Od 3/4 do mp3

Obiekty
Pomoc
  • Zwiedzaj interpretację przewijając stronę w dół.
  • Odkrywaj obiekty, klikając aktywne pola.
Przejdź do prezentacji
X

Od 3/4 do mp3

Jakub Puchalski Pobierz tekst
Podziel się
  • Email
  • Do:
  • Temat:
  • URL:
E-mail Facebook Twitter
Google Plus Share
  • Udostępnij na stronie

Wyobrażacie sobie, że nagle znika muzyka? Nie ma mp3, nie ma płyt, nie ma radia – dookoła jest cisza, słychać tylko odgłosy życia, odgłosy miasta. Wyłącznie stukot i szum silników, zgrzyt kół o szyny, ewentualnie dźwięki przyrody – ale bez muzycznego tła, do którego przywykliśmy, bo towarzyszy nam niemal wszędzie: w sklepach, u fryzjera, w barze, a także w tramwajach, autobusach, samolotach i na ulicach – wszędzie, gdzie można włożyć w uszy słuchawki. A gdybyśmy muzykę mogli mieć wyłącznie na koncercie, gdy ktoś ją zagra lub zaśpiewa? Jak w średniowieczu. Tak, ale to „średniowiecze” skończyło się całkiem niedawno, ledwie nieco ponad sto lat temu. Wielkość muzyki, niemal całe jej dzieje, rozegrały się w czasie, w którym do tego, by jej posłuchać, trzeba było samemu zasiąść do fortepianu, wziąć do ręki skrzypce lub flet, otworzyć nuty, zaśpiewać – lub przynajmniej mieć kogoś, kto zrobi to dla nas. Ostatnie sto lat wystarczyło jednak, by zmienić całkowicie pozycję muzyki – z tej wypracowanej przez tysiąclecia. Z wielkiej sztuki, uważanej pod koniec za najwyższą spośród wszystkich sztuk, spadła do poziomu najprostszej dźwiękowej tapety, stale w tym samym rytmie 2/4 lub 4/4 w której coraz mniej miejsca na jakąkolwiek oryginalność. Wprowadzenie nagrań pozwala nam dziś z jednej strony cieszyć się niemożliwym do ogarnięcia oceanem muzyki, zebranym z całej jej historii, z drugiej jednak sprowadziło samą twórczość do poziomu dostosowanego do trywialnego, najmniej oczekującego, za to najbardziej masowego słuchacza. Błyskawiczna droga, z której nie da się już zejść. Jak to wszystko przebiegło?

Fragment tkaniny koptyjskiej Muzeum Archeologiczne w Krakowie

więcej o obiekcie

Najstarsza muzyka, jaką znamy (co nie znaczy, że najstarsza, jaka istniała), to muzyka religijna – chorałowy śpiew najstarszych wspólnot chrześcijańskich. Zachował się on wraz z chrześcijańskimi Kościołami na Wschodzie, przede wszystkim wśród egipskich Koptów. Pokazana tu tkanina, z przedstawieniem starotestamentowej Ofiary Abrahama, pochodzi z okresu późnego antyku – w tym samym czasie wykształciła się egipska (koptyjska) liturgia. W VII wieku Egipt został opanowany przez muzułmanów, którzy zresztą wiele zapożyczyli z ozdobnego śpiewu chrześcijan, jednak Koptowie istnieją tam do dzisiaj, a ich śpiew pozostaje punktem odniesienia dla dzisiejszych prób rekonstrukcji pierwotnych chorałów Kościoła rzymskiego i chorału gregoriańskiego.
Lira korbowa Muzeum Etnograficzne w Krakowie

więcej o obiekcie
Cytra Muzeum Ziemi Bieckiej

więcej o obiekcie

Graliście kiedyś na jakimś instrumencie, kręcąc korbą? Dziwne, prawda? Tyle tylko, że jak uderzy się w struny gitary, dźwięk zaraz zanika. Na skrzypcach można ciągnąć smyczkiem w nieskończoność, jednak skrzypce pojawiły się – w postaci fideli – dopiero w późnym średniowieczu. Mają zresztą innego rodzaju dźwięk. Jak zrobić coś, co daje nieustającą podstawę harmoniczną – stały akompaniament – dla śpiewu? Przenośne organy są trudne do skonstruowania (wszelkie harmonie i akordeony to znacznie późniejsze czasy), tymczasem w średniowieczu pod ręką są struny: łatwo je przenosić, prosto z nich wydobyć dźwięk: trzeba je tylko potrącać lub – żeby dźwięk nie zanikał – pocierać. Pocierać bez ustanku... dlaczego nie obracającym się kółkiem? Kółkiem zakręci korba, a struny będą skracane za pomocą kołków, uruchamianych klawiaturą. Instrument skrzynkowy, prosty w obsłudze, prosty w transporcie. Sukces na miarę gitary w wieku XX.

