Blog

Wpisy oznaczone tagiem historia .

Zofia Baltarowicz-Dzielińska – pierwsza studentka na ASP w Krakowie

English version: Iwona Demko, Zofia Baltarowicz-Dzielińska – the first woman-student at the Academy of Fine Arts in Krakow

W październiku 2017 roku minęło 100 lat, odkąd Zofia Baltarowicz wstąpiła na Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie. Była ona pierwszą kobietą przyjętą na uczelnię w charakterze hospitantki, jednakże oficjalne kroniki nie odnotowały jej obecności. Przez lata Zofia starała się o utrwalenie swojej historii. Potem walczyła o to jej córka, rzeźbiarka Danuta Dzielińska. Po śmierci Danuty pamięć o Zofii zanikła. Kobiety nie trafiają do historii zbyt często[1].

Dzięki jej autobiografii znamy dokładnie nie tylko okoliczności przyjazdu do Krakowa i zdobycia murów akademii, ale również jej późniejsze życie do lat 40. Gdyby nie cechujący ją pozytywny egoizm, pewnie nie poznalibyśmy jej losów. Dzięki licznym spisanym przez nią życiorysom, autobiografii, wycinkom prasowym, a potem mojej ciekawości herstorii udało się odnaleźć po latach Zofię i przywrócić pamięć o niej, z czego bardzo się cieszę.

Zofia Baltarowicz urodziła się 23 maja 1894 roku w Jaryczowie Starym – małej miejscowości oddalonej 27 km od Lwowa i 350 km od Krakowa. Kiedyś teren ten należał do I Rzeczpospolitej, potem trafił pod zabór austro-węgierski. Matka, Zofia Stefania z Weeberów, była córką Alfreda Weebera, powstańca z 1863 roku, i Ignacji z Zakrzewskich Weeberowej, aktywistki społecznej i oświatowej, wielokrotnie odznaczanej za swoją działalność. Ojciec, Jan Baltarowicz, darzony sympatią i zaufaniem miejscowych, przez 18 lat wybierany był na wójta. Z funkcji tej zrezygnował dopiero z powodu choroby serca. Był zapalonym pszczelarzem, posiadającym dużą pasiekę.

„Pochodzę z rodziny w której Ideał Polski wolnej i demokratycznej był tak żywy, że w każdym pokoleniu oddawano mu wszystkie swoje siły i zdolności a nawet życie = Przykładem tego byli: Mój prapradziadek Ignacy ZAKRZEWSKI, współtwórca Konstytucji 3 maja i Powstania Kościuszkowskiego [prezydent miasta Warszawy], prababka Paulina Boguszowa, która wraz z mężem za przygotowywanie rewolucyjnego powstania w 1846 roku i szerzenie ideałów demokratycznych dostała się do austriackiego więzienia we Lwowie a pradziadek do Spielbergu[2] gdzie zmarł”[3].

Zofia Baltarowicz-Dzielińska, Archiwum Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie.

Paulina Dulębów-Boguszowa, określana mianem „Polki Republikanki”, domagała się „Demokratycznej Rzeczypospolitej Polskiej, wolnej ludem usamowolnionym”[4]. Jej przemówienie do studentów Uniwersytetu Lwowskiego zostało wydrukowane w „Tygodniku Polskim” 23 września 1848 roku:

„W moim domu rodzinnym panowała atmosfera gorącego patriotyzmu, uczuć prawdziwie demokratycznych i poczucia obowiązku bezinteresownej pomocy społecznej. Nic więc dziwnego że wychowana wśród takich uczuć, pojęć i przykładów z chwilą gdy zrozumiałam że moim powołaniem jest zawód artysty postanowiłam moją sztuką służyć Ojczyźnie”[5].

Rodzice Zofii marzyli o synu. Jednak to marzenie nie miało się spełnić. Najpierw na świat przyszła córka Zofia. Potem, kiedy Zosia miała trzy lata, urodził się syn Janek, który przeżył jedynie rok. Podczas kolejnej ciąży Zofię Stefanię zaatakował byk. Kobieta poroniła. Dziecko, które wtedy straciła, było chłopcem. Sześć lat po narodzinach Zofii urodziła się jej siostra, Janina Maria. Kiedy na świat przyszła Zofia, ojciec nazywał ją „swoim synem” i wychowywał jak chłopca. Mogła jeździć konno, „latać” z prześcieradłem przyczepionym do ramion, czytać książki przyrodnicze, kroić martwe zwierzęta, aby poznać ich budowę anatomiczną. Miała również własną kolekcję motyli umieszczonych na szpilkach. Mogła wspinać się po drzewach i nikt nie karcił jej za to, że ubrudzi sukienkę. Ojciec nauczył ją również tego, że nie należy płakać. Zofia perfekcyjnie opanowała sztukę tłumienia łez. W życiu zapłakała jedynie dwa razy, z czego była bardzo dumna. Wydaje się, że czuła podświadomie społeczną niższość przypisaną kobiecie i – nie chcąc się z tym pogodzić – gardziła tymi cechami, które odbierano jako kobiece.

