Blog

Wpisy oznaczone tagiem kobieta-artystka .

Obiekt to zachęta do snucia opowieści

Rozmowa z Małgorzatą Taborską, Joanną Ślagą i Joanną Sławińską z Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Maius

 

Słoneczny zegar dyptykowy prof. Jana Brożka, Muzeum UJ Collegium Maius. Digitalizacja: RPD MIK, domena publiczna
 

Marta Dvořák: Za nami półmetek prac w Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Maius. Zdigitalizowanych zostanie ponad 150 obiektów z kolekcji uniwersyteckiego muzeum. Przeważają w niej przyrządy naukowe o nieraz bardzo ciekawej historii.

Małgorzata Taborska, kustosz dyplomowany, opiekun w kolekcji instrumentów naukowych: Kolekcja instrumentów naukowych, najstarsza taka w kraju, wyróżnia Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego spośród innych placówek tego typu. Przyrządy pochodzą z kilku źródeł. Pierwsze, to dawny zbiór instrumentów naukowych przy bibliotece Collegium Maius. Przykładowo, w XVII wieku profesor Jan Brożek przekazał około 50 obiektów, z których do dziś zachowały się tylko trzy. Wśród nich znajduje się Złoty Globus Jagielloński z początku XVI wieku. Na jego mapie naniesiono kontynent opisany jako America Noviter Reperta, czyli nowo odkryta Ameryka. Jest to jednocześnie jedno z najstarszych obrazowań Ziemi. Pozostałe instrumenty Brożka to słoneczny zegar dyptykowy z 1584 roku, wykonany z kości słoniowej, oraz piętnastowieczne włoskie astrolabium. Drugą część naszej kolekcji tworzą instrumenty, które zostały podarowane do utworzonego w 1867 roku Gabinetu Archeologicznego, założonego przez profesora Józefa Łepkowskiego.

Chociaż tam akurat nie kolekcjonowano wyłącznie pomocy naukowych.

MT: Łepkowski stworzył ten gabinet przy katedrze historii sztuki, z myślą o gromadzeniu w nim rzeczy przydatnych studentom podczas zajęć dydaktycznych oraz przedmiotów, które zasługiwały na uwagę, bo były po prostu piękne. Ten gabinet można porównać rangą do Świątyni Sybilli księżnej Izabelli Czartoryskiej; od 1400 roku Uniwersytet był instytucją najwyższego zaufania i w XIX wieku był też uznawany za ostoję polskości, stąd podarunki w rodzaju cygar, które Antoni Odyniec palił z Adamem Mickiewiczem w kraterze Wezuwiusza. Trzecie źródło, z którego pochodzą instrumenty naukowe w naszej kolekcji, to zasoby laboratoriów, katedr. A kolejne, to pamiątki po profesorach Uniwersytetu i osób związanych z tą uczelnią.
Poza tym, kupujemy przyrządy dokumentujące rozwój polskich instrumentów naukowych, pochodzące z polskich wytwórni oraz takie, dzięki którym można prześledzić rozwój techniki. Kompletujemy również listę zakupów w oparciu o inwentarze – szukamy urządzeń, o których wiemy, że były na uniwersytecie, ale zniknęły na przestrzeni wieków. I właśnie dzięki digitalizacji, pokazaniu, że są u nas instrumenty naukowe, udaje się nam trafić do osób spoza uczelni, uświadomić im, jakiego rodzaju przedmiotów poszukujemy i dlaczego mogą być interesujące.

Cygara nadpalone przez Adama Mickiewicza i Antoniego Odyńca w kraterze Wezuwiusza, Muzeum UJ Collegium Maius. Digitalizacja: RPD MIK, domena publiczna
 

Wiadomo, jak działają te wszystkie instrumenty?

Joanna Ślaga, główny inwentaryzator: Tak. I staramy się, żeby ta wiedza nie pozostawała między muzealnikami. Od dawna w muzeum pracują nie tylko historycy sztuki, ale też specjaliści z innych dziedzin: fizycy, chemicy, biolodzy. Obiekty opracowywane są zatem pod różnym kątem. Możliwe jest badanie zarówno detali artystycznych, jak i szczegółowego działania obiektów i ich przeznaczenia.

Jakimi kryteriami kierowali się Państwo przy wyborze eksponatów do digitalizacji? Mamy wśród nich nie tylko instrumenty naukowe, ale też cenne tkaniny, pamiątki.

JŚ: Wybieraliśmy obiekty reprezentacyjne dla naszych zbiorów, które pozwolą nam przedstawić Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Maius jako wielowątkowe, związane z uczelnią i jej działalnością naukową, z Krakowem, przypominające o roli społecznej uniwersytetu w przestrzeni miasta. Digitalizacja pozwala pokazać z bliska obiekty, które są dziś częścią naszego dziedzictwa naukowego i kulturowego, umożliwia nam opowiedzenie o nich bardziej szczegółowo niż podczas wycieczki z przewodnikiem po muzealnych salach.

MT: A równocześnie pozwoli nam na szersze popularyzowanie nauki i wiedzy o polskich naukowcach, bo za to także jesteśmy odpowiedzialni, i to zresztą różni muzea uczelniane od większości muzeów w Polsce. Chodzi o to, żeby dało się otworzyć tablet, komórkę i dowiedzieć się, jak coś działało, jak wygląda z bliska, kto z tego korzystał.

Pompa próżniowa rtęciowa typu Gaedego oraz model Saturna podczas digitalizacji przez RPD MIK, fot. Sebastian Woźniak
 

JŚ: Dlatego równie ważne co obiekt i sposób, w jaki go zdobywamy, są jego historia, otoczenie, funkcjonowanie.

MT: Mamy prawie 80 mikroskopów, w większości z rożnych katedr Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jeden z nich, produkcji Reicherta to seryjny, zwykły mikroskop. Ale wyróżnia go to, że badano na nim szczątki polskich oficerów z Katynia. W 1943 roku Niemcy przesłali je w celu identyfikacji do Krakowa, do zespołu kierowanego przez dr. Jana Zygmunta Robla. Działała w nim między innymi histolog doc. Jadwiga Ackerman. Mikroskop używany był również na zajęciach Wydziału Lekarskiego Tajnego Uniwersytetu Jagiellońskiego, prowadzonych przez prof. Stanisława Maziarskiego, doc. Jadwigę Ackerman i dr. Zdzisława Nowickiego.
Albo barometr Fortina. Jest ciekawy z wielu przyczyn, nie tylko dlatego, że jest bardzo precyzyjny. Kupił go w Paryżu Jan Śniadecki, który tworzył obserwatorium UJ – astronomowie musieli dobrze przewidywać pogodę, żeby prowadzić obserwacje.

A kolekcja artystyczna, meble, rękodzieło?

JŚ: Zebrane zbiory kierunkują różnorodność badań. W polu największego naszego zainteresowania są oczywiście instrumenty naukowe, zbiory artystyczne, zwłaszcza ikonografia dotycząca życia uniwersytetu, postaci z nimi związanych. Mamy w zbiorach bardzo cenną kolekcję portretów profesorskich, która powiększa się od XVI wieku do dziś. To najstarszy i najbogatszy zbiór tego typu w Polsce. Na szczególną uwagę zasługuje wyrzeźbiony w drewnie wizerunek założyciela Uniwersytetu Jagiellońskiego, Króla Kazimierza Wielkiego, który dziś uważany jest za jedną z najstarszych polskich rzeźb świeckich. Powstał w roku 1380 i pochodzi z kolegiaty w Wiślicy. Kolejna bardzo ciekawa rzeźba to Nauczający profesor z około 1340 roku. Eksponat należał do zespołu przedstawiających profesorów Uniwersytetu Bolońskiego rzeźb funeralnych, z których większość znajduje się dziś w Museo Civico Medievale di Bologna. Jest on dla nas ważny także ze względu na silne powiązania tamtejszego uniwersytetu ze społecznością polską. Bolonia była zresztą uczelnią wzorcową dla krakowskiej.
Joanna Sławińska, opiekun zbioru tkanin: Natomiast mucet i biret Uniwersytetu Wileńskiego, według tradycji należące do profesora Jana Śniadeckiego, to z kolei pamiątka po założycielu naszego obserwatorium i zarazem unikatowy przykład stroju profesorskiego z przełomu XVIII i XIX wieku. Nie wiemy do końca, jak wyglądał ubiór profesorów Uniwersytetu Krakowskiego w czasach staropolskich, gdyż na początku XIX wieku wszystkie stare togi zostały zniszczone, a te używane obecnie nie są dokładnym odtworzeniem dawnych strojów uniwersyteckich.

Statuetka Oskara Andrzeja Wajdy oraz medal Noblowski Wisławy Szymborskiej podczas digitalizacji przez RPD MIK, fot. Sebastian Woźniak
 

JŚ: Z myślą o współpracy z WMM wybraliśmy też obiekty nieoczywiste. Wspomniane już cygaro. Medal literackiej Nagrody Nobla Wisławy Szymborskiej, naszej dawnej studentki. Albo część kolekcji Andrzeja Wajdy (znajdziemy w niej statuetkę Oskara), która świadczy o większym, niż by się wydawało, zaangażowaniu UJ w działalność kulturalną, naukową miasta, kraju. Uniwersytet dawał ofiarodawcom poczucie bezpieczeństwa, niejako gwarantował, że zaopiekuje się ich spuścizną, że nie zostanie ona zapomniana, zaprzepaszczona.