Lira korbowa towarzyszy więc średniowiecznym pieśniom – sposób ich wykonania przetrwał na ilustracjach manuskryptów (pojawiają się na nich muzycy) oraz w tradycji ustnej. Lira korbowa, tak samo jak cytra, skrzypce i inne instrumenty, przeszła do muzyki ludowej, gdzie jej żywot trwa – w niektórych kulturach – do dzisiaj.
Klawikord Muzeum Ziemi Bieckiej

więcej o obiekcie

Przez kolejne stulecia – renesansowe XVI, barokowe XVII i XVIII, romantyczne XIX – muzyka rozbrzmiewa tylko wtedy, gdy ktoś ją gra i śpiewa. Pod tym też kątem stopniowo wykształcają się instrumenty. Pomyślmy: profesjonalnym muzykom i zatrudniającemu ich księciu teoretycznie wystarczały takie instrumenty, jak skrzypce, wiolonczele, flety, oboje itd. (czyli instrumenty melodyczne), bo można z nich było złożyć orkiestrę, która mogła zagrać każdy utwór. Jeśli jednak kogoś nie stać było na utrzymywanie prywatnej orkiestry, aby móc cieszyć się muzyką w pełni, potrzebował instrumentu, który mu ją przekaże. W ten sposób z idei psałterium (małych organów) narodził się klawesyn: lżejszy instrument klawiszowy i strunowy, który też umożliwiał wykonywanie zarówno melodii, jak i bogatej harmonii. Na dodatek efektownie – wirtuozowsko! W baroku klawesyn królował, jednak niebawem jego dźwięk okazał się „za wielki” i mało urozmaicony – ludzie chcieli instrumentu bardziej intymnego i cieniującego melodię. Wówczas powstał klawikord, niebawem jednak wyparty przez rozwijający się fortepian. Fortepian panował wszędzie – zarówno w sali koncertowej, jak i w salonach i mieszkaniach – przez cały wiek XIX. Grano na nim nie tylko utwory skomponowane dla niego samego, ale wszystko: pieśni, piosenki, opery, symfonie. To oczywiste – nie było przecież innego sposobu, by je poznać: nie było płyt ani radia, a ile dzieł zagrać mogła lokalna orkiestra, jeśli w ogóle istniała? Fortepian został więc strącony z tronu dopiero wraz z popularyzacją nagrań, w I połowie XX wieku. Czy z ich powodu? Wciąż jest podstawą muzycznej edukacji, jednak z pewnością już nie królem instrumentów.
Rzeźba „W loży” Luny Amalii Drexler Muzeum w Chrzanowie im. Czesława i Ireny Mazarakich

więcej o obiekcie

W loży – nie ma lepszego obrazu z muzycznego życia niż taka rzeźba. Obok samodzielnego grania i śpiewania, muzyki słuchano oczywiście podczas koncertów. Cały XVIII i XIX wiek skoncentrowany był przy tym na operze – zjawisko, które ostatnio zresztą wraca, gdyż opera, ku zaskoczeniu muzycznych rewolucjonistów, na początku trzeciego tysiąclecia okazuje się modna, absolutnie trendy. Loże w operach – tam, gdzie nie zostały zlikwidowane – żyją i są okupowane. Lornetka teatralna znowu się przydaje, bo znowu dobrze jest przyglądać się z uwagą scenie, tak samo, jak dobrze jest być w operze widzianym.

Nagrania i radio, serwujące muzykę wyłącznie posiekaną na drobne kawałki, spowodowały też, że również koncerty znowu stają się jednym z głównych, a dla wielu osób głównym sposobem odbioru muzyki: tylko tu można wysłuchać całego utworu lub zestawu utworów (jakim jest nawet program piosenek), we właściwym układzie i dramaturgii, bo tylko tu zostanie tak podany. Na dodatek to jedyna sytuacja pozwalająca na odpowiednie skupienie, odizolowanie od wszystkiego, co przeszkadza w każdym innym miejscu. Wszystko podporządkowane muzyce. Znowu w cenie.
Obraz „Portret Szymanowskiego” Stanisława Ignacego Witkiewicza Muzeum Narodowe w Krakowie

więcej o obiekcie
Dwa fotele Karola Szymanowskiego wykonane przez Spółdzielnię Artystów Plastyków „ŁAD” Muzeum Narodowe w Krakowie