Być może swoboda wychowania połączona ze strachem przed przymiotami typowo kobiecymi wykształciła w niej pragnienie osiągnięcia czegoś więcej, niż tradycyjnie oczekiwano od przedstawicielek jej płci. Ogólnie uważano, że kobiety są zdeterminowane przez biologię głównie do spełniania się poprzez macierzyństwo. Uważano również, że kobieta nie jest stworzona do nauki i nie posiada talentu artystycznego. W ten sposób myślało wielu światłych ludzi. Jednym z nich był niemiecki filozof Georg Wilhelm Friedrich Hegel, który twierdził, że „Przeznaczeniem dziewczyny jest istotnie rzecz biorąc tylko małżeństwo”[6], „Kobiety mogą wprawdzie być wykształcone, ale nie zostały stworzone do uprawiania nauk wyższych, filozofii oraz pewnych dziedzin artystycznych twórczości”[7]. Jego zdanie podzielał Artur Schopenhauer: „Wystarczy spojrzeć na kształt kobiety, aby dostrzec, że nie jest ona przeznaczona ani do istotnej pracy fizycznej ani też umysłowej. Kobiety okazały się niezdolne do jakiegokolwiek prawdziwie wielkiego, autentycznego i oryginalnego osiągnięcia w sztuce i w ogóle do stworzenia czegokolwiek o trwałej wartości: najbardziej uderzające jest to w przypadku malarstwa”[8].

Te, które dążyły do zdobycia wyższego wykształcenia i pracy, były traktowane z wielką podejrzliwością. Wielu uważało, że emancypacja zagraża odwiecznym prawom natury i może przyczynić się do upadku rodziny, a nawet kraju. Takie obawy przejawiała również matka Zofii, która od samego początku przeciwna była jej potrzebie kształcenia się.

„Natomiast mój ojciec, który rozumiał moje dążenia i uważał, że artysta może swoją twórczością wypełnić wielką misję wobec narodu – chciał mi dopomóc w odbyciu poważnych studiów. Również babcia Ignacja z Zakrzewskich Weeberowa matka mojej matki popierała moje dążenia artystyczne. Babcia cieszyła się niezmiernie moim talentem, zwłaszcza że sama miała wybitne uzdolnienia muzyczne i sama komponowała pieśni z towarzyszeniem fortepianu […]. Jednak ani zdanie ojca ani babci Ignacji nie zmieniło zdecydowanego sprzeciwu mojej matki. Pomimo to, mając lat 14 oświadczyłam rodzicom, że będę studiować w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych i wszystkie moje siły i całe życie poświęcę sztuce”[9].

Zofia Baltarowicz-Dzielińska, Życiorys,
Archiwum Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie.

Mimo uporu Zofii, jej matka trwała przy swoim stanowisku, a rodzinny konflikt się zaostrzał:

„Ojciec, który mnie nie tylko kochał, ale i rozumiał, wyraził na to zgodę, mówiąc:
– Nigdy nie zabronię ci studiować!
Natomiast matka zajęła stanowisko zdecydowanie wrogie. Na wszystkie argumenty miała jedną odpowiedź: po moim trupie…
  Przyjaciółka matki doktorowa W. B. chcąc mnie »pocieszyć«, powiedziała:
– Nie rozumiem, dlaczego Ty Zosiu stwarzasz sobie niepotrzebne tragedie. Przecież i tak do Akademii kobiet nie przyjmują!
Ten argument nie przemówił do mnie”[10].

Czytanie Zofia opanowała samodzielnie, wypytując matkę o pojedyncze litery. Sama nauczyła się składać sylaby, później wyrazy. Potem uczyła się razem ze swoją przyjaciółką Romcią – u jej ojca, który był miejscowym nauczycielem. Kiedy miała osiem lat, rodzice postanowili zatrudniać nauczycielki, które przychodziły do tzw. romansówki – rodzinnego domu Baltarowiczów – albo mieszkały w nim na stałe. Egzaminy zdawała we Lwowie. Od dziecka uczyła się również muzyki. Początkowo pobierała lekcje prywatne. W 1914 roku ukończyła siedmioletni Instytut Muzyczny Heleny Ottawowej[11], dzięki czemu opanowała grę na fortepianie i teorię muzyki. Wykształcenie to przydało się Zofii w czasach wojny, kiedy niejednokrotnie zarabiała lekcjami muzyki. Zofia grała również w czasie spotkań rodzinnych, co przynosiło jej dużą satysfakcję i przyjemność. Uważała później, że to muzyka jest jej największą pasją, chociaż swoje życie postanowiła poświęcić rzeźbie.