Przykładem takiej spuścizny są makaty marszałka de Créqui z muzealnej klatki schodowej, tak zwanej rektorskiej, które także będzie można obejrzeć za pośrednictwem WMM.

JS: Unikatową serię haftowanych makat z czasów Ludwika XIV podarował naszemu muzeum Franciszek Ksawery Pusłowski. Tkaniny zostały wykonane na zamówienie François de Blanchefort de Créqui, marszałka Francji, a przy ich projektach pracował Charles Le Brun, nadworny malarz i kierownik królewskiej Manufaktury Gobelinów. Pierwotnie makaty zdobiły najprawdopodobniej klatkę schodową w którejś z rezydencji marszałka. W zbiorach Muzeum znajduje się ich osiem – z wyobrażeń pór roku zachowała się jedynie Jesień, poza tym Cztery żywioły, kompozycja z herbem właściciela oraz dwie z panopliami.

Makaty marszałka de Créqui, Muzeum UJ Collegium Maius. Digitalizacja: RPD MIK, domena publiczna
 

Które jeszcze z digitalizowanych przedmiotów zasługują na szczególną uwagę?

JS: Dwa perskie kobierce, tzw. polskie. Zaliczają się do grupy najcenniejszych wschodnich kobierców – są jedwabne, przetykane złotymi i srebrnymi nićmi metalowymi. Te ekskluzywne tkaniny wytwarzano w Persji pod rządami dynastii Safawidów, a najpiękniejsze egzemplarze pochodzą z warsztatów dworskich szacha Abbasa I Wielkiego (1 poł. XVII wieku). W dawnej Polsce lubowano się w takich kosztownych kobiercach i jeszcze w XIX wieku największa ich liczba znajdowała się w posiadaniu polskich właścicieli – stąd ich nazwa przyjęta powszechnie w literaturze naukowej. Wschodnie tkaniny sprowadzano do Rzeczypospolitej na masową skalę przede wszystkim za pośrednictwem ormiańskich kupców. Nie wszystkie – wbrew obiegowym opiniom – były zdobyczami w wojnach z Turcją. Chociaż, według tradycji, kolejny cenny obiekt w zbiorach muzeum, siedemnastowieczny kobierzec turecki typu uszak, został zdobyty po Wiedniem i darowany uniwersytetowi przez króla Jana III Sobieskiego. Niestety, nie mamy na to żadnych dowodów. Może kobierzec został po prostu zakupiony dla uczelni?

MT: Jeśli miałabym wybrać tylko kilka przedmiotów…  to warto zwrócić uwagę na globusy nieba i Ziemi, które były przez stulecia kupowane bezpośrednio dla uniwersytetu jako pomoce naukowe. Albo na pochodzący z 1664 roku cyrkiel proporcjonalny w pięknym etui, który profesor Kacper Ciechanowski podarował uczelni. Interesujący jest słoneczny zegar dyptykowy Brożka – uczonego, który udokumentował ślady działalności Mikołaja Kopernika. Ciekawostką jest mikroskop typu norymberskiego z drugiej połowy XVIII wieku, bo nawiązuje do rozwoju optyki. To wczesny mikroskop, który może nie do końca jest zabawką, choć zrobiono go właśnie w zakładzie produkującym zabawki, ale nie jest on też instrumentem używanym w badaniach naukowych. To coś w rodzaju bibelotu naukowego z bardzo jeszcze słabą optyką.

Co można było przez niego zobaczyć?

MT: Niezbyt wiele. Na pewno duże, wyraźne komórki ze skórki cebuli. Do czasów opracowania soczewek Zeissa w XIX wieku układ optyczny w mikroskopach był zresztą bardzo słaby.

Cyrkiel proporcjonalny z 1664 roku, Muzeum UJ Collegium Maius. Digitalizacja: RPD MIK, domena publiczna
 

Inne obiekty zasługują na uwagę ze względu na osoby ofiarodawców, dawnych właścicieli, użytkowników...

MT: Dokładnie. Weźmy chociażby zegarek dla niewidomych. Wyróżnia go brak tradycyjnej tarczy, godzinę odczytuje się dzięki przesunięciu wieczka koperty w stosunku do obudowy. Kuleczki na jej obwodzie oznaczają godziny. Zegarek podarowała naszemu muzeum pani Józefa Sołtyk z domu Pinińska. Była adoptowaną córką Józefa Pinińskiego, członka poselstwa austriackiego, towarzyszącego w 1810 roku Marii Ludwice w podróży do Paryża na ślub z Napoleonem Bonaparte. Będąc w Paryżu, Piniński, który miał bardzo słaby wzrok, trafił na zakład Brequeta w pobliżu katedry Notre-Dame i tam zakupił zegarek.

Z ciekawostek, mamy w zbiorach kalendarz w formie miecza, na którym wyryto runy. W XVIII wieku, w Szwecji za pracę w święto kościelne płaciło się karę. Ale zdarzały się przecież święta ruchome… Tymczasem, dzięki takiemu kalendarzowi, łatwo było obliczyć, a więc przewidzieć, kiedy takie święta wypadną. Umiejętność obliczeń przekazywano sobie z ojca na syna. Albo osiemnastowieczny chronometr kieszonkowy o dość specyficznej konstrukcji. Podarował go Janowi Śniadeckiemu król Stanisław August Poniatowski, który sam był mecenasem nauki, miał własną, cenną kolekcję instrumentów naukowych. Wypożyczał i udostępniał je szkołom, między innymi obserwatorium astronomicznemu Uniwersytetu w Wilnie, ale do nas też trafiło nieco eksponatów z królewskich zbiorów: kwadrant murowy i trzy teleskopy.

JŚ.: Jak widać, obiekty są pretekstem do opowiedzenia wielu historii – o ludziach, epoce, w której żyli, stanie ówczesnej nauki, prądach w sztuce.

Zegarek dla niewidomych Józefa Pnińskiego, Muzeum UJ Collegium Maius. Digitalizacja: RPD MIK, domena publiczna
 

Są wykorzystywane w dydaktyce akademickiej?

 JŚ.: Jak najbardziej. Podczas zajęć z historii technik artystycznych studenci historii sztuki zapoznają się z wytypowanymi przez kustoszy i wykładowców obiektami. Od niedawna prowadzone są też zajęcia dla studentów nauk ścisłych dotyczące dziedzictwa, historii, historii sztuki, nauki. Ich celem jest zaznajomienie z naszą działalnością studentów kierunków niehumanistycznych, którzy często są rozproszeni na różnych kampusach poza centrum miasta. Natomiast wydział historyczny zaproponował, żeby w naszym muzeum odbywały się przeznaczone dla doktorantów zajęcia na temat dziedzictwa uniwersytetu. Dodatkowo, w stałym użyciu dydaktycznym są imponujące kolekcje medyczne poszczególnych katedr.

Ich raczej nie udostępnia się zwiedzającym?

JŚ: Ze względu na specyfikę zbiorów nie praktykujemy tego. Podobnie sprawa wygląda z kolekcjami przyrodniczymi, chociaż akurat część z nich można zobaczyć podczas specjalnych wydarzeń: nocy muzeów, pikników popularnonaukowych. Poza tym, w porozumieniu z poszczególnymi wydziałami, organizujemy wystawy czasowe, co pozwala zaprezentować fragmenty wydziałowych kolekcji. Ale podczas oprowadzania po muzeum nie zawsze mamy możliwość opowiedzenia pełnej historii każdego z eksponatów, podania pełnego opisu, dlatego chcemy, żeby było to możliwe dzięki platformie wirtualnej .

Mikroskop optyczny z 1911 roku (fragment) oraz globus nieba (fragment), Muzeum UJ Collegium Maius. Digitalizacja: RPD MIK, domena publiczna
 

Wszystkie zdigitalizowane przez RPD MIK eksponaty z Muzeum UJ Collegium Maius udostępnimy na naszym portalu jesienią 2020 roku.

Włochata Maria Magdalena z Moszczenicy

W zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie znajduje się niewielka nastawa ołtarzowa, nabyta w końcu XIX wieku z kościoła w Moszczenicy koło Starego Sącza. Historia i pierwotne przeznaczenie tego tryptyku nie są znane. Najprawdopodobniej powstał około 1480 roku. Samodzielna parafia w Moszczenicy funkcjonowała od XIV wieku, ale z końcem XVI stulecia została zlikwidowana; kościół w tym czasie należał do starosądeckich klarysek Dziś kościół w Moszczenicy ma wezwanie św. Mikołaja, lecz w źródłach pojawia się także wcześniejszy patronat św. Marii Magdaleny – być może w XV wieku świątynia miała po prostu dwoje patronów. Ołtarz poświęcony jest Marii Magdalenie; to jej wizerunek znajduje się w części środkowej, ale warto zauważyć, że na jednym ze skrzydeł zobaczymy także św. Mikołaja.