więcej o obiekcie
Serwis kawowy Muzeum Tatrzańskie im. Dra Tytusa Chałubińskiego

więcej o obiekcie

Ostatnie pokolenie wychowane z muzyką podawaną wyłącznie na żywo – przed epoką serwującego ją radia i płyt – było też ostatnim, dla którego miała tak wielkie znaczenie. Ostatnim, dla którego muzyka w samej swej istocie (nie piosenki, porywające tłumy tekstem i chwytliwą melodią) była nośnikiem najwyższych myśli i pragnień. To okres modernizmu, w Polsce zdominowany przez grupę kompozytorów określających się jako Młoda Polska. Prym wiódł tutaj Karol Szymanowski, jedna z najwybitniejszych postaci swojej epoki. Pod koniec życia kompozytor zachwycił się bogactwem kultury Podhala, osiadł na jakiś czas w Zakopanem, gdzie stał się jedną z gwiazd tamtejszej polskiej (i międzynarodowej) artystycznej bohemy. Witkacy – autor m.in. charakterystycznych portretów – był jedną z wielu osób pozostających pod wpływem uroku Szymanowskiego.
Projekty kostiumów do baletu Karola Szymanowskiego „Harnasie” autorstwa Ireny Lorentowicz Muzeum Narodowe w Krakowie

więcej o obiekcie
Maska pośmiertna Karola Szymanowskiego Muzeum Narodowe w Krakowie

więcej o obiekcie

Szymanowski – wychowany na Kresach Wschodnich, w rodzinnym majątku daleko za Kijowem, z sąsiadami i rodziną, z którymi rozmawiał po francusku, rosyjsku i niemiecku – przechodził przez kolejne artystyczne fascynacje: geniuszem Chopina, nowoczesną muzyką niemiecką, wielokulturową historią śródziemnomorskiej Sycylii i egzotyką Arabii, ludowszczyzną Podhala (rezultatem tego jest m.in. efektowny balet „Harnasie”: do posłuchania fragment pod batutą Grzegorza Fitelberga, przyjaciela kompozytora i również członka grupy Młoda Polska w muzyce), nawet neoklasycyzmem, w którym już nie zdążył się zrealizować. Zmarł na gruźlicę w 1937 roku (państwo, które odmówiło mu renty na leczenie, wyprawiło wspaniały pogrzeb...), jednak jego generacja podtrzymywała wysoką pozycję sztuki muzycznej aż do połowy XX wieku. To druga granica przemian – pokoleniowa.
Polifon Muzeum Ziemi Bieckiej

więcej o obiekcie

Muzyka mechaniczna. Istniała od stuleci. Automaty grające budowano namiętnie już w XVII wieku – podobnie jak wszelkie inne automaty, zawsze budziły ludzką ciekawość. Zanim więc pojawiło się nagranie dźwięku, bujny rozkwit w XIX wieku przeżyła muzyka grana przez mechanizmy: katarynki, powtarzające popularne melodie – czasem piosenki, ale też arie z oper i operetek, walce itp. – zawładnęły podwórkami kamienic i letnimi ogródkami miast, natomiast w domach rozgościła się pianola. Zadziwiający mechanizm, który wycinając otwory na przesuwającej się taśmie papieru, utrwalał grę pianisty: mechanizm w trakcie gry zaznaczał, który klawisz i z jaką siłą był uderzony, jaka była pozycja pedałów itd. Wystarczyło potem włożyć taką rolkę do mechanizmu działającego w drugą stronę: odczytującego wycięcia i odpowiednio uruchamiającego klawisze – i gra danego pianisty była odtwarzana. Oczywiście, w sposób mocno uproszczony i zniekształcony, ale mimo to rolki pianolowe rejestrowali najwięksi mistrzowie (np. Ignacy Jan Paderewski, który, zanim został pierwszym premierem Polski, był największą gwiazdą światowych estrad – jak dzisiaj najpopularniejsi aktorzy i piosenkarze). Muzyka mechaniczna sprzed stulecia wciąż więc ma swoich miłośników, którzy usiłują dosłuchać się w niej tajemnic wielkich wirtuozów romantyzmu.
Radioodbiornik Marconi – model 4-LS/I (nr fabryczny 7163) Muzeum Inżynierii Miejskiej

