursywa to pismo pochylone – historycznie jednak była po prostu pismem pospiesznym, a jego nazwa wywodzi się od łacińskiego czasownika curro (łac. biegnę, spieszę się, pędzę). W każdej epoce funkcjonowały pisma kursywne, najczęściej stosowane w kancelariach – dokumenty, listy i księgi spisane kursywą bywają trudne do odczytania, ponieważ owo pospieszne pismo charakteryzowało się niedbałością oraz stosowaniem dużej ilości skrótów. Od czasu do czasu zresztą władcy robili porządek w swoich kancelariach i wymuszali zmiany w kwestii używanego przez skrybów pisma. Najsłynniejszą reformą było wprowadzenie przez Karola Wielkiego czytelnego pisma zwanego minuskułą karolińską, z założeniem, że pisane nią teksty mają stosować jedynie niewielką ilość ustalonych i ściśle kontrolowanych skrótów. A jednak tak zwana młodsza rzymska kursywa (powszechnie stosowana w cesarstwie od III wieku, następczyni starszej rzymskiej kursywy) w Italii występowała nawet do XII stulecia. W końcu w 1231 roku Fryderyk Barbarossa zabronił jej stosowania, bo naprawdę było to pismo momentami niemal nieczytelne.

Fragment papirusu berlińskiego z zapisem starszą rzymską kursywą, 4154,
wg: F. Steffens, Lateinische Palaeographie, taf. 101, ed. 1906. Wikimedia Commons


Wielką oszczędnością miejsca były również tak zwane ligatury, czyli powiązanie kilku liter w jeden znak. W średniowieczu stosowano wiele rozmaitych ligatur, a niektóre z nich pozostały w użytku do dziś. Znakomitym przykładem jest stosowany w języku niemieckim znak ß, zastępujący zdwojone „s” – wydawać by się mogło, że jego forma powstała z zestawienia „s” długiego (które przypominało literę f) oraz „s” krótkiego. Tymczasem nazwa tej ligatury, czyli „Eszett”, wskazuje na to, że pierwotnie była ona połączeniem liter „s” i „z” – i faktycznie, na przykład w tekstach staropolskich pisanych pismami gotyckimi, ta właśnie ligatura zastępowała obecny w naszym języku dwuznak „sz”.

Trzeba jednak przyznać, że mistrzami ligatur w średniowieczu byli papieże: zdołali oni skleić w jedną wielką ligaturę całe dwa słowa: bene valete. Była to forma życzenia – „pozostawajcie w dobrym zdrowiu” – powszechnie używana w kancelarii papieskiej od XI wieku, najczęściej na uroczystych bullach papieskich nadających rozmaite przywileje.

Ligatura z papieskiego dokumentu Innocentego II z 1134 roku, Landesarchiv Speyer (Spira).
Wikimedia Commons


Niewątpliwie najpopularniejszą stosowaną do dziś ligaturą jest & – znak ten wywodzi się z połączenia liter „e” oraz „t” – czyli oznacza spójnik „i” (łac. et). Stosowanie ligatury ma oczywiście sens tylko w tych językach, w których spójnik ten jest słowem składającym się z co najmniej dwóch liter, a szczególnie – z trzech (jak w angielskim – and albo niemieckim – und). Po polsku zastępowanie litery „i” znakiem & jest kompletnie bez sensu – akurat w naszym języku spójnik ten wyrażony jest najwęższą literą, nie ma zatem potrzeby aby zastępować ją skrótem!