Talent artystyczny Zofii objawił się bardzo wcześnie. Początkowo kolorowała kwiaty w cennikach kwiatowych i tworzyła własne kompozycje na pustych stronach w książkach przyrodniczych ojca. Kiedy ojciec zobaczył jej pierwsze próby, przywiózł dla córki ze Lwowa akwarelowe farby w pojedynczych guziczkach. Zofia miała wtedy trzy-cztery lata. Malowała tak często, że ojciec cały czas musiał dowozić jej nowe farby.

„Pierwsze próby rzeźbiarskie rozpoczęłam trochę później. Miałam piąty rok życia, kiedy jesienią, stary szklarz, Żyd z sąsiedniego miasteczka Jaryczowa Nowego, zaopatrywał nasze okna przed zimą. Obserwowałam jego pracę z dużym zainteresowaniem, co zwróciło uwagę szklarza. W pewnej chwili przerwał kitowanie okien i przypatrzył mi się uważnie, po czym wyjął ze swych zapasów dużą bryłę kitu i dał mi ją z życzeniem, ażebym z tego kitu »wyrabiała ładne figurki«. Od tego czasu zaczęłam lepić w kicie swoje pierwsze »twory« rzeźbiarskie, a kiedy zabrakło kitu modelowałam swoje dziecinne pomysły w zwyczajnej, żółtej glinie, którą wydobywałam z rowu za naszym ogrodem”[12].

Mając 12 lat, Zofia otrzymała od ojca maszynkę do wypalania w drewnie. Dzięki temu mogła robić rysunki na dyktach. Jeden z takich rysunków jej matka pokazała gościom, którzy odwiedzili Baltarowiczów. Wśród nich była malarka Zofia Gołąbowa, absolwentka prywatnej Académie Julian w Paryżu, która od razu dostrzegła talent przyszłej rzeźbiarki i namówiła rodziców Zofii, aby zapisali ją na prywatne lekcje. Przez trzy lata Zofia jeździła do Jaryczowa Nowego na lekcje do Gołąbowej. Uzdolnienia artystyczne były tylko dodatkowym atutem pani domu, która miała uczyć Zofię manier i brylowania na salonach. Dlatego matka nie miała nic przeciwko lekcjom rysowania i była dumna z uzdolnień córki. Jednak według jej założeń miało to być jedynie hobby, dodatek do posagu , a nie zajęcie profesjonalne. Zofia była innego zdania i nie chciała traktować sztuki jako towarzyskiej atrakcji. Po zdanej maturze chciała pojechać na studia do krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Zanim się to stało, musiało minąć jeszcze trochę czasu. Paradoksalnie ratunkiem przed oporem matki stały się liczne choroby, na które Zofia zachorowała w wieku 16 lat. Najpierw była to odra z komplikacjami, potem szkarlatyna połączona z dyfterytem, a na końcu zapalenie stawów i śródsierdzia. Kilka miesięcy spędziła w łóżku, ocierając się o śmierć, nie przestając jednak przez cały ten czas marzyć o studiach. Opiekujący się chorą Zofią przyjaciel Jana Baltarowicza, dr Piotr Kucharski, za namową ojca Zofii powiedział matce, że – jeśli chce, aby córka żyła – musi jej pozwolić na studia, ponieważ zmartwienia bardzo źle wpływają na choroby serca. Dopiero wtedy matka zgodziła się na naukę starszej córki.

Zofia nie mogła zrozumieć początkowego sprzeciwu matki. Ona natomiast chciała dla swojej córki tego, czego chciały w tamtym czasie wszystkie matki dla swoich córek, czyli udanego życia rodzinnego.

Zofia Baltarowicz-Dzielińska w swojej pracowni przy ul. Kurkowej 3 we Lwowie, ok. 1932,
fotografia ze zbiorów Barbary Sośnickiej.

„Czułam jednak żal do mojej matki bezmierny. Wszystkie moje rówieśnice […] przerabiały gimnazjum – mnie tego odmawiano – Dlaczego? Kazia[13], który ani nie miał zamiłowania do nauki, ani zdolności posyłano do gimnazjum. Przez 9 lat repetując każdą klasę dwu albo i trzykrotnie – przerobił z trudem 4 klasy gimnazjum niższego – Mnie która zawsze każdy egzamin zdawała z postępem bardzo dobrym – odmawiano poważnych studiów – Matka motywowała swoje zacięte stanowisko w tej sprawie obawą »emancypacji«...
Myśląc nad tym wszystkim doszłam do wniosku że moja matka jest głupia – Odtąd jedynie liczyłam się ze zdaniem mego ojca… chociaż jego głos nie zawsze się liczył w naszym domu...”[14].