Tryptyk świętej Marii Magdaleny z Moszczenicy Niżnej koło Starego Sącza, Muzeum Narodwe w Krakowie. Digitalizacja: RPD MIK, domena publiczna
 

Nastawa ołtarzowa z Moszczenicy jest zachowana w całości, co nie zdarza się często. Forma tryptyku była typowa dla ołtarzy późnośredniowiecznych: przedstawienie w części środkowej było poświęcone głównym patronom, zaś kolejne postacie pojawiały się na ruchomych skrzydłach, dekorowanych z obu stron. Na górze takiej struktury znajdowało się ozdobne zwieńczenie (tutaj zawierające przedstawienie archanioła Michała), a cała nastawa stała na podstawie, również dekorowanej, która nazywa się predella. W tym przypadku w predelli mamy namalowaną chustę św. Weroniki. Warto zauważyć, że średniowieczne ołtarze nie miały tabernakulum – ten element wprowadzono po Soborze Trydenckim (1545–1563).

Zamknięty tryptyk świętej Marii Magdaleny z Moszczenicy Niżnej koło Starego Sącza, Muzeum Narodwe w Krakowie.
Digitalizacja: RPD MIK, domena publiczna

 

Główną patronką ołtarza z Moszczenicy jest Maria Magdalena. Nie została jednak ukazana jako pięknie ubrana, zalotna kobieta trzymająca w dłoni słoiczek wonności – swój tradycyjny atrybut. Wiąże się on z faktem, że Maria Magdalena przybyła w niedzielny poranek do grobu Pańskiego, aby namaścić ciało Chrystusa, i stała się pierwszym świadkiem Zmartwychwstania. Tymczasem, w przypadku tryptyku z Moszczenicy mamy do czynienia z przedstawieniem Magdaleny porośniętej włosami, unoszonej ku niebu przez anioły. Takich przedstawień w sztuce środkowoeuropejskiej było w XV wieku całkiem sporo.

Dyptyk Winterfeldów, prawe skrzydło, Gdańsk ok. 1430–1435,
Muzeum Narodowe w Warszawie. Wikimedia Commons

 

Rozwój kultu Marii Magdaleny doprowadził oczywiście do namnożenia się legend o niej, a najpopularniejszy w średniowieczu zbiór żywotów świętych, czyli trzynastowieczna Złota Legenda Jakuba de Voragine, podaje, że po Wniebowstąpieniu Chrystusa Maria Magdalena:

„[…] udała się do dzikiej pustelni, gdzie pozostała nieznana nikomu przez 30 lat […]. Codziennie tedy, gdy zbliżała się pora każdej z siedmiu godzin kanonicznych, aniołowie unosili ją w powietrze i wtedy własnymi uszami słyszała pochwalne śpiewy niebiańskich zastępów. Tak każdego dnia nasycona ową słodką ucztą […] nie pragnęła już żadnego ziemskiego pokarmu” (tłum. Janina Pleziowa).

Ekstaza siedem razy na dzień odpowiada rytmowi średniowiecznej zakonnej liturgii godzin. Można zatem uznać, że pustelniczy żywot Magdaleny miał charakter życia konsekrowanego, a przy tym w zasadzie dostąpiła ona zbawienia przed śmiercią: mistyczne doznania zastępowały jej jedzenie i picie. Wbrew późniejszym przedstawieniom, popularnym głównie w czasach kontrreformacji, średniowieczna Magdalena na pustyni nie jest pokutującą grzesznicą. Jej grzechy (a wedle tradycji miała być byłą prostytutką) zostały jej znacznie wcześniej odpuszczone przez samego Chrystusa, który potem jej właśnie jako pierwszej ukazał się po Zmartwychwstaniu.

Rzeźba z ołtarza z katedry śś. Janów w Toruniu, pocz. XV wieku. Wikimedia Commons
 

Często zakłada się, że ikonografia „włochatej” Marii Magdaleny wywodzi się z legendy o św. Marii Egipcjance. Faktycznie, ich legendy są częściowo zbieżne – obie miały spędzić ostatnie dekady życia na pustkowiu. Jednakże Maria Egipcjanka była pokutującą grzesznicą, zaś Magdalena – przynajmniej w średniowiecznym ujęciu – nie pokutowała, ale doznawała niebiańskich rozkoszy. Z pewnością nie należy też zakładać, że te dwie święte były ze sobą mylone w średniowieczu i u progu nowożytności, gdyż kult ich był popularny i obie funkcjonowały jako osobne postacie. Dotyczy to także Krakowa: tu przy ulicy Grodzkiej znajdował się niezachowany do dziś kościół św. Marii Magdaleny, a zarazem na Wawelu był osobny kościół pod wezwaniem Marii Egipcjanki (również niezachowany). Wizerunek tej ostatniej znajdziemy na przykład wśród kwater Poliptyku św. Jana Jałmużnika (ukończony w 1504 r., dziś w Muzeum Narodowym w Krakowie): jest ona włochata, ale ma swój osobny atrybut, w postaci trzech okrągłych bochenków chleba, którymi wedle legendy żywiła się na pustyni przez ponad 40 lat. Najczęściej przedstawianie tych świętych jako pokrytych włosami tłumaczy się tym, że przez wiele lat na pustyni ich ubrania miały się rozpaść, a ich nagość przykrywały jedynie długie włosy.

Kwatera ze śś. Mariną i Marią Egipcjanką ze skrzydła poliptyku św. Jana Jałmużnika, przed 1504, Muzeum Narodowe w Krakowie. Kultura.malopolska.pl
 

Niektórzy badacze wywodzą późnośredniowieczne środkowoeuropejskie  przedstawienia włochatej Marii Magdaleny ze sztuki włoskiej, przywołując takie przykłady jak Maria Magdalena i sceny z jej życia (2. poł. XIII w., Galleria dell’ Accademia, Florencja). Trzeba jednak podkreślić, że owe włoskie przykłady raczej ukazują Magdalenę jako schowaną pod płaszczem włosów wyrastających na jej głowie. Oczywiście, długie włosy to typowa cecha przedstawień Marii Magdaleny: odnoszą się one do jej grzesznej przeszłości (jako symbol próżności, ziemskiej urody oraz atrybut uwodzicielek), ale także są jej „narzędziem pokuty” (miała ona bowiem, jako skruszona grzesznica, namaścić stopy Chrystusa i wytrzeć je własnymi włosami). Jednocześnie rozpuszczone włosy i odkryta głowa mogły odnosić się do koncepcji metaforycznego „odzyskania dziewictwa” przez Magdalenę w wyniku jej nawrócenia – ta idea rzeczywiście przewijała się w średniowiecznych pismach.

Maria Magdalena i sceny z jej życia, 2. poł. XIII w., 
Galleria dell’ Accademia we Florencji. 
Wikimiedia Commons

 

Jednakże zauważmy, że nasze środkowoeuropejskie przedstawienia ukazują coś innego: Magdalena nie tylko ma długie włosy, ale dodatkowo porośnięta jest nimi na całym ciele, niemalże pokryta futrem. Nie da się nie zauważyć związku owych przedstawień włochatej Marii Magdaleny z późnośredniowiecznymi wizerunkami Dzikich Ludzi (o antycznych korzeniach tych postaci czytaj tu). Owłosione postacie pojawiały się na marginesach późnośredniowiecznych rękopisów, w grafikach, na tapiseriach, malowidłach ściennych. Istnieje nawet teoria, że zarówno popularność przedstawień dzikich ludzi, jak i rozwój kultu „dzikich” świętych (ukazywanych jako owłosieni Marii Magdaleny, Marii Egipcjanki, Onufrego pustelnika i innych) wiąże się z rozwojem kultury miejskiej u progu nowożytności. Idealizacja życia na łonie natury i „pierwotnej dzikości” mogła być wyrazem lęków i tęsknot zurbanizowanego społeczeństwa. 

Rzeczywiście, środkowoeuropejska Maria Magdalena często jest po prostu Dziką Kobietą, o czym świadczyć mogą drzeworyty z tak zwanej Kroniki Norymberskiej z 1493 roku. Znajdziemy tam zarówno wizerunek właściwej Dzikiej Kobiety, jak i Magdalenę unoszoną przez aniołów. Obie te postacie ukazano jako owłosione w bardzo specyficzny sposób: pozostawiając nagie dłonie, stopy oraz piersi.

Dzika Kobieta oraz Ekstaza Marii Magdaleny, drzeworyty z Kroniki Norymberskiej (Hartmann Schedel, Liber Chronicarum, wydania łacińskie i niemieckie opublikowane w Norymberdze przez Antona Kobergera w 1493; zdobione drzeworytami
Michaela Wolgemuta i Wilhelma Pleydenwurffa). Wikimedia Commons

Zazwyczaj podkreśla się, że włochatość dzikich kobiet odnosiła się do symboliki seksualnej w znaczeniu grzeszności, nieokiełznanych popędów, zgorszenia i zepsucia. W takim znaczeniu w przypadku Marii Magdaleny mogłoby to przypominać o jej grzesznej przeszłości – o tym, że jest ona świętą grzesznicą. Jako taka staje się ona przykładem dla wszystkich grzeszników, udowadnia, że nawet najgorszy z nich może nawrócić się i doznać zbawienia. Jednocześnie jednak nie powinniśmy ignorować faktu, że Dzicy Ludzie w sztuce średniowiecznej nie zawsze występowali wyłącznie jako postaci negatywne. Mogli uosabiać także pierwotną prostotę z czasów Adama i Ewy, bliskość z naturą i siły witalne. Dzikie kobiety najczęściej ukazywano z dziećmi – nagie piersi owłosionych dzikusek mogły mieć podtekst seksualny, ale mogły odnosić się też do karmienia licznego potomstwa, co podkreślało aspekt ich naturalnej płodności.