Potwierdzenie statutu Cechu Wielkiego w Koszycach wydane przez Stefana Batorego, 1578,
Muzeum Ziemi Koszyckiej im. Stanisława Boducha. Digitalizacja: RPD MIK, domena publiczna

 

Na koniec trzeba zwrócić uwagę na jeden z najbardziej intrygujących znaków, szczególnie wobec jego współczesnej popularności, a mianowicie: @. Po polsku nazywa się to małpa, po czesku – zavináč, a po angielsku at. To ostatnie wydaje się najsensowniejsze (choć czeski „zawijacz” też jest uroczy), gdyż rzeczywiście może to być ligatura łacińskiego ad („d” w średniowieczu zapisywano z laseczką pochyloną lub nawet zawijającą się w lewo). W przypadku zapisu adresu mailowego angielskie at czy też łacińskie ad tłumaczy się bardzo dobrze: kowalski@gmail.com oznacza po prostu konto osobiste Kowalskiego NA serwerze gmail.com. Szkopuł w tym, że najstarsze zachowane przykłady zastosowania tego znaku mają inne (i zupełnie różne) znaczenia: w czternastowiecznym rękopisie Kroniki Manassesa (Konstantyn Manasses był pisarzem i poetą bizantyńskim, żyjącym w XII wieku) pojawia się on jako inicjał w słowie amen, zaś w aragońskiej księdze rachunkowej z XV wieku symbolizuje jednostkę wagi zwaną arroba (w zapisie dotyczącym transportu określonej ilości zboża).

Fot. wg: Ivan Duichev, Miniatyurite na Manasievata letopis [Миниатюрите на Манасиевата летопис] Sofia 1962. Wikimedia Commons


Tak czy inaczej, można te paleograficzne dywagacje podsumować moim ulubionym stwierdzeniem: wszystko już było w średniowieczu! A gdybyśmy byli ówczesnymi skrybami, ślęczącymi przez długie godziny nad przepisywaniem ksiąg, marznącymi w niedogrzanym klasztornym skryptorium, to także zapewne szukalibyśmy możliwości, aby tekst maksymalnie skrócić i jak najszybciej przepisać. W bardzo wielu średniowiecznych rękopisach na przestrzeni całego średniowiecza (co najmniej od początków VII wieku) znajdziemy dwuwiersz, który w najpopularniejszej wersji brzmi: Qui nescit scribere, nullum putat esse laborem, quia quo tres digiti scribunt, totus corpus laborat („Ten, kto nie potrafi pisać, sądzi, że to żadna praca, lecz choć trzy palce piszą, całe ciało pracuje”). Każdy skrót przyspieszający zakończenie takiej pracy był dla skryby prawdziwym błogosławieństwem.

Opracowanie: dr Magdalena Łanuszka
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

dr Magdalena Łanuszka – absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, doktor historii sztuki, mediewistka. Ma na koncie współpracę z różnymi instytucjami: w zakresie dydaktyki (wykłady m.in. dla Uniwersytetu Jagiellońskiego, Akademii Dziedzictwa, licznych Uniwersytetów Trzeciego Wieku), pracy badawczej (m.in. dla University of Glasgow, Polskiej Akademii Umiejętności) oraz popularyzatorskiej (m.in. dla Archiwów Państwowych, Narodowego Instytutu Muzealnictwa i Ochrony Zbiorów, Biblioteki Narodowej, Radia Kraków, Tygodnika Powszechnego). W Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie administruje serwisem Art and Heritage in Central Europe oraz prowadzi lokalną redakcję RIHA Journal. Autorka bloga o poszukiwaniu ciekawostek w sztuce: www.posztukiwania.pl.

Pozostałe teksty Magdaleny Łanuszki na portalu:

Modlitwa Chrystusa w Ogrójcu w realizacji Wita Stwosza
Niezwykły program dekoracji kielicha z kolekcji Muzeum Archidiecezjalnego w Krakowie
Winne opowieści – część pierwsza
Winne opowieści – część druga
Smoki w sztuce średniowiecznej: profanum
Smoki w sztuce średniowiecznej: sacrum
Średniowieczna miłość cudzołożna
Średniowieczne kobiety fatalne
Zmartwychwstanie w sztuce średniowiecznej

Winne opowieści – część druga

Pierwsza część mojej jesiennej opowieści o winie w sztuce dotyczyła kultury antycznej – tamten tekst zakończyłam stwierdzeniem, że choć chrześcijaństwo przyniosło winu świętą rolę, to niektóre historie starotestamentowe z winem w tle nie są pozbawione wydźwięku skandalu. Teraz nadszedł czas na część drugą: będzie o winie w Biblii oraz w sztuce sakralnej.