Zgodnie ze wskazówkami dr. Piotra Kucharskiego jeszcze przed maturą, w 1912 roku, matka pozwoliła Zofii zapisać się do prywatnej Szkoły Sztuk Pięknych artysty malarza, prof. Stanisława Batowskiego we Lwowie. Po dwóch latach naukę Baltarowicz przerwała I wojna światowa. Ale już 13 lipca 1915 roku Zosia zapisała się na kursy rzeźby do prof. Zygmunta Kurczyńskiego[15], ucznia Konstantego Laszczki i Auguste’a Rodina. Naukę pobierała tam przez rok. Właśnie w pracowni Kurczyńskiego poznała swojego przyszłego męża, malarza Kazimierza Dzielińskiego. Równocześnie w latach 1915–1916 uczęszczała na historię sztuki do prof. Jana Bołoza-Antoniewicza i na filozofię ścisłą do prof. Kazimierza Twardowskiego na Uniwersytecie Lwowskim. W 1916 roku postanowiła wyjechać na studia do Wiednia, aby tam pobierać lekcje rzeźby w Verein Kunstschule für Frauen und Mädchen u prof. Karla Kauffungena. Jednak zaledwie rok później matka, z obawy o odcięcie córki od rodziny frontem wojennym, nakazała jej powrót do domu.

„To przerwanie moich studiów przeżywałam dramatycznie. Kochałam sztukę i chciałam nią służyć Ojczyźnie i zdawałam sobie sprawę że nie mogę spełnić życzenia matki i studiować z powrotem we Lwowie gdzie już nauczyłam się wszystkiego jako plastyczka czego mogłam się w tym mieście nauczyć… Szukając wyjścia z tej bardzo trudnej sytuacji po dłuższych rozważaniach postanowiłam zdobyć to co wówczas wydawało się dla kobiet nie do zdobycia: WSTĘP NA STUDIA DO KRAKOWSKIEJ AKADEMII SZTUK PIĘKNYCH”[16].

Jej wuj Mieczysław Ruebenbauer, mieszkający w Proszówkach pod Bochnią, obiecał matce, że może zaopiekować się siostrzenicą w przypadku zagrożenia wojną.

„Dotrzymując danego słowa lekarzowi i swojemu mężowi – nie sprzeciwiała się moim dalszym studiom ale i nie pomagała w niczym. Znosiła ten »dopust Boży« z godną podziwu rezygnacją i zaczęła uważać mnie za »dziecko stracone«”[17].

Ojciec Zofii sprzedał miód ze swojej pasieki i uzyskane pieniądze wręczył córce na wyjazd do Krakowa. Być może matka liczyła na to, że córka wróci odprawiona z akademii z niczym i dlatego nie protestowała. Wiedziała, że uczelnia nie przyjmuje kobiet, istniało więc duże prawdopodobieństwo, że Zofia wróci do domu.

Zaświadczenie wydane w roku 1959, w którym stwierdzono, że Zofia Baltarowicz-Dzielińska jest pierwszą kobietą przyjętą na ASP w Krakowie. Dokumentacja Plastyki Współczesnej, Instytut Sztuki PAN, Warszawa.

„Był wrzesień 1917 roku. Zwinęłam moje szkice, rysunki i studia olejne w gruby rulon, wysoki na półtora metra. Niosąc w jednej ręce walizkę, a w drugiej ciężki rulon, wsiadłam do krakowskiego pociągu. W Krakowie wynajęłam pokój na drugim piętrze hotelu[18] mieszczącego się w Rynku na rogu ulicy Floriańskiej. […] Zapewniwszy sobie mieszkanie postanowiłam rozpocząć atak na Akademię. Wcześnie rano udałam się do kościoła Mariackiego. Tam się wyspowiadałam i tam potem cały czas przystępowałam do Komunii św.
Wiedziałam, że moje przedsięwzięcie jest rewolucyjne i że profesorowie Akademii będą robili trudności”[19].

Z kościoła Mariackiego Zofia ruszyła na plac Jana Matejki, do budynku ASP. Na portierni zapytała o Jacka Malczewskiego, uważając, że tylko prawdziwy talent jest w stanie zrozumieć jej chęć profesjonalnego rozwijania ambicji rzeźbiarskiej. Nie wiedziała, że Malczewski nie był zwolennikiem przyjmowania kobiet na akademię. Zdziwiony prośbą portier oznajmił, że są wakacje i nikogo nie ma w akademii. Zdeterminowana Zofia poprosiła o adres prywatny malarza i udała się na ulicę Krupniczą 8. Po obejrzeniu prac przyszłej rzeźbiarki Malczewski wysłał ją do Konstantego Laszczki, aby to jego kolega wybawił go od podejmowania decyzji.