Dzika kobieta marginesie francuskiego rękopisu Godzinek, ok. 1420–1425,
Morgan Library and Museum w Nowym Jorku, MS M.1004, fol. 90 r.

 

Na koniec wreszcie zauważmy, że w sztuce średniowiecznej funkcjonował enigmatyczny motyw Dzikiej Kobiety z jednorożcem. To zaskakujące połączenie, ponieważ jednorożec był atrybutem dziewic. Wierzono bowiem, że jedynie dziewica jest w stanie schwytać to mityczne stworzenie, a zatem nawet w Dzikiej Kobiecie musi być coś czystego, nieskalanego. To właśnie może być szczególny klucz do interpretacji postaci włochatej św. Marii Magdaleny. Zapewne nawet ów aspekt kobiecej płodności czy też seksualności w pozytywnym znaczeniu może być połączony z tą właśnie świętą – a to dlatego, że Magdalena mogła być interpretowana jako „nowa Ewa” i zarazem mistyczna Oblubienica Chrystusa, którego z kolei określano jako „nowego Adama”.

Mistrz E.S., Dzika Kobieta z jednorożcem, grafika L.229, odbitka z kolekcji Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku.
Wikimedia Commons

 

Zazwyczaj zakłada się, że to Matka Boska miała być „nową Ewą”, a zarazem symbolizowała Kościół (łac. Ecclesia), pod postacią mistycznej Oblubienicy Chrystusa i w odniesieniu do Oblubienicy ze starotestamentowej Pieśni nad Pieśniami. Zapomina się dzisiaj, że tę rolę można było przypisywać także Marii Magdalenie, co stanowiło odwołanie do tradycji wczesnośredniowiecznych. Porównanie Magdaleny do Kościoła–Mistycznej Oblubienicy Chrystusa pojawiło się w jednym z kazań papieża Grzegorza Wielkiego (zm. 604): podobnie jak starotestamentowa Oblubienica, tak i Magdalena znalazła swego ukochanego w ogrodzie (chodzi o spotkanie zaraz po Zmartwychwstaniu). Warto zauważyć, że późnośredniowieczne Biblie pauperum (czyli księgi zestawiające sceny nowotestamentowe z ich „zapowiedziami” ze Starego Testamentu) łączyły przedstawienie spotkania zmartwychwstałego Chrystusa i Magdaleny właśnie ze spotkaniem Oblubieńca i Oblubienicy z Pieśni nad Pieśniami.

Scena Noli me tangere (w środku) zestawiona ze Spotkaniem Oblubieńców (po prawej),
z niderlandzkiego rękopisu Biblii pauperum (Haga? ok. 1395–1400), British Library w Londynie, Kings MS 5, f. 23

 

Maria Magdalena jawi nam się zatem jako niezwykle złożona postać: rozpustnica i zarazem jedna z najbliższych towarzyszek Jezusa; święta grzesznica, która być może funkcjonowała jako personifikacja Kościoła, złożonego z grzesznej ludzkości, ale uświęconego miłością Boga i ostatecznie wydającego dobre owoce, niczym pobłogosławiona naturalną płodnością Oblubienica.

 

Opracowanie: dr Magdalena Łanuszka
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

dr Magdalena Łanuszka – absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, doktor historii sztuki, mediewistka. Ma na koncie współpracę z różnymi instytucjami: w zakresie dydaktyki (wykłady m.in. dla Uniwersytetu Jagiellońskiego, Akademii Dziedzictwa, licznych Uniwersytetów Trzeciego Wieku), pracy badawczej (m.in. dla University of Glasgow, Polskiej Akademii Umiejętności) oraz popularyzatorskiej (m.in. dla Archiwów Państwowych, Narodowego Instytutu Muzealnictwa i Ochrony Zbiorów, Biblioteki Narodowej, Radia Kraków, Tygodnika Powszechnego). W Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie administruje serwisem Art and Heritage in Central Europe oraz prowadzi lokalną redakcję RIHA Journal. Autorka bloga o poszukiwaniu ciekawostek w sztuce: www.posztukiwania.pl.

 

Skarb znaleziony na strychu. Co się kryje w ikonie Hodegetrii z Nowej Wsi?

W latach 1947–1950 w ramach akcji „Wisła” przeprowadzono masowe przesiedlenia Ukraińców, Bojków, Dolinian i Łemków zamieszkujących od wieków tereny Polski południowo-wschodniej. W jednym z połemkowskich gospodarstw w Nowej Wsi nowi polscy właściciele odkryli wspaniałą ikonę przedstawiającą Matkę Boską Hodegetrię w otoczeniu proroków, hymnografów i świętych. Nie wiadomo, skąd się tam wzięła i w jaki sposób przetrwała (w dobrym stanie!). W 1977 roku obiekt ten zakupiło Muzeum Okręgowe w Nowym Sączu. Ikona datowana jest na koniec XV wieku i zawiera bardzo dużo niezwykle interesujących szczegółów.

Ikona Matka Boska Hodegetria w otoczeniu proroków, hymnografów i świętych, koniec XV wieku, Nowa Wieś,
Muzeum Okręgowe w Nowym Sączu. Digitalizacja: RPD MIK, domena publiczna


Co to jest Hodegetria?

Wedle tradycji cesarzowa Pulcheria w V wieku ufundowała w Konstantynopolu monastyr (klasztor) Hodegon wzniesiony wokół cudownego źródła, dzięki któremu ślepcy mieli odzyskiwać wzrok. Przyprowadzali ich tam przewodnicy (hodegoi) lub też po prostu mnisi z klasztoru. To właśnie z tym miejscem związana była najsłynniejsza ikona Matki Boskiej Hodegetrii, czyli Przewodniczki. W przedstawieniu tym Maria wskazuje dłonią na błogosławiącego Chrystusa, siedzącego na jej ramieniu, objawiając w ten sposób ludziom drogę do zbawienia.

Legenda przypisała autorstwo ikony św. Łukaszowi Ewangeliście, który miał namalować Marię i Jezusa „z natury”, na desce stołu. W kaplicy monastyru ikona ta miała znajdować się już w połowie V wieku (sprowadzona przez cesarzową Pulcherię). Jednakże, choć w Bizancjum formacja kultu maryjnego nastąpiła między V a VII wiekiem, to sama świątynia Hodegetrii pierwszy raz wzmiankowana była dopiero w IX wieku. Ostatnie badania wiążą ten klasztor z panującym wówczas cesarzem Michałem III i trudno ostatecznie stwierdzić, czy słynna Hodegetria była rzeczywiście ikoną późnostarożytną. Jej kult rozwinął się na dobre dopiero w średniowieczu. Nie wiemy nawet na pewno, czy było to ujęcie w półpostaci. Ostatecznie to właśnie półfigurowa kompozycja zyskała popularność (od około połowy XI wieku).

W całym chrześcijańskim świecie, zarówno w Kościele wschodnim jak i zachodnim, przez kolejne stulecia powielano wizerunki Matki Boskiej Hodegetrii w różnych wariantach i niezliczonej ilości egzemplarzy. Legendy dotyczące cudownych wizerunków bardzo często „przechodziły” na ich kopie – stąd też liczne Hodegetrie (w tym także m.in. Matka Boska Częstochowska) były określane jako dzieło samego św. Łukasza. Oryginał z klasztoru Hodegon niestety nie przetrwał zdobycia Konstantynopola przez Turków w 1453 roku. Już w tekstach średniowiecznych mieszano nazwy klasztoru i ikony, wywodząc je od siebie nawzajem.

Cuda w każdy wtorek!

Wedle piętnastowiecznych relacji oryginalna ikona z klasztoru Hodegon była bardzo ciężka: przyozdobiono ją złotniczą sukienką i wystawiano w żelaznej kasecie. Pojawiła się nawet informacja, że podobrazie tej ikony było z kamienia, co jednak jest mało prawdopodobne. Ciężar obrazu miał znaczenie, ponieważ noszono go w każdy wtorek po mieście i wówczas odnotowywano liczne uzdrowienia.

Cotygodniowe procesje ikony po Konstantynopolu były relacjonowane przez obserwatorów z XIV wieku (takich jak Stefan Nowogrodzianin, Ignacy Smoleński, Aleksander Diak oraz anonimowi pielgrzymi). Jeszcze w pierwszej połowie XV wieku Diakon Zosim wspomniał, że w każdy wtorek Bogurodzica czyni cuda w monasterze Hodegetrii. Procesja wtorkowa mogła być ustanowiona prawdopodobnie pod koniec XIII wieku. W kolejnym stuleciu z kultem Matki Boskiej Hodegetrii pozwiązano słynny Akatyst ku czci Bogurodzicy, czyli wzorcowy hymn liturgiczny, który wywodzić się miał z twórczości Romana Melodosa z VI wieku, a ukształtować ostatecznie w VII lub VIII wieku. To właśnie rola hymnów w kulcie maryjnym w niezwykły sposób została podkreślona w ikonie z Nowej Wsi.

Różdżka, drabina i owcze runo

Ikona to zawsze obraz plus tekst. Nawet łatwo rozpoznawalne postacie są w sztuce wschodniej podpisane, przynajmniej skrótowo. W ikonie w Nowym Sączu w lewym górnym rogu jest archanioł Michał, zaś w prawym – archanioł Gabriel. Matka Boska i Jezus Chrystus są opisani odpowiednimi skrótami poniżej. Natomiast dookoła zostali umieszczeni prorocy oraz hymnografowie, czyli twórcy poezji, hymnów i pieśni liturgicznych Kościoła wschodniego.