Opilstwo Noego

W 9. rozdziale Księgi Rodzaju możemy przeczytać, że po Potopie Noe, w którego arce przetrwali ludzie i zwierzęta, zabrał się za odrodzenie rolnictwa. Zasadził także pierwszą winnicę, a ponieważ żył wyjątkowo długo (jak mówi Biblia, aż 950 lat), to doczekał się całkiem przyzwoitego wina. Jako pionier winiarstwa nie wiedział jednak, jaki efekt przynosi nadużycie tego szlachetnego trunku. Pewnego razu, wypiwszy zbyt wiele, zasnął nagi w swym namiocie. Zobaczył go tam jego syn, Cham ojciec Kanaana, i poszedł powiedzieć braciom o kompromitującej sytuacji. Owi bracia Chama, Sem i Jafet, zachowali jednak szacunek do Noego: wzięli płaszcz, weszli do namiotu tyłem, aby nie patrzeć na nagość ojca, i przykryli go owym płaszczem. Gdy Noe się obudził i dowiedział, jak zachował się Cham, przeklął jego potomstwo, czyli Kanaana. Tak właśnie tradycja żydowska uzasadniała niższość Kananejczyków wobec Izraelitów. Scena pijaństwa Noego często pojawiała się w sztuce średniowiecznej i nowożytnej – znajdziemy ją chociażby na jednym z kapiteli nagrobka Kazimierza Jagiellończyka (Wit Stwosz, 1492, katedra na Wawelu) oraz w jednym z wawelskich arrasów (seria Dzieje Noego, warsztat Pietera van Aelsta młodszego, ok. 1550).

Opilstwo Noego, mozaika w katedrze w Monreale, Sycylia, lata 80. XII w.
Fot. Wikimedia Commons, domena publiczna


Lot i jego córki

Wyjątkowo skandalizująca biblijna historia z winem w tle pojawia się w rozdziale 19. Księgi Rodzaju, w ramach opowieści o zniszczeniu Sodomy i Gomory. Bóg wysłał aniołów do sprawiedliwego Lota, nakazując mu uciekać wraz z żoną i dwiema córkami z miasta, które miało zostać zniszczone z powodu występków jego mieszkańców. Mieszkający w Sodomie mężczyźni zażądali od Lota, aby wydał im swoich gości, by mogli z nimi „poswawolić”. Lot pragnąć ochronić przybyszów, zaproponował sąsiadom swoje dwie dziewicze córki, lecz Sodomici nie byli zainteresowani wdziękami niewiast. Ostatecznie Lot z żoną i córkami postąpił tak, jak nakazali mu aniołowie: uciekł, nie oglądając się za siebie. Małżonka Lota obejrzała się jednak i zamieniła się w słup soli. Sodoma oraz Gomora zostały przez Boga zniszczone – spadł na nie deszcz siarki i ognia.

Dwie córki Lota wraz ze swym ojcem zamieszkały w górach, chroniąc się w jaskini. Dziewczęta straciły w Sodomie swoich narzeczonych i zaczęły się obawiać, że nie uda im się znaleźć mężów i zostać matkami. Postanowiły zatem zawalczyć o macierzyństwo… wykorzystując swojego ojca! Upoiły go winem w dwie kolejne noce i uwiodły: najpierw starsza, a następnie młodsza. Jak mówi Biblia: „on nawet nie wiedział, kiedy się kładła i kiedy wstała. I tak obie córki Lota stały się brzemienne za sprawą swego ojca” (Rdz 19,35-36). Z tego kazirodczego występku narodzili się dwaj synowie Lota (będący zarazem jego wnukami!): Moab i Ben-Ammi, od których mieli wywodzić się Moabici i Ammonici. To kolejna opowieść usprawiedliwiająca niechęć Izraelitów do innych ludów.