„W pogodny dzień wrześniowy 1917 roku z poleceniem J. Malczewskiego – ale już z mniejszym tupetem – zapukałam do drzwi pracowni prof. K. Laszczki mieszczącej się w dużej parterowej sali A.S.P. – na placu Matejki. W odpowiedzi usłyszałam jedno krótkie słowo:
– Wejść.
Trochę onieśmielona zatrzymałam się z moimi olbrzymim rulonem szkiców w parę kroków od drzwi wejściowych. Laszczka podszedł bliżej i zapytał:
– Czym mogę Pani służyć?
– Panie profesorze – pragnę studiować rzeźbę – byłam już u profesora Malczewskiego i on powiedział proszę iść do Laszczki i powtórzyć mu, że ja Jacek Malczewski proszę go ażeby przyjął panią do Akademii.
Usłyszawszy to Laszczka krzyknął głośno na całą pracownię:
– Co Malczewski? Malczewski chce ażeby przyjąć kobietę do Akademii? – Przecież Malczewski jest z nas wszystkich największym wrogiem przyjmowania kobiet do Akademii. – Hm! – Proszę niech pani usiądzie i pokaże mi te szkice... ”[20].

Wizyta u prof. Laszczki także zakończyła się sukcesem Zofii. Tak jak Malczewski, artysta był zachwycony talentem młodej kobiety, jednak nie był w stanie podjąć decyzji, dlatego skierował ją do rektora akademii Józefa Mehoffera. Choć on również nie mógł odmówić Zofii talentu, to jednak nie miał odwagi samodzielnie zdecydować. Postanowił przyjąć Zofię na okres próbny. W czasie pobytu na akademii miała samodzielnie przygotować rzeźbę przedstawiającą akt męski. Ocenić pracę i zdecydować o ewentualnym przyjęciu miało całe grono profesorskie. W ten sposób odpowiedzialność stawała się zbiorowa, a nie indywidualna.

„To o czym marzyłam począwszy od czternastego roku życia – spełniło się po wielu latach cierpienia. W poniedziałek dnia 4 (?) października 1917 roku weszłam do klasy profesora K. Laszczki – jako pierwsza kobieta studentka Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Wprawdzie o tym czy zostanę dopuszczona na stałe do tych studiów miała dopiero rozstrzygnąć praca wykonana przeze mnie w Akademii – nie wątpiłam jednak ani chwili że i to wypadnie pomyślnie. – Wierzyłam w swój talent i w to «coś» co kieruje losami człowieka”[21].

W pracowni prof. Laszczki Zofia spotkała trzech studentów, którzy zdziwili się na widok kobiety i obrzucili ją nieufnym spojrzeniem. Byli to Wacław Hagemayer, Włodzimierz Zinkow i Feliks Bibulski.

Pracownia prof. Konstantego Laszczki, 1919–1920. Od lewej stoją: Wacław Hagemayer, Stanisław Tracz, Olga Niewska, prof. Konstanty Laszczka, Romana Szereszewska, Ignacy Zelek, Natalia Milan. Od lewej siedzą: Janina Reichert, Zofia Baltarowicz, Feliks Bibluski, model S. Klimowski, Józef Jura.
Archiwum Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie.


„Po kilku dniach pracy oswoili się z intruzem kobietą – a widząc jak pracuję w milczeniu i kobieca gadatliwość nie przeszkadza kolegom w pracy – zaczęli się odnosić do mnie prawdziwym uszanowaniem a po jakimś czasie zaszczycili mnie nawet bardzo wymowną pochwałą: Koleżanka Baltarowicz nie jest kobietą – koleżanka Baltarowicz to człowiek”[22].

Pod koniec października 1917 roku Senat zdecydował przyjąć rzeźbiarkę jako hospitantkę. Znaczyło to, że nie ma ona prawa do otrzymania oficjalnego świadectwa przebytych studiów. Nie wpisano jej również do rejestru studentów. Oprócz zajęć w pracowni rzeźby chodziła na rysunek do prof. Stanisława Dębickiego, potem do prof. Józefa Mehoffera, a na rysunek wieczorny do prof. Ignacego Pieńkowskiego. 27 października 1917 roku grono profesorskie przyjęło uchwałę, w myśl której wstęp kobiet na akademię jest zabroniony i nie można ich przyjmować, ale profesorowie mogą decydować o prywatnym przyjmowaniu na swoje kursy. Było to zabezpieczenie przed władzami austro-węgierskimi. Tymczasem na pobliskim Uniwersytecie Jagiellońskim do roku 1917 na medycynie i filozofii 92 kobiety otrzymały stopień doktora[23].
Zofia była jedyną kobietą studentką na ASP. Dla porównania, na uczelni było wówczas 80 studiujących mężczyzn. Kilka miesięcy później, na tych samych zasadach, została przyjęta do pracowni prof. Wojciecha Weissa przyjaciółka rzeźbiarki, Iza Polakiewicz, a jeszcze później – Zofia Rudzka. Oficjalny wniosek o zezwoleniu na przyjmowanie kobiet na ASP został przegłosowany dopiero 14 grudnia 1918 roku, tuż po odzyskaniu niepodległości przez Polskę. Zofia przetarła szlak dla pierwszych studentek i z pewnością przyczyniła się do wejścia w życie wspomnianego wniosku.