Hodegetria w otoczeniu proroków to jeden z najciekawszych typów w malarstwie ziem ruskich dawnej Rzeczypospolitej. Trudno jednoznacznie wskazać konkretne źródło inspiracji dla tego typu przedstawień. Prawdopodobnie złożyły się na nie liczne tradycje, a interpretować je można m.in. w odniesieniu do zachowanych kazań oraz hymnów. Najstarsze ikony tego typu pochodzą z klasztorów na górze Athos i górze Synaj i datowane są na XI–XIII wiek. Na ziemiach ruskich ten typ ikon był szczególnie popularny w XV–XVI wieku.

Przedstawienia Matki Boskiej z Dzieciątkiem w otoczeniu proroków wpisują się w popularne w średniowiecznej teologii podkreślanie zgodności między Starym i Nowym Testamentem; zresztą powiązanie Bogurodzicy ze starotestamentowymi proroctwami na temat Wcielenia znajdziemy już w piśmiennictwie Ojców Kościoła. Jacy zatem starotestamentowi prorocy otaczali Matkę Boską?

U góry po lewej ukazano Mojżesza. Co ciekawe, nie ma on żadnego atrybutu ani zwoju z cytatem. W innych tego typu kompozycjach pojawia się odniesienie do krzewu gorejącego, pod postacią którego Bóg ukazał się Mojżeszowi. Płomień, który pali, lecz nie niszczy, to symbol dziewictwa Marii.

W prawym górnym rogu, do pary z Mojżeszem, ukazany został jego brat Aaron. Mojżesz i Aaron to patriarchowie Domu Izraela i rodu Dawidowego, z którego wywodził się Mesjasz. Aaron ubrany jest w bogate szaty podkreślające godność pierwszego arcykapłana. Jego atrybutem jest kwitnąca laska, ponieważ wybór Aarona na arcykapłana został potwierdzony cudem opisanym w Księdze Liczb (17,16-26). Każdy z przedstawicieli dwunastu pokoleń Izraela złożył laskę w Namiocie Spotkania i tylko ta należąca do Aarona zakwitła i wydała owoce. „Różdżka Aarona” także symbolizuje Matkę Boską w cudowny sposób przynoszącą światu owoc w postaci Mesjasza.

Ikona Matka Boska Hodegetria w otoczeniu proroków, hymnografów i świętych – detale: po lewej Mojżesz, po prawej Aaron


Poniżej widnieje kolejna para proroków, tym razem królewska: to Dawid i Salomon, obydwaj w koronach na głowach. Dawid trzyma w dłoni model Arki Przymierza, którą przeniósł na wzgórze Syjon w Jerozolimie, zaś Salomon wybudował dla niej Pierwszą Świątynię. W tekstach Matka Boska, w której łonie skrył się Mesjasz, była przyrównywana zarówno do Świątyni kryjącej Arkę, jak i do samej Arki Przymierza, w której Izraelici przechowywali dowody obecności Boga.

Ikona Matka Boska Hodegetria w otoczeniu proroków, hymnografów i świętych – detale: po lewej król Dawid, po prawej król Salomon


Następna para to Gedeon i Jakub. Futrzasta kula w dłoniach Gedeona to owcze runo – atrybut tej postaci wywodzi się od cudu, opisanego w Księdze Sędziów. Aby przekonać się, czy Bóg pomoże Izraelitom w walce z Midianitami, sędzia Gedeon najpierw poprosił, aby pozostawione na noc na ziemi runo pokryło się rosą, choć ziemia dookoła miała zostać sucha. Gdy tak się stało, Gedeon poprosił raz jeszcze o cud odwrotny, aby rano na mokrej ziemi runo pozostało suche. Runo, które pozostało suche mimo rosy, interpretowano jako odniesienie do Marii, która pozostała dziewicą mimo urodzenia Mesjasza.

Jakub natomiast to patriarcha, syn Izaaka i wnuk Abrahama. Oprócz zwoju z proroctwem ma atrybut w postaci drabiny. Odnosi się ona do jego wizji sennej, opisanej w Księdze Rodzaju (Rdz 28,12), w czasie której ujrzał aniołów wstępujących i zstępujących z nieba po drabinie. Drabina łącząca niebo i ziemię może być w tym przypadku również symbolem Matki Boskiej.

Ikona Matka Boska Hodegetria w otoczeniu proroków, hymnografów i świętych – detale: po lewej Gedeon, po prawej Jakub


Kolejną parą proroków są Micheasz i Ezechiel, ukazani ze zwojami. Dodatkowym atrybutem proroka Ezechiela są drzwi, a właściwie brama – w odniesieniu do fragmentu z Księgi Ezechiela (Ez 44,1-3): „I rzekł do mnie Pan: »Ta brama ma być zamknięta. Nie powinno się jej otwierać i nikt nie powinien przez nią wchodzić, albowiem Pan, Bóg Izraela, wszedł przez nią«”. Zamknięta brama może symbolicznie odnosić się do dziewictwa Marii. „Brama niebios” była zresztą jednym z popularnych określeń Matki Boskiej.

Ikona Matka Boska Hodegetria w otoczeniu proroków, hymnografów i świętych – detale: po lewej Micheasz, po prawej Ezechiel


W Starym Testamencie wyróżnia się czterech proroków większych oraz dwunastu proroków mniejszych – do tych ostatnich należą Micheasz oraz ukazany w kolejnej parze Amos. Tymczasem zarówno Ezechiel, jak i zestawiony w ikonie z Amosem Izajasz, to prorocy więksi. Izajasz oprócz zwoju ma tutaj dodatkowy atrybut w postaci kwitnącej laski, podobnej do tej, którą trzyma Aaron. To dlatego, że proroctwo Izajasza zawiera zapowiedź nadejścia Mesjasza ujętą w metaforę: „I wyrośnie różdżka z pnia Jessego, wypuści się odrośl z jego korzeni” (Iz 11,1). Odnosi się ona do Wcielenia i pochodzenia Chrystusa z rodu Dawidowego (Jesse był ojcem Dawida).

Ikona Matka Boska Hodegetria w otoczeniu proroków, hymnografów i świętych – detale: po lewej Amos, po prawej Izajasz


Na samym dole ukazana została ostatnia para: to Jeremiasz i Daniel, pozostali z czwórki proroków większych. Daniel trzyma w dłoni fragment górzystego pejzażu, co odnosi się do tłumaczenia przez tego proroka snu Nabuchodonozora (Dn 2,34 oraz 2,45) o skale, która samoczynnie odrywa się od góry bez niczyjej ingerencji. Fragment ten interpretowano jako zapowiedź Wcielenia: Chrystus to skała, zaś górą jest Maria.

Ikona Matka Boska Hodegetria w otoczeniu proroków, hymnografów i świętych – detale: po lewej Jeremiasz, po prawej Daniel


Poeci sławią Madonnę

Rozbudowana wersja Hodegetrii, którą reprezentuje ikona z Nowej Wsi, zawiera także przedstawienia hymnografow oraz rodziców Marii, czyli świętych Joachima i Anny. Tego typu przedstawienia były charakterystyczne właśnie dla ruteńskich ikon, podczas gdy na przykład na Bałkanach zestawiano zazwyczaj Matkę Boską tylko z prorokami. W ten sposób Madonnę otacza zgromadzenie tych, którzy byli świadkami Dobrej Nowiny, sławiącymi Marię w swych proroctwach, homiliach i hymnach. Odwołania do tych właśnie postaci odnajdziemy zresztą w homiliach z IX wieku. Rodzice Marii mogli występować jako odpowiedniki Adama i Ewy. Przede wszystkim jednak święci Joachim i Anna są łącznikami między Starym a Nowym Testamentem. Trzeba podkreślić, że nie występują oni w kanonicznych księgach biblijnych, lecz są bohaterami apokryficznymi. W ikonach ruskich dawnej Rzeczypospolitej w dolnym rzędzie Joachima i Annę otaczają hymnografowie. W VIII i IX wieku powstawały w Kościele wschodnim liczne hymny i kazania związane z kultem Bogurodzicy. Prorocy zapowiadają rolę Matki Boskiej, zaś hymnografowie krzewią jej kult.

Ikona Matka Boska Hodegetria w otoczeniu proroków, hymnografów i świętych dolny pas.
Od lewej: Józef Hymnograf, Stefan Hymnograf, rodzice Marii Anna i Joachim, Kosma Majumski, Jan z Damaszku


Podpisy mówią nam, że na ikonie ukazano Józefa Hymnografa, Jana z Damaszku, Stefana oraz Kosmę Majumskiego.

Józef Hymnograf trzyma w dłoni zwój z fragmentem Liturgii Św. Jana Złotoustego, która zawierała słowa: „Zaprawdę godnym jest wielbić Cię, Bogurodzico…”. Święty ten (zm. 886) pochodził z Sycylii, a jego życie obfitowało w barwne przygody. Z rodzimej wyspy musiał uciekać ze względu na inwazję arabską, przez jakiś czas przebywał jako mnich kaligraf w klasztorze w Salonikach, następnie przeniósł się do Konstantynopola. Wysłany do Rzymu, wpadł w ręce piratów i był więziony na Krecie. Wrócił jednak do Konstantynopola, przywożąc z sobą relikwie św. Bartłomieja. W stolicy założył monaster pod wezwaniem m.in. tego świętego i został jego opatem. W wyniku rozgrywek politycznych między cesarzem a patriarchą, z którym Józef się przyjaźnił, został zesłany na Krym. Ostatecznie wrócił do Konstantynopola i do śmierci pozostał przy kościele Hagia Sophia. Był autorem licznych hymnów, a twórczość jego była przesiąknięta liryzmem.