Hendrik Goltzius, Lot z córkami, 1616, Rijksmuseum w Amsterdamie. Fot. Wikimedia Commons, domena publiczna


Symbol obfitości

Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego Izraelici, opuściwszy egipską niewolę, aż czterdzieści lat wędrowali przez pustynię, zanim dotarli do Ziemi Obiecanej? W końcu kilkaset kilometrów pokonuje się piechotą raczej w kilka tygodni, a nie przez wiele lat… Otóż rzecz w tym, że Bóg specjalnie prowadził Izraelitów takim zygzakiem, aby w czasie podróży wymarło pokolenie wychowane w egipskiej niewoli. A wszystko zaczęło się od gigantycznego winnego grona.

Bóg obiecał Izraelitom ziemię Kanaan, a Mojżesz wysłał do niej zwiadowców. Powrócili oni z wielką obfitością owoców, na drągu przynieśli olbrzymie winogrona rosnące na winnym krzewie. Był to znak, że owa Ziemia Obiecana jest niezwykle urodzajna – niestety kraj ten był także zamieszkany, a żeby go zająć, trzeba by było najpierw go zdobyć. Zamiast zaufać Bogu i ruszyć do boju, Izraelici zaczęli się buntować i nawet rozważali powrót do Egiptu. Rozgniewany Bóg zdecydował, że nie zobaczą oni Ziemi Obiecanej: pomrą w czasie wieloletniej wędrówki na pustyni, a dopiero ich dzieci dotrą do celu. Pokolenie urodzone w niewoli nie potrafiłoby zbudować własnego, wolnego kraju.

Kielich z warsztatu Michaela Wissmara – detal: medalion z przedstawieniem zwiadowców powracających z winogronami, 1738, Wrocław, Muzeum Archidiecezjalne im. Kardynała Karola Wojtyły w Krakowie. Digitalizacja: RPD MIK, domena publiczna


Przedstawienie Izraelitów niosących olbrzymie winne grono pojawiało się w sztuce średniowiecznej oraz nowożytnej, nie tylko w malarstwie, ale także w dziełach złotniczych. Przykładem może być chociażby kielich z wrocławskiego warsztatu Michaela Wissmara z 1738 roku, przechowywany dzisiaj w Muzeum Archidiecezjalnym Kardynała Karola Wojtyły w Krakowie.

Przypowieści nowotestamentowe

Winiarstwo już w starożytności było jedną z najważniejszych gałęzi rolnictwa w regionach śródziemnomorskich, a niewykwalifikowani robotnicy znajdowali zatrudnienie głównie przy pracach sezonowych w winnicach. Dlatego właśnie Chrystus w swoich przypowieściach często odnosił się do winiarstwa, ubierając swe nauki w metafory zrozumiałe dla współczesnego, prostego odbiorcy. Zapowiadając swą mękę, opowiedział historię o tym, jak zbuntowani robotnicy zabili syna właściciela winnicy (Łk 20,9-19, Mt 21,33-46; Mk 12,1-12). Nauczając o bożym miłosierdziu i nagrodzie w Niebie, opowiedział o właścicielu winnicy, który na koniec dnia zapłacił po równo wszystkim robotnikom, niezależnie od tego, czy pracowali cały dzień, pół dnia, czy też tylko chwilę przed wieczorem (Mt 20,1-16). Ponadto w Ewangelii według świętego Jana Chrystus wprost powiedział: „Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity” (J 15,5). Dlatego też owocująca winna latorośl funkcjonowała w sztuce sakralnej nie tylko w kontekście eucharystycznym, ale też szerzej – jako symbol Kościoła. Splątane gałązki z owocami winogron dekorowały nie tylko ołtarze czy kielichy liturgiczne, ale także, między innymi, ambony. Przykładem może być XVII-wieczna ambona z cerkwi we wsi Królowa Ruska, która ozdobiona została kolumienkami z winną latoroślą, umieszczonymi pomiędzy przedstawieniami Ojców Kościoła (pierwotnie składała się ona z trzech elementów: baldachimu z wizerunkiem Ducha Świętego, kosza oraz obudowy schodów z przedstawieniem zaprzęgu z prorokiem Eliaszem.