Na drugim roku Zofia przystąpiła do Polskiej Tajnej Organizacji Wojskowej i przeziębiła się w czasie tzw. nocy mobilizacyjnej, kiedy pełniła funkcję kuriera. Infekcja przerodziła się w zapalenie stawów i rzeźbiarka na cztery miesiące trafiła do szpitala. Kiedy wróciła, w pracowni oprócz niej były inne kobiety: Janina Reichert, Zofia Mars, Natalia Milan, a potem dołączyła Olga Niewska.

Nazwisko Baltarowicz nie pojawiło się jednak na liście studentek, które ukończyły pierwszy semestr w 1920 roku. W całej akademii było ich 17. 30 lipca 1920 roku ministerstwo wydało specjalny reskrypt, na mocy którego zaliczono studia wszystkich hospitantek przyjętych przed 1920 rokiem jako studia normalne. W późniejszych latach Zofia postarała się również o pisemne zaświadczenia potwierdzające jej naukę na akademii. Dokumenty te podpisali: Laszczka, Mehoffer, Pieńkowski i Tadeusz Seweryn. Ponadto uchwałą rady profesorów z 18 czerwca 1947 roku zaliczono oficjalnie jej studia w latach 1917–1920.

Zaświadczenie wystawione przez prof. Konstantego Laszczkę.
Dokumentacja Plastyki Współczesnej, Instytut Sztuki PAN, Warszawa.

W 1919 roku Zofia poślubiła Kazimierza Dzielińskiego, porucznika 9. pułku ułanów Wojska Polskiego i studenta w pracowni Mehoffera. W grudniu 1920 roku urodziła córkę Danutę Dzielińską. Przerwała studia na akademii i wróciła w rodzinne strony. Przed ślubem oświadczyła narzeczonemu, że nigdy nie wyrzeknie się sztuki dla małżeństwa.

Małżeństwo Dzielińskich nie było jednak szczęśliwe. Kazimierz zdradził Zofię przed ślubem i niedługo po nim. Zofia bardzo to przeżyła, myślała o rozwodzie, jednak ostatecznie to nie zdrady stały się przyczyną rozpadu związku. Młode małżeństwo otrzymało od rodziców Zofii majątek w Kukizowie oddalonym o ok. 4 km od domu Baltarowiczów. Razem z małżonkami chcieli zamieszkać rodzice Kazimierza. Na to jednak nie chciała się zgodzić Zofia. Konflikt ten prędko przerodził się w spór, który z roku na rok eskalował. Teść zaczął buntować swojego syna. Wkrótce pojawiły się awantury, a atmosfera w domu się zagęszczała. Kiedy Zofia była w drugiej ciąży, mąż mieszkał głównie u swoich rodziców we Lwowie i spotykał się już z inną kobietą, Marią z Bałandów (dla której przeszedł na prawosławie i którą poślubił w 1928 roku). W 1924 roku Zofia wraz z Danutą, po utracie ciąży, wyprowadziła się z Kukizowa do Jaryczowa Starego, do swoich rodziców. Kiedy w 1926 roku zmarł jej ojciec, popadła w depresję. Trudny moment emocjonalny wiązał się również z procesem, jaki prowadziła z Kazimierzem w walce o Kukizów. Dopiero kilkumiesięczny pobyt we Włoszech, na zaproszenie Anny Komarek, poprawił jej stan psychiczny. Komarek, przyjaciółka z czasów studiów w Wiedniu, mieszkała w Mediolanie razem z mężem. Potem Zofia i Danuta mieszkały we Florencji u Ildy Baldesi-Marini. Po powrocie z Włoch Zofia wynajęła mieszkanie i pracownię we Lwowie. Udało się jej również zakończyć proces z mężem. Po kilku latach przerwy powróciła do pracy twórczej. Pracowała bardzo intensywnie, poszukując własnego stylu. Swoje zainteresowania kierowała w stronę motywów odwołujących się do ówczesnych wyobrażeń prasłowiańszczyzny, poznawała też sztukę ludową swoich rodzinnych stron. Chciała wykreować styl oparty nie na wpływach ze Wschodu czy Zachodu, ale na kulturze słowiańskich przodków – wzbogacony treściami chrześcijańskimi. W 1930 roku wysłała trzy rzeźby na Salon Wiosenny we Lwowie. W następnym roku jej prace pojawiły się we lwowskim Pałacu Sztuki na kolejnym Salonie Wiosennym. Władysław Kozicki pisał: „Talent niewątpliwy wykazuje p. Zofia Baltarowicz-Dzielińska. Daje zwarte bryły o śmiało ciętych płaszczyznach z dużą ekspresją. W »Trójdźwięku« ciekawe, nowe, dekoracyjno-ekspresyjne ujęcie tematu: Wiary, Miłości i Nadziei”[24]. W 1933 roku miała miejsce jej pierwsza indywidualna wystawa – w Muzeum Przemysłu Artystycznego we Lwowie. Towarzyszył jej katalog z tekstem i czterema fotografiami rzeźb. Na jednym ze zdjęć artystka stoi przy swojej rzeźbie „Rycerz skrzydlaty”. Pozuje do zdjęcia w ubraniu przypominającym antyczną tunikę luźno przewiązaną paskiem – jest to zapewne fartuch roboczy. Ma poważną minę, jedną ręką dotyka skrzydła rycerza, jak gdyby szlifowała rzeźbę. Widać, że nie jest to ruch naturalny, lecz pozowany. Tekst do katalogu napisał prof. Henryk Cieśla ze lwowskiej Szkoły Realnej, kustosz Muzeum Przemysłu Artystycznego. Cieśla przedstawił sylwetkę artystki oraz opisał jej prace. Rzeźbiarka zaprezentowała 14 rzeźb w drewnie, brązie, alabastrze i gipsie. W prasie ukazały się recenzje – dwie pozytywne i dwie negatywne.