Święty Jan z Damaszku (zm. ok. 750) to jeden z najsłynniejszych teologów i hymnografów Kościoła powszechnego, znany m.in. z mów w obronie kultu obrazów. Był też autorem licznych dzieł i przyczynił się do uformowania zbioru pieśni liturgicznych – tak zwanego Ośmiogłasnika (Oktoechos). Z powodu jego częściowo arabskich korzeni ukazywano św. Jana z Damaszku w orientalizującym nakryciu głowy. Często też jego atrybutem w ikonach był zwój z początkowymi słowami hymnu liturgicznego – to kanon Bogurodzicy na niedzielę rano, pieśń pierwsza ze zbioru Oktoechos.

Stefan Hymnograf z kolei przedstawiony został ze zwojem z fragmentem hymnu z liturgii według św. Bazylego (także w odniesieniu do Matki Boskiej). Ciekawostką jest, że w zestawieniu czterech hymnografów św. Stefan występuje tylko w ikonach z Rusi Czerwonej – nie wiadomo nawet na pewno, czy nie jest to wynik jakiegoś błędu. Trudno jednoznacznie powiedzieć, o jakiego Stefana w ogóle tutaj chodzi – w kręgu św. Jana z Damaszku było kilku mnichów o tym imieniu. Wśród hipotez pojawiają się propozycje identyfikacji tej postaci jako św. Stefana Sabaity (zm. ok. 794) lub św. Stefana Hymnografa (zm. 807), krewnego Jana z Damaszku.

Czwarty hymnograf, Kosma, ma zwój z fragmentem hymnu poświęconego Matce Bożej, który pochodzi ze zbioru modlitw Ojców Kościoła, z pieśni dziewiątej akatystu Jezusa Chrystusa. Św. Kosma (zm. 750) zwany Melodosem, został adoptowany przez ojca Jana Damasceńskiego – obaj trafili do klasztoru św. Saby pod Jerozolimą. W końcu Kosma opuścił go i został biskupem Majumy koło Gazy – stąd określenie „Kosma Majumski”. Był jednym z najwybitniejszych hymnografów VIII wieku.

Tajemnica Wcielenia

Matka Boska cieszyła się kultem zwłaszcza jako Theotokos, czyli Boża Rodzicielka. Ten tytuł podkreślał tajemnicę Wcielenia, co wyrosło na bazie wczesnochrześcijańskich sporów o naturę Chrystusa. Boską naturę Mesjasza ilustrował m.in fakt, że dzieciątko Jezus było w sztuce bizantyńskiej ukazywane jako uosobienie dojrzałości – guz na czole miał podkreślać mądrość Wcielonego Słowa. Jezus trzyma zwinięty rulon Ewangelii – jest Słowem, które stało się Ciałem. Jednocześnie jednak nie mniej ważna jest ludzka natura Chrystusa – a Bóg wcielił się w człowieka dzięki Marii. Dopełnienie wizerunku Matki Boskiej z Dzieciątkiem poprzez przedstawienia jej świętych rodziców, proroków zapowiadających jej rolę w dziejach zbawienia oraz hymnografów sławiących ją w kolejnych stuleciach buduje kompleksową opowieść o Bogurodzicy – zamykając w jednej ikonie szeroki teologiczny kontekst opowieści o tym, jak Bóg stał się człowiekiem, rodząc się z Dziewicy.

W sam raz na Boże Narodzenie.

Opracowanie: dr Magdalena Łanuszka
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

dr Magdalena Łanuszka – absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, doktor historii sztuki, mediewistka. Ma na koncie współpracę z różnymi instytucjami: w zakresie dydaktyki (wykłady m.in. dla Uniwersytetu Jagiellońskiego, Akademii Dziedzictwa, licznych Uniwersytetów Trzeciego Wieku), pracy badawczej (m.in. dla University of Glasgow, Polskiej Akademii Umiejętności) oraz popularyzatorskiej (m.in. dla Archiwów Państwowych, Narodowego Instytutu Muzealnictwa i Ochrony Zbiorów, Biblioteki Narodowej, Radia Kraków, Tygodnika Powszechnego). W Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie administruje serwisem Art and Heritage in Central Europe oraz prowadzi lokalną redakcję RIHA Journal. Autorka bloga o poszukiwaniu ciekawostek w sztuce: www.posztukiwania.pl.

Pozostałe teksty Magdaleny Łanuszki na portalu:

Co oznacza skrót IHS?
Modlitwa Chrystusa w Ogrójcu w realizacji Wita Stwosza

Niezwykłe przygody świętego Mikołaja
Niezwykły program dekoracji kielicha z kolekcji Muzeum Archidiecezjalnego w Krakowie
Winne opowieści – część pierwsza
Winne opowieści – część druga
Smoki w sztuce średniowiecznej: profanum
Smoki w sztuce średniowiecznej: sacrum
Średniowieczna miłość cudzołożna
Średniowieczne kobiety fatalne
Zmartwychwstanie w sztuce średniowiecznej

Niezwykłe przygody świętego Mikołaja

Biskup Mikołaj był od średniowiecza jednym z najpopularniejszych świętych, czczonych zarówno na Zachodzie, jak i w Kościele wschodnim. Z tego powodu wiele jego wizerunków zachowało się i w ołtarzach kościołów rzymskokatolickich, i na ikonach.

Mikołaj żył na przełomie III i IV wieku, był biskupem starożytnej Miry w Azji Mniejszej (dzisiaj Demre w Turcji), ale bardzo często tego świętego określa się jako Mikołaja z Bari, ponieważ w XI wieku włoscy kupcy wywieźli jego relikwie właśnie do tego miasta. Skradzione z Miry szczątki biskupa złożyli w specjalnie do tego celu wzniesionej bazylice św. Mikołaja, gdzie kilka wieków później pochowano naszą królową Bonę.

Najstarsza wzmianka o Mikołaju pochodzi prawdopodobnie z VI wieku. Jest to opowieść o tym, że biskup ocalił trzech dowódców wojskowych, niesłusznie skazanych na śmierć. Wielką popularnością cieszyła się także legenda, wedle której Mikołaj w cudowny sposób uciszył burzę na morzu i dzięki temu uratował żeglarzy – przedstawienia związane z tymi opowieściami pojawiały się niemal w każdym cyklu legendy świętego Mikołaja.

Ikona Święty Mikołaj, 1. ćwierć XVI wieku, Muzeum Okręgowe w Nowym Sączu.
Digitalizacja: RPD MIK, domena publiczna


Pierwszy żywot świętego, autorstwa pewnego Michała, powstał w 1. połowie IX wieku (Vita Per Michaëlem), podobnie jak kolejny żywot, pióra św. Metodego Wyznawcy (patriarchy Konstantynopola, zm. 847 – to inna postać niż brat św. Cyryla), znany na Zachodzie z łacińskiego przekładu Jana, diakona neapolitańskiego z X wieku (Laudatioi Sancti Nicolai). Jednak najpopularniejszą wersją legendy i źródłem wiedzy dla artystów średniowiecznych była niewątpliwie opowieść zamieszczona w trzynastowiecznej Złotej Legendzie Jakuba de Voragine.

Tryptyk świętej Marii Magdaleny z Moszczenicy Niżnej koło Starego Sącza – lewe skrzydło,
ok. 1480, Muzeum Narodowe w Krakowie. Digitalizacja: RPD MIK, domena publiczna


Święty Mikołaj był przedstawiany w stroju biskupim, ale to akurat dotyczy wielu świętych; Mikołaja możemy rozpoznać po jego szczególnym atrybucie, jakim są trzy złote kule, najczęściej leżące na trzymanej przez niego księdze. Atrybut ten wywodzi się z opowieści o tym, jak biskup chciał pomóc ubogiemu człowiekowi, który miał trzy córki i nie miał dla nich posagu – ale chciał zrobić to anonimowo. Ojciec córek był gotów, jak mówi Złota legenda: „[…] trzy swoje niezamężne córki wysłać na ulicę, aby w ten sposób móc żyć za cenę ich hańby". Mikołaj zdecydował się nocą podrzucić bryłę złota przez okno do domu tego człowieka – ów zaś natychmiast wykorzystał dar i wydał najstarszą córkę za mąż. Następnie duchowny jeszcze dwa razy powtórzył swoją nocną wyprawę. Za trzecim razem jednak ojciec córek obudził się i pobiegł za darczyńcą, aby mu podziękować. Wszystkie trzy dziewczyny oczywiście szczęśliwie wyszły za mąż. W związku z tą legendą przyjęło się, że Mikołaj nocą podrzuca dzieciom prezenty.