Ambona z wyobrażeniami Ojców Kościoła, 1685, Królowa Ruska, Muzeum Okręgowe w Nowym Sączu. Digitalizacja: RPD MIK, domena publiczna


Wino jako krew

W wielu religiach wino funkcjonowało w sakralnym kontekście ofiarnym, ale szczególną rolę przyjęło w chrześcijaństwie jako element Eucharystii. W teologii katolickiej w czasie mszy w wyniku przeistoczenia wino staje się krwią Chrystusa, zgodnie ze słowami, które wypowiedział on do swych uczniów w czasie Ostatniej Wieczerzy („to jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów" – Mt 26,28, a także Mk 14,24 i Łk 22,20). Eucharystyczną rolę wina najczęściej dostrzegamy właśnie w przedstawieniach Ostatniej Wieczerzy, choć wbrew powszechnej opinii nie wszystkie ilustracje tego wydarzenia koncentrują się na ustanowieniu Eucharystii.

Kielich z warsztatu Michaela Wissmara – detal: medalion ze sceną Ostatniej Wieczerzy, 1738, Wrocław, Muzeum Archidiecezjalne im. Kardynała Karola Wojtyły w Krakowie. Digitalizacja: RPD MIK, domena publiczna


W sztuce średniowiecznej i w początkach nowożytności artyści często ukazywali raczej moment, w którym Jezus zapowiada, że zostanie zdradzony, a jako zdrajcę wskazuje Judasza, podając mu kawałek chleba (J 13,21-30). W takich przedstawieniach Ostatniej Wieczerzy zdarzało się nawet, że na stole w ogóle nie ma tego jednego, najważniejszego kielicha. Najsłynniejszym, choć nie jedynym przykładem może tu być mediolańskie malowidło Leonarda da Vinci.

Leonardo da Vinci, Ostatnia Wieczerza, 1494–1498, Santa Maria delle Grazie w Mediolanie.
Fot. Wikimedia Commons, domena publiczna

Cud w Kanie

Trzeba jednak podkreślić, że związek Chrystusa z winem nie ogranicza się do Eucharystii – oto bowiem pierwszym cudem, jakiego dokonał Mesjasz, było … zamienienie wody w wino! Epizod z Kany Galilejskiej, opisany w Ewangelii według św. Jana, stanowi początek publicznej działalności Jezusa. Jest też zarazem momentem, w którym Chrystus po raz pierwszy okazał swoje cudotwórcze możliwości. Co prawda nie miał na to ochoty, ale dał się przekonać swojej matce Marii. Dlatego właśnie przedstawienie Godów w Kanie Galilejskiej funkcjonowało jako ilustracja skuteczności orędownictwa Matki Boskiej.

Chrystus i Maria byli gośćmi zaproszonymi na wesele. Niestety w trakcie przyjęcia skończyło się wino. Maria to zauważyła i poprosiła swego syna o to, by podjął jakieś działania. On jednak odpowiedział jej: „Czyż to moja lub twoja sprawa niewiasto?”, słusznie skądinąd wychodząc z założenia, że kwestia braku wina na weselu nie powinna być kłopotem gości. A jednak uparta Maria nakazała sługom, aby postępowali zgodnie z instrukcjami Jezusa, a on widząc jej determinację dał się przekonać. Przykazał napełnić stągwie wodą, a ona zmieniła się w wino. Oczywiście Zbawiciel nie zamienił wody w byle jakie wino. Starosta weselny, próbując trunku ze zdziwieniem uznał, że jest on wyjątkowo zacny. Rzekł nawet do pana młodego: „Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory" (J 2,10).