więcej o obiekcie

Piosenkarka teatrzyku rewiowego z przedmieścia nagle staje się ogólnokrajową gwiazdą, sławny dyrygent jest słuchany przez farmerów pośród pól kukurydzy setki kilometrów od koncertującej orkiestry: tak wyglądał pierwszy triumf radia. Rozgłośnie radiowe, które opanowały eter, a wraz z nim całe społeczeństwa w latach 30., praktycznie do końca XX wieku pozostawały niezwykłym ośrodkiem kulturowym: tworzyły zespoły, od paruosobowych grup grających muzykę taneczną, przez jazzowe big-bandy, po wielkie orkiestry symfoniczne i chóry, a powstające tu nagrania niosły muzykę i kształcenie muzycznych gustów do najodleglejszych zakątków świata. Dość wspomnieć wykreowane przez radio takie gwiazdy, jak dyrygenci Toscanini i Stokowski, których postaci przeszły do popkultury swoich czasów. W ostatnich latach gwałtowny upadek tej roli radia jest może największym załamaniem w systemie funkcjonowania kultury: z radiowych zespołów pozostały szczątki, które również boją się likwidacji, a na upodobnionych do siebie antenach niepodzielnie króluje taka sama muzyka rozrywkowa, z komputerowej playlisty. Sukces pożarł samego siebie. Jednak „złote czasy radia” rzeczywiście pozwalały cieszyć się dostępem do wszelkiej, także najwyższej kultury, rzeszom ludzi, którzy w inny sposób nigdy nie mieliby okazji się z nią zetknąć.

Gramofon tubowy
więcej o obiekcie

Radio tylko przekazywało muzykę, nie pozwalało jednak do niej wracać. Transmisja koncertu na żywo pozostawała koncertem na żywo – przemijającym. Trzeba było nagrać dźwięk, by móc go odtwarzać wielokrotnie.

Nagrywanie jest starsze niż radio. Wynalazek fonografu – urządzenia, które na woskowym walcu drgnieniami rylca zapisuje drgania dźwięku, a potem je odtwarza – to rok 1877 (Thomas Alva Edison, oczywiście). Z XIX wieku pochodzą też pierwsze nagrania muzyki. Jednak aby nagrania takie można było zacząć sprzedawać, trzeba było stworzyć urządzenie niezawodne, z trwałym nośnikiem dźwięku (wosk ścierał się błyskawicznie), wygodne w obsłudze, no i pozwalające na nagranie przynajmniej kilku minut muzyki. Oczekiwania te spełniła płyta gramofonowa – dopiero na początku XX wieku. Błyskawicznie rozwinął się wielki rynek nagraniowy: masowo sprzedawano arie w wykonaniu najsławniejszych śpiewaków (Caruso, Melba, Kruszelnicka, Szalapin...), następnie ulubione miniatury grane przez sławnych skrzypków i pianistów (Elman, Heifetz, Paderewski, potem Rubinstein, Horowitz...), wreszcie piosenkarzy, którzy długo wcale nie byli najpopularniejsi.

Kariera płyty gramofonowej trwa od tamtego czasu nieprzerwanie – nawet dziś, gdy została wyparta przez nagrania cyfrowe (CD, teraz już zastępowane samymi plikami), miłośnicy dobrego dźwięku wiedzą, że nic nie brzmi równie dobrze jak analogowa, winylowa czarna płyta.

Muzyka w kieszeni

Na koniec bez zdjęcia, bo pewnie większość z czytelników ma ten eksponat w kieszeni. Jego zawartość natomiast jest wirtualna. Ostatni – na razie – krok w kontakcie z muzyką, pozwalający rzeczywiście kroczyć z nią, w jej nieustannym towarzystwie, przez ulice i przez życie. Odtwarzacz plików mp3. Skuteczny dziedzic walkmana z lat 80., pozwalającego na spacery z kieszonkowym magnetofonem kasetowym i słuchawkami. Teraz wreszcie każdy ma pod ręką ideał: zbiór skompresowanych plików, z natychmiastowym dostępem. Fakt, że jakość ich jest dość mizerna nie przeszkadza, gdy słucha się na i tak zniekształcających, ale za to chowanych do kieszeni słuchawkach, których głównym celem jest zresztą przebicie się ze swoim dźwiękiem przez huk ulicy. W ten sposób jednak można mieć „swoją muzykę zawsze przy sobie” – tylko że aby pozostawała ona muzyką, musi być dopasowana do warunków odsłuchowych. Tak było zawsze i nie może być inaczej: muzyka wynika z instrumentu. Dziś ostatecznym instrumentem niemal całości muzycznej produkcji są właśnie te słuchawki, skonstruowane głównie po to, by wcisnąć w ucho kilka decybeli ponad zgrzyt kół tramwaju.

Pytanie do każdego słuchacza z osobna: czy Ci to wystarcza?




Jakub Puchalski – historyk kultury – historyk sztuki, eseista i krytyk muzyczny, współpracownik „Tygodnika Powszechnego” i czasopism poświęconych muzyce. Konsultant Capelli Cracoviensis, tłumacz literatury historycznej i źródeł z języka włoskiego i francuskiego, wykłada przedmioty związane z historią i recepcją muzyki oraz historią sztuki.


Projekt graficzny i wykonanie:
Dagmara Berska, Parastudio, Łukasz Wiśniewski, CC-BY 3.0 PL

Tekst: Jakub Puchalski, ⓒ wszystkie prawa zastrzeżone
MIK (2013)