Św. Mikołaj uposażający trzy ubogie panny, kwatera
ze skrzydeł z Domaradza, ok. 1520, Muzeum Narodowe
w Krakowie. Fot. Pracownia Fotograficzna MNK


Choć Mikołaj stał się patronem dzieci, to w opowieściach podkreślano jego wyjątkową dojrzałość. Jedną z bardziej intrygujących scen w cyklach legendy św. Mikołaja jest przedstawienie jego narodzin. Ten epizod odnosi się do tekstów jeszcze z pierwszego tysiąclecia, według których święty już urodził się jako świadomy i pobożny człowiek, nawet fizycznie rozwinięty zdecydowanie ponad swój wiek. Natychmiast po narodzinach, kiedy go kąpano, nawet o własnych siłach samodzielnie stanął w wanience! Ponadto w niemowlęctwie miał odmawiać matce przyjmowania pokarmu we środy i piątki częściej niż raz dziennie, ponieważ już jako noworodek narzucał sobie w te dni pobożny post.

Narodziny św. Mikołaja, kwatera ze skrzydeł z Domaradza, ok. 1520, Muzeum Narodowe w Krakowie. Fot. Pracownia Fotograficzna MNK


W wielu średniowiecznych żywotach świętych pojawia się postać Żyda – zazwyczaj jako bohatera negatywnego, który jednak na koniec się nawraca. Jako że św. Mikołaj był patronem nie tylko żeglarzy, ale także kupców, to sporo związanych z nim legend dotyczy pieniędzy – i jakoś tak automatycznie bohaterami tych opowieści stają się Żydzi. Co ciekawe, nie zawsze to Żyd jest czarnym charakterem; przykładowo, w Złotej Legendzie przeczytamy, że pewien człowiek pożyczył od Żyda pieniądze, jako zabezpieczenie składając przysięgę przy ołtarzu św. Mikołaja. Potem zaś długu nie oddawał, Żyd zatem pozwał go przed sąd. Sprytny dłużnik napełnił monetami wydrążoną laskę i w sądzie, przed złożeniem przysięgi, dał tę laskę swemu wierzycielowi do potrzymania. Następnie przysiągł, że oddał cały dług, po czym odebrał laskę i udał się do domu. Po drodze zginął jednak w wypadku. Przejechał go wóz, przy tej okazji laska złamała się, a złoto wysypało. Musiało być to niedaleko od sądu, ponieważ zaraz zbiegli się ludzie, a wśród nich był i ów oszukany Żyd. Zamiast jednak zabrać pieniądze, które mu się należały, Żyd nagle powiedział, że odbierze swój dług, o ile zabity wróci do życia za przyczyną świętego Mikołaja. Tak też się stało – i oczywiście Żyd wówczas przeszedł na chrześcijaństwo.

Kolejna, nie mniej absurdalna opowieść mówi, że pewien Żyd, choć nie czcił chrześcijańskich świętych, kazał sobie wykonać figurę św. Mikołaja – słyszał bowiem, że jest to patron ludzi interesu. Liczył na to, że taka figura w magiczny sposób będzie chronić jego dobytek. Niestety, pewnego razu złodzieje ograbili dom Żyda, pozostawiwszy jedynie ową rzeźbę. Po powrocie do domu gospodarz bardzo się rozgniewał, zaczął biczować i chłostać nieszczęsną figurę. Tymczasem, gdy złodzieje dzielili się łupem, nagle objawił się im sam święty Mikołaj! Był cały posiniaczony i pobity; powiedział, że to z ich powodu tak cierpi. Złodzieje oczywiście byli wstrząśnięci tą cudowną wizją, w związku z czym wrócili do Żyda i oddali mu wszystko, co ukradli. Tradycyjnie na koniec wszyscy się nawrócili – zarówno złodzieje, jak i Żyd, który zdecydował się przyjąć chrzest.

Ocalenie żeglarzy oraz Biczowanie posągu św. Mikołaja, kwatery skrzydła retabulum,
1. połowa XVI wieku, Muzeum Czartoryskich, Muzeum Narodowe w Krakowie.
Fot. Pracownia Fotograficzna MNK


Żywoty świętych obfitują w niezwykłe przygody, ale trzeba przyznać, że legenda Mikołaja była wyjątkowo barwna. Postać ta również w niezwykły sposób osadziła się w we współczesnej kulturze, wiele zresztą tracąc ze swego pierwowzoru. Angielski Santa Claus wywodzi się z holenderskiego Sinterklaas, który jest zbitką od Sint-Nicolaas – zapewne mało kto dziś już o tym pamięta, zwłaszcza, że strój biskupa zastąpił czerwony kombinezon, spopularyzowany w latach trzydziestych XX wieku przez reklamy Coca-Coli. Z drugiej strony, musimy też pamiętać, że określenie Mikołaja jako przybysza z dalekiej północy, lecącego po niebie z zaprzęgiem reniferów ma przedchrześcijańskie korzenie – sięga do tradycji germańskich i wiąże się z zimowym świętem przesilenia Jul oraz z bogiem Odynem. Cóż, nawet jeśli popkultura odarła Mikołaja z biskupiej powagi, to przynajmniej przy okazji w niepamięć poszły również niezbyt sensowne legendy o tym świętym – zwłaszcza te o antysemickim wydźwięku.

Opracowanie: dr Magdalena Łanuszka
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

dr Magdalena Łanuszka – absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, doktor historii sztuki, mediewistka. Ma na koncie współpracę z różnymi instytucjami: w zakresie dydaktyki (wykłady m.in. dla Uniwersytetu Jagiellońskiego, Akademii Dziedzictwa, licznych Uniwersytetów Trzeciego Wieku), pracy badawczej (m.in. dla University of Glasgow, Polskiej Akademii Umiejętności) oraz popularyzatorskiej (m.in. dla Archiwów Państwowych, Narodowego Instytutu Muzealnictwa i Ochrony Zbiorów, Biblioteki Narodowej, Radia Kraków, Tygodnika Powszechnego). W Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie administruje serwisem Art and Heritage in Central Europe oraz prowadzi lokalną redakcję RIHA Journal. Autorka bloga o poszukiwaniu ciekawostek w sztuce: www.posztukiwania.pl.

Pozostałe teksty Magdaleny Łanuszki na portalu:

Co oznacza skrót IHS?
Modlitwa Chrystusa w Ogrójcu w realizacji Wita Stwosza

Niezwykły program dekoracji kielicha z kolekcji Muzeum Archidiecezjalnego w Krakowie
Winne opowieści – część pierwsza
Winne opowieści – część druga
Smoki w sztuce średniowiecznej: profanum
Smoki w sztuce średniowiecznej: sacrum
Średniowieczna miłość cudzołożna
Średniowieczne kobiety fatalne
Zmartwychwstanie w sztuce średniowiecznej

Co oznacza skrót IHS?

Odpowiedzieć na pytanie postawione w tytule można bardzo prosto: to skrót od imienia Jezus – tak zwany Chrystogram, czyli monogram Chrystusa. Grecki zapis imienia: ΙΗΣΟΥΣ, skrócony do ΙΗΣ, przy użyciu łacińskiego alfabetu zamienił się w IHS. Z kolei od greckiej formy słowa „Chrystus” (ΧΡΙΣΤΟΣ) powstał symbol łączący litery X i P, a także skrót XPI.

Chrystogram, płaskorzeźba z sarkofagu z IV wieku, Muzea Watykańskie.
Wikimedia Commons
, fot. Jebulon, domena publiczna


Posługiwano się nim już w czasach wczesnochrześcijańskich – bo też w ogóle pomysł skracania wyrazów jest zakorzeniony w starożytności. W sztuce chrześcijańskiej monogram Chrystusa funkcjonował także jako element dekoracyjny o sakralnym znaczeniu. Jednym z najciekawszych – moim zdaniem – przykładów jest karta ze słynnego iroszkockiego rękopisu z początków IX wieku, zwanego Księgą z Kells. Litery XPI zostały tu wplecione w taki gąszcz szalonej, plecionkowej ornamentyki, że na pierwszy rzut oka trudno je w ogóle dostrzec! Największą część karty zajmuje asymetryczne X, pod którym zostało umieszczone P z wplecionym w środek I:

Karta 34. z Księgi z Kells, ok. 800, Trinity College Library w Dublinie, MS 58.
Wikimedia Commons


Pytanie o znaczenie Chrystogramu możemy potraktować jako punkt wyjścia do rozważań o koncepcji stosowania skrótów w ogóle. Niektóre z nich, choć wykształcone w starożytności oraz średniowieczu, są w powszechnym użytku do dzisiaj.

Czy zauważyliście, że często w czasie sądowych rozpraw (szczególnie w amerykańskich filmach i serialach) protokolant pisze na malutkiej maszynie, która drukuje zapis na wąskich paskach papieru? Te urządzenia to maszyny do stenotypii, czyli do szybkiego pisania w systemie stenograficznym. W dzisiejszych czasach dysponujemy co prawda technologią pozwalającą po prostu nagrywać głos, lecz wcześniej przez wiele stuleci bieżące protokołowanie dyskusji i obrad było możliwe w zasadzie tylko dzięki technikom skróconego zapisu. Ich początki sięgają starożytności – z greki sposoby szybkiego pisania nazwano trachygrafią, a pierwszy system stworzyć miał w I wieku p.n.e. Marek Tuliusz Tyron, wyzwoleniec, przyjaciel i sekretarz Cycerona. Tak zwane noty tyrońskie składały się zazwyczaj z dwóch znaków: głównego, wywodzącego się z początku danego wyrazu, oraz posiłkowego, oznaczającego odpowiednio odmienioną końcówkę. Z kilkuset znaków szybko zrobiło się kilka tysięcy, a w średniowieczu nawet kilkanaście tysięcy! Ostatecznie jednak w stałym użytku była jedynie dość niewielka grupa najbardziej popularnych znaków.