Giotto di Bondone, Gody w Kanie Galilejskiej, 1304–1306, fresk w Kaplicy Scrovegnich (Capella della Arena) w Padwie. Fot. Wikimedia Commons, domena publiczna


Z biblijnych opowieści chciałoby się wydobyć następującą naukę: wino, które pijemy, powinno być zawsze dobre, niczym to z Kany Galilejskiej, ale nie należy go nadużywać, mając w pamięci fatalne skutki, które przytrafiły się Noemu i Lotowi.

Opracowanie: dr Magdalena Łanuszka
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

dr Magdalena Łanuszka – absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, doktor historii sztuki, mediewistka. Ma na koncie współpracę z różnymi instytucjami: w zakresie dydaktyki (wykłady m.in. dla Uniwersytetu Jagiellońskiego, Akademii Dziedzictwa, licznych Uniwersytetów Trzeciego Wieku), pracy badawczej (m.in. dla University of Glasgow, Polskiej Akademii Umiejętności) oraz popularyzatorskiej (m.in. dla Archiwów Państwowych, Narodowego Instytutu Muzealnictwa i Ochrony Zbiorów, Biblioteki Narodowej, Radia Kraków, Tygodnika Powszechnego). W Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie administruje serwisem Art and Heritage in Central Europe oraz prowadzi lokalną redakcję RIHA Journal. Autorka bloga o poszukiwaniu ciekawostek w sztuce: www.posztukiwania.pl.

Pozostałe teksty Magdaleny Łanuszki na portalu:

Modlitwa Chrystusa w Ogrójcu w realizacji Wita Stwosza
Niezwykły program dekoracji kielicha z kolekcji Muzeum Archidiecezjalnego w Krakowie
Winne opowieści – część pierwsza
Smoki w sztuce średniowiecznej: profanum
Smoki w sztuce średniowiecznej: sacrum
Średniowieczna miłość cudzołożna
Średniowieczne kobiety fatalne
Zmartwychwstanie w sztuce średniowiecznej

Czy Jagiellonowie się myli?

Nagrobek króla Jana I Olbrachta, 1502–1505,
Królewska Katedra na Wawelu, domena publiczna.

Filmy i seriale historyczne, których akcja rozgrywa się w średniowieczu i we wczesnej nowożytności, przyzwyczaiły nas do obrazu niewyobrażalnego brudu. Zepsute zęby, przywodzące na myśl koszmarny odór z ust, brudne paznokcie, łachmany, liszaje i owrzodzenia lub, w najlepszym razie, twarz umazana błotem to lejtmotywy charakteryzacji aktorów wcielających się w naszych przodków.

Na poglądy średniowiecznych Europejczyków znaczący wpływ miały ascetyczne doktryny Ojców Kościoła, szanowanych teologów oraz świętych, którzy głosili pogardę dla cielesności, a tym samym dla dbałości o higienę. Faktem jest również, że po politycznym i gospodarczym upadku Cesarstwa Rzymskiego nie budowano już wielkich kompleksów term, a ogólny poziom higieny chrześcijańskich Europejczyków przedstawiał się gorzej niż ich pogańskich przodków, w tym również tych, których Rzymianie nazywali barbarzyńcami. Nieprawdą jest jednak, że każdy Rzymianin był świeży i pachnący, a ludzie średniowiecza cuchnęli ponad wszelkie wyobrażenia, nie znali publicznych łaźni i bali się kąpieli, jak diabeł święconej wody. Łaźnie w średniowiecznych miastach były powszechne. Można było w nich zadbać o higienę, odprężyć się oraz oddać cielesnym uciechom. Popularność tych przybytków zmalała dopiero w XIV wieku, po epidemii dżumy, a ich koniec przyniosły kolejne dwa stulecia, co wiązało się z rozpowszechnieniem kiły. Uważa się, że właśnie na tę chorobę zmarł brat Zygmunta I Starego – Jan I Olbracht. Król, uchodzący za okaz zdrowia, miał ponoć zarazić się syfilisem w czasie hulaszczych, nocnych wypadów do Krakowa.