W 1933 roku Zofia postanowiła – po dziewięcioletniej nieobecności – wrócić z Danutą do Kukizowa. Jednak już rok później pojechały do Lwowa. Zofia chciała zapewnić swojej córce lepsze wykształcenie niż to, które było możliwe w rodzinnych stronach. W 1935 roku rzeźbiarka zdecydowała się wysłać swoje dwie prace na Salon Jesienny do Paryża. Ponieważ nie było jej stać na podróż, wysłała do Francji same rzeźby: „Pannę Danutę” oraz „Uśmiech”. Rzeźby zostały zauważone i docenione przez tamtejszą krytykę:

Zofia Baltarowicz-Dzielińska z córką Danutą Dzielińską.
Archiwum Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie.

„Talent Zofii Dzielińskiej ma dużo siły i wyrazu. Jej rzeźby… świadczą o potężnym temperamencie, który wypowiada się niezależnie i w sposób naprawdę indywidualny, co jest dosyć rzadkie w naszych czasach… Czuje się w Zofii Dzielińskiej artystkę niezwykle uzdolnioną… Życie i ruch pociąga tę kobietę rzeźbiarza, oto dlaczego jej rzeźby mają tyle ekspresji. Jej talent szeroki i potężny kieruje ją do dzieł wielkich i monumentalnych, gdzie jej zmysł do kompozycji pozwoli realizować piękne i wielkie dzieła”[25].

Nie była to pierwsza próba zaistnienia w Paryżu. Kilka lat wcześniej, w 1932 roku, rzeźbiarka wraz z córką pojechały na kilka tygodni do stolicy Francji, aby tam zorganizować wystawę prac. Pomimo dobrych ocen krytyków nie miała w Polsce żadnych zamówień. Zofia uznała, że – aby mieć zlecenia w kraju – musi zasłynąć najpierw za granicą. Był to czas, kiedy utrzymywała się z dochodów ze swojego majątku w Kukizowie – były one jednak niewystarczające. Pech chciał, że w czasie drogi do Paryża Zofia złamała dwa palce prawej dłoni, co uniemożliwiło jej własnoręczną pracę nad rzeźbami na Salon Wiosenny. Szukając kamieniarza, który miał przekuć jej dwie kompozycje w marmurze, poznała francuskiego rzeźbiarza animalistę François Pompona, który chwalił jej rzeźby i udzielił jej cennych wskazówek. Niestety, współpraca z robotnikami nie udała się i rzeźby według kompozycji Zofii nie powstały. W chwili desperacji, aby pobyt w Paryżu nie poszedł na marne, wysłała na salon dwa nieoprawione szkice – obydwa zostały przez jury Salonu Wiosennego odrzucone. Dopiero druga paryska próba była udana. W 1935 roku wysłała na Salon Jesienny dwie rzeźby „Uśmiech” i „Pannę Danutę”. Przyjęto obywie prace, a potem pojawiły się entuzjastyczne krytyki w prasie francuskiej. Gratulował jej sam prof. Laszczka, mówiąc, że niejeden sławny polski rzeźbiarz na próżno starał się o udział w Salonie Jesiennym.
Gdy kariera Zofii nabierała rozpędu, wybuchła II wojna światowa. W tym czasie pracowała nad nowymi rzeźbami, które miała pokazać jesienią 1939 roku w Palais de Glace d’Anvers w Brukseli na wystawie indywidualnej. Niestety, na czas wojny musiała zapomnieć o rozwoju artystycznym. Razem z córką przez cztery lata mieszkały w małym domku na przedmieściach Jasła, a jej wykształcenie muzyczne pomogło w utrzymaniu siebie i dziecka.