Większość powszechnie stosowanych skrótów była jednak po prostu abrewiaturami, czyli nie w całości zapisanymi wyrazami. Zasadniczo opcje były dwie: kontrakcja lub suspensja. Takie metody skracania są zresztą stosowane do dziś. Kontrakcja polega na tym, że pomija się środkowe litery wyrazu: znakomitym przykładem jest skrót mgr oznaczający „magister”, albo dr zamiast „doktor”. Ponieważ skrót kończy się ostatnią literą słowa, w języku polskim nie dajemy na końcu kropki; ponadto końcówka zachowuje formę fleksyjną (odmieniamy zatem: dra, mgra). Tymczasem suspensja to odcięcie końcówki i zastąpienie jej kropką: tak skraca się na przykład słowo „profesor” (prof.) – z braku końcówki takiego skrótu nie odmieniamy.

Stosowanie skrótów pozwalało oszczędzić miejsce, co mogło mieć znaczenie na przykład w przypadku inskrypcji na przedmiotach lub budynkach, ale przede wszystkim ułatwiało szybkie pisanie. Ten aspekt był szczególnie istotny przy sporządzaniu protokołów, dokumentów prawnych czy też spisywaniu rachunków. Do takich celów stosowano pismo kursywne.

Akt erekcyjny króla Kazimierza Wielkiego z 4 października 1358 roku,
Muzeum Niepołomickie — Zamek Królewski w Niepołomicach. Digitalizacja: RPD MIK, domena publiczna


My dzisiaj najczęściej uważamy, że kursywa to pismo pochylone – historycznie jednak była po prostu pismem pospiesznym, a jego nazwa wywodzi się od łacińskiego czasownika curro (łac. biegnę, spieszę się, pędzę). W każdej epoce funkcjonowały pisma kursywne, najczęściej stosowane w kancelariach – dokumenty, listy i księgi spisane kursywą bywają trudne do odczytania, ponieważ owo pospieszne pismo charakteryzowało się niedbałością oraz stosowaniem dużej ilości skrótów. Od czasu do czasu zresztą władcy robili porządek w swoich kancelariach i wymuszali zmiany w kwestii używanego przez skrybów pisma. Najsłynniejszą reformą było wprowadzenie przez Karola Wielkiego czytelnego pisma zwanego minuskułą karolińską, z założeniem, że pisane nią teksty mają stosować jedynie niewielką ilość ustalonych i ściśle kontrolowanych skrótów. A jednak tak zwana młodsza rzymska kursywa (powszechnie stosowana w cesarstwie od III wieku, następczyni starszej rzymskiej kursywy) w Italii występowała nawet do XII stulecia. W końcu w 1231 roku Fryderyk Barbarossa zabronił jej stosowania, bo naprawdę było to pismo momentami niemal nieczytelne.

Fragment papirusu berlińskiego z zapisem starszą rzymską kursywą, 4154,
wg: F. Steffens, Lateinische Palaeographie, taf. 101, ed. 1906. Wikimedia Commons


Wielką oszczędnością miejsca były również tak zwane ligatury, czyli powiązanie kilku liter w jeden znak. W średniowieczu stosowano wiele rozmaitych ligatur, a niektóre z nich pozostały w użytku do dziś. Znakomitym przykładem jest stosowany w języku niemieckim znak ß, zastępujący zdwojone „s” – wydawać by się mogło, że jego forma powstała z zestawienia „s” długiego (które przypominało literę f) oraz „s” krótkiego. Tymczasem nazwa tej ligatury, czyli „Eszett”, wskazuje na to, że pierwotnie była ona połączeniem liter „s” i „z” – i faktycznie, na przykład w tekstach staropolskich pisanych pismami gotyckimi, ta właśnie ligatura zastępowała obecny w naszym języku dwuznak „sz”.

Trzeba jednak przyznać, że mistrzami ligatur w średniowieczu byli papieże: zdołali oni skleić w jedną wielką ligaturę całe dwa słowa: bene valete. Była to forma życzenia – „pozostawajcie w dobrym zdrowiu” – powszechnie używana w kancelarii papieskiej od XI wieku, najczęściej na uroczystych bullach papieskich nadających rozmaite przywileje.

Ligatura z papieskiego dokumentu Innocentego II z 1134 roku, Landesarchiv Speyer (Spira).
Wikimedia Commons


Niewątpliwie najpopularniejszą stosowaną do dziś ligaturą jest & – znak ten wywodzi się z połączenia liter „e” oraz „t” – czyli oznacza spójnik „i” (łac. et). Stosowanie ligatury ma oczywiście sens tylko w tych językach, w których spójnik ten jest słowem składającym się z co najmniej dwóch liter, a szczególnie – z trzech (jak w angielskim – and albo niemieckim – und). Po polsku zastępowanie litery „i” znakiem & jest kompletnie bez sensu – akurat w naszym języku spójnik ten wyrażony jest najwęższą literą, nie ma zatem potrzeby aby zastępować ją skrótem!

Potwierdzenie statutu Cechu Wielkiego w Koszycach wydane przez Stefana Batorego, 1578,
Muzeum Ziemi Koszyckiej im. Stanisława Boducha. Digitalizacja: RPD MIK, domena publiczna

 

Na koniec trzeba zwrócić uwagę na jeden z najbardziej intrygujących znaków, szczególnie wobec jego współczesnej popularności, a mianowicie: @. Po polsku nazywa się to małpa, po czesku – zavináč, a po angielsku at. To ostatnie wydaje się najsensowniejsze (choć czeski „zawijacz” też jest uroczy), gdyż rzeczywiście może to być ligatura łacińskiego ad („d” w średniowieczu zapisywano z laseczką pochyloną lub nawet zawijającą się w lewo). W przypadku zapisu adresu mailowego angielskie at czy też łacińskie ad tłumaczy się bardzo dobrze: kowalski@gmail.com oznacza po prostu konto osobiste Kowalskiego NA serwerze gmail.com. Szkopuł w tym, że najstarsze zachowane przykłady zastosowania tego znaku mają inne (i zupełnie różne) znaczenia: w czternastowiecznym rękopisie Kroniki Manassesa (Konstantyn Manasses był pisarzem i poetą bizantyńskim, żyjącym w XII wieku) pojawia się on jako inicjał w słowie amen, zaś w aragońskiej księdze rachunkowej z XV wieku symbolizuje jednostkę wagi zwaną arroba (w zapisie dotyczącym transportu określonej ilości zboża).

Fot. wg: Ivan Duichev, Miniatyurite na Manasievata letopis [Миниатюрите на Манасиевата летопис] Sofia 1962. Wikimedia Commons


Tak czy inaczej, można te paleograficzne dywagacje podsumować moim ulubionym stwierdzeniem: wszystko już było w średniowieczu! A gdybyśmy byli ówczesnymi skrybami, ślęczącymi przez długie godziny nad przepisywaniem ksiąg, marznącymi w niedogrzanym klasztornym skryptorium, to także zapewne szukalibyśmy możliwości, aby tekst maksymalnie skrócić i jak najszybciej przepisać. W bardzo wielu średniowiecznych rękopisach na przestrzeni całego średniowiecza (co najmniej od początków VII wieku) znajdziemy dwuwiersz, który w najpopularniejszej wersji brzmi: Qui nescit scribere, nullum putat esse laborem, quia quo tres digiti scribunt, totus corpus laborat („Ten, kto nie potrafi pisać, sądzi, że to żadna praca, lecz choć trzy palce piszą, całe ciało pracuje”). Każdy skrót przyspieszający zakończenie takiej pracy był dla skryby prawdziwym błogosławieństwem.

Opracowanie: dr Magdalena Łanuszka
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

dr Magdalena Łanuszka – absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, doktor historii sztuki, mediewistka. Ma na koncie współpracę z różnymi instytucjami: w zakresie dydaktyki (wykłady m.in. dla Uniwersytetu Jagiellońskiego, Akademii Dziedzictwa, licznych Uniwersytetów Trzeciego Wieku), pracy badawczej (m.in. dla University of Glasgow, Polskiej Akademii Umiejętności) oraz popularyzatorskiej (m.in. dla Archiwów Państwowych, Narodowego Instytutu Muzealnictwa i Ochrony Zbiorów, Biblioteki Narodowej, Radia Kraków, Tygodnika Powszechnego). W Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie administruje serwisem Art and Heritage in Central Europe oraz prowadzi lokalną redakcję RIHA Journal. Autorka bloga o poszukiwaniu ciekawostek w sztuce: www.posztukiwania.pl.

Pozostałe teksty Magdaleny Łanuszki na portalu:

Modlitwa Chrystusa w Ogrójcu w realizacji Wita Stwosza
Niezwykły program dekoracji kielicha z kolekcji Muzeum Archidiecezjalnego w Krakowie
Winne opowieści – część pierwsza
Winne opowieści – część druga
Smoki w sztuce średniowiecznej: profanum
Smoki w sztuce średniowiecznej: sacrum
Średniowieczna miłość cudzołożna
Średniowieczne kobiety fatalne
Zmartwychwstanie w sztuce średniowiecznej

Wyświetlanie 1 - 5 z 187 rezultatów.
Pozycji na stronę 5
z 38