Nie tylko mieszczanie korzystali z łaźni. Również królowie i arystokraci wiedzieli, jak zadbać o czystość. Jedna z najważniejszych siedzib cierpiącego na reumatyzm Karola Wielkiego zlokalizowana została w pobliżu leczniczych gorących źródeł Aquae Grani, czyli wód Granusa (rzymskiego boga gorących źródeł). Od nich wzięła się nazwa Akwizgran. Zachowały się również przekazy mówiące o baliach kąpielowych, które królowie mieli w swoich rezydencjach lub zabierali w podróże.

Przykładowe koło paleczne z wiatraka w Grądzkich,
fot. Semu, CC BY 4.0, źródło: Wikimedia Commons.

Szczególnym przykładem są Jagiellonowie. Już w swoich czasach uchodzili za czyściochów. Według Jana Długosza, Władysław Jagiełło kąpał się „co trzeci dzień, a niekiedy częściej”, a kronikarz zdecydowanie potępiał taką przesadę. Wiadomo również, że król na czas podróży zabierał ze sobą ulubioną balię w kształcie konia. Czy rzeczywiście Jagiełło kąpał się tak często? Oczywiście: często jak na owe czasy. Długosz nie lubił Jagiełły i bywał wobec króla nieżyczliwy lub nawet złośliwy. Być może celowo chciał przypisać monarsze tak dziwną, jak no owe czasy, dbałość o higienę. Faktem jest natomiast, że krewni i następcy Jagiełły również uchodzili za przesadnie rozmiłowanych w kąpielach. Ekstremum, choć normą z naszego punktu widzenia, były zwyczaje higieniczne najmłodszego brata Jagiełły, Bolesława Świdrygiełły, który kąpał się codziennie.

Szczególne miejsce w historii higieny na ziemiach dawnego Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego zajmuje rezydencja królewska na Wawelu w czasach ostatnich Jagiellonów. Zygmunt Stary i Zygmunt August podjęli trud gruntownej przebudowy starej i za małej rezydencji. Nowy zamek został wyposażony w najnowocześniejsze rozwiązania techniczne.

Kluczowe znaczenie miał dostęp do wody. Zamek królewski miał własny rurociąg pompujący wodę na wzgórze wawelskie. U jego podnóża, od północnej strony, nad rzeką Rudawką wzniesiono rurhaus lub rurumus – dom nadzorcy wawelskiej instalacji wodno-kanalizacyjnej, zwanej wodnym kunsztem. Twórcą wawelskiego rurociągu i jego pierwszym nadzorcą został w 1502 roku Czech, Jan z Dobruszki. Po nim, w roku 1555, funkcję objął pochodzący z Włoch Mateusz Morano. Wodę do rurociągu pobierano ze studni obok rurhausu i wypełniano nią cysternę. Następnie woda była pompowana do metalowych (żelaznych, ołowianych i miedzianych) rur poprowadzonych na szczyt wzgórza. Mechanizm tłoczący napędzał nurt Rudawki poruszający kołem palecznym, w taki sam sposób jak w młynach wodnych. Za pomocą miedzianych rur na zamek pompowano również ciepłą wodę. Dzięki rachunkom wawelskim wiemy, że służące do tego rury miały zawory i kurki, co zapewne ułatwiało korzystanie z wodociągu.

Portret króla Zygmunta I Starego, Zamek Królewski na Wawelu
Państwowe Zbiory Sztuki, domena publiczna.

Na terenie wawelskiej rezydencji ostatnich Jagiellonów znajdowały się dwie łaźnie służące królewskiej parze. Łaźnia królowej przylegała do jej apartamentów w skrzydle zachodnim zamku, zbudowanym jeszcze przez Aleksandra Jagiellończyka z przeznaczeniem na jego własny pałac. Wodę do niej doprowadzał rurociąg prowadzący z rurhausu. Łaźnia króla znajdowała się poza zamkiem, u podnóża wschodniego skrzydła zamku. Prowadził do niej zadaszony chodnik, który wytyczono przez ogrody zamkowe. Ponadto, w apartamentach królewskich w Kurzej Nodze (wieży w północno-wschodnim skrzydle zamku) znajdowała się niewielka łazienka królewska. Większość dworzan nie mogła jednakże korzystać z luksusów zarezerwowanych dla królewskiej pary i jej najbliższego otoczenia. Urzędnicy i służba do kąpieli używali balii napełnionych wodą z licznych wawelskich studni.

Zapotrzebowanie na wodę było ogromne, bo dwór królewski w czasach dwóch ostatnich Jagiellonów liczył kilkaset, a okresowo nawet ponad tysiąc osób. Do tego należy doliczyć gości ze służbą i stale przybywających na zamek interesariuszy. Wawel był wówczas rezydencją monarchy i siedzibą kilku ważnych urzędów i sądów. W wyjątkowych sytuacjach zbierał się tam również sejm, który normalnie obradował w Piotrkowie. Wodę na potrzeby tak wielu osób gromadzono w cysternach na piętrach zamku oraz w baliach w kuchni. Oprócz tego, na strychach znajdowało się 19 miedzianych cystern przeciwpożarowych.

Powszechnie wiadomo, że zamek królewski na Wawelu wyposażony był w liczne ustępy. Własny locus secretus mieli m.in. król, a także podkomorzy (urzędnik dbający o apartamenty królewskie) mieszkający w apartamencie obok monarszego. Nieczystości z ustępów wyprowadzane były na dwa sposoby: spadały do dołów chłonnych, które znacznym kosztem musiano okresowo opróżniać, lub kanalizacją do rzek – Wisły i Rudawki. Większość mieszkańców zamku korzystała jednak z wiader i nocników, których kłopotliwą zawartość musiano wynosić w kadziach poza wzgórze.

W wawelskiej rezydencji znajdowały się również inne instalacje, dzięki którym życie jej mieszkańców było komfortowe. Wiadomo, że oprócz kominków i pieców kaflowych, do ogrzewania używano również instalacji nazywanej hypokaustum. Nie chodzi jednak o ogrzewanie podłogowe znane ze starożytnego Rzymu, lecz o system przewodów wentylacyjnych doprowadzających do części zamkowych pomieszczeń ciepłe i suche powietrze ogrzane przez piece w łaźni królowej oraz w kuchni.

Rachunki budowy, wyposażenia i utrzymania zamku na Wawelu świadczą o godnej podziwu dbałości o higienę w czasach, gdy urządzenia sanitarne były luksusem, a kąpiel wymagała starannego przygotowania. Łatwo można wyobrazić sobie, że gdy król chciał się wykąpać, musiano posłać kogoś do domu rurmistrza z rozkazem. Następnie – uzupełnić wodę w cysternie, rozpalić ogień, odczekać na jej ogrzanie i uruchomić koło paleczne. Dopiero wówczas służba króla mogła odkręcić kurek z ciepłą wodą. Przytłaczająca większość mieszkańców ówczesnej Europy nie mogła jednakże liczyć na takie udogodnienie.

Opracowanie: Adam Spodaryk (Redakcja WMM),
Licencja Creative Commons

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

Showing 1 - 5 of 185 results.
Items per Page 5
of 37