„Ciężkie doświadczenia drugiej wojny światowej – łącznie z wysiedleniami, utratą własnego domu, własnej pracowni, własnych rzeźb jak i wszystkiego co w ogóle posiadałam – przeżywałam razem z córką. Wyniosłyśmy z tej wojny chyba cudem ocalone życie [...]”[26].

We wrześniu 1944 roku Niemcy spalili całe miasteczko, a z nim dom, w którym mieszkała rzeźbiarka z córką. Spłonęły także wszystkie rzeźby i fortepian, dzięki któremu Zofia zarabiała, dając lekcje muzyki. Kiedy wróciły rok później, aby sprawdzić, co pozostało, Danusia odnalazła w gruzach resztki marmuru poróżowiałego od ognia. Były to resztki „Uśmiechu” – rzeźby prezentowanej w Paryżu.

6 września 1945 roku samochód ciężarowy przywiózł Zofię i Danutę z Gorlic i wysadził je przy ulicy Krupniczej w Krakowie. Obydwie usiadły na ławce na plantach, aby zastanowić się, co robić dalej. Zofia myślała, że noclegu udzieli im jej koleżanka, która jednak z powodu swojej trudnej sytuacji musiała odmówić. Obydwie kobiety trafiły do pokoju, w którym mieszkały jeszcze trzy inne osoby. Dostały wspólne łóżko i dostęp do kuchni, która mieściła się w tym samym osiemnastometrowym pokoju. Powodem przyjazdu do Krakowa była chęć podjęcia studiów przez Danutę[27], która od razu po przyjeździe zapisała się na Akademię Sztuk Pięknych.

Indeks Zofii Baltarowicz-Dzielińskiej, Dokumentacja Plastyki Współczesnej,
Instytut Sztuki PAN, Warszawa.

„Przez cały rok akademicki kiedy moja córka miała stołówkę w Akademii w 1945/1946 ja nie jadałam normalnych obiadów jedynie trochę kaszy lub klusek z mąki przysłanej przez krewnych ze Śląska”[28].

Zofia złożyła podanie do rektora ASP o przyznanie jej dyplomu ukończenia akademii. Władze akademii zażądały zdania dodatkowych egzaminów teoretycznych. Zofia do nich nie przystąpiła. Zdecydowała się na regularne studia, aby uzupełnić czwarty i piąty rok. W wieku 52 lat powróciła na akademię i studiowała równolegle ze swoją córką w latach 1947–1949. Uważała, że było to dla niej krępujące, jednak potrzebne z kilku powodów. Po wojnie jej sytuacja ekonomiczna była bardzo trudna, a nie chciała podjąć pracy, która mogłaby ją odsunąć od działalności artystycznej. Mieszkała w bardzo trudnych warunkach – nie miała gdzie rzeźbić. Na uczelnianej stołówce mogła codziennie zjeść ciepły posiłek. Miała także dostęp do pracowni, gliny i modeli. Dzięki temu rzeźbiła zarówno prace wymagane na studiach, jak i mogła realizować własne pomysły. Dzięki uzyskanemu dyplomowi mogła starać się o przyjęcie w poczet członków Związku Polskich Artystów Plastyków, co umożliwiało jej udział w konkursach rzeźbiarskich. Zapis na ponowne studia nie był konieczny ze względu na naukę, ale był bardzo pomocny w egzystencji Zofii. Po otrzymaniu świadectwa ukończenia ASP, już jako członkini Związku Polskich Artystów Plastyków, w 1949 roku otrzymała od miasta przydział na pracownię przy ulicy Słowiańskiej 4–6. Panowały w niej spartańskie warunki: był to lokal po sklepie, bez dostępu do bieżącej wody, o powierzchni 13 mkw. Rzeźby opracowywane w glinie niszczały, ponieważ rzeźbiarka nie miała pieniędzy na gips, aby zrobić odlewy. W zimie w pracowni panował mróz, gdyż brakowało jej funduszy na zakup węgla. Mimo to Zofia nie przestawała pracować. Pierwszą rzeźbą, jaką tam wykonała, był projekt pomnika Chopina. Dostała za nią wyróżnienie, a za uzyskane pieniądze kupiła pianino.

Brała udział w wystawach w kraju i za granicą, m.in. w III Ogólnopolskiej Wystawie Plastyki (Warszawa, 1953), Wystawie Wiosennej Krakowskiego Okręgu ZPAP (Pałac Sztuki, Kraków, 1954), Wystawie Okręgowej X-lecia Rzeźby ZPAP 1945–1955 (Pałac Sztuki, Kraków, 1955), Wystawie Młodej Plastyki Okręgu Krakowskiego (Pałac Sztuki, Kraków, 1956–1957). W 1957 roku wystawiła „Światowidka” na biennale rzeźby w Carrarze we Włoszech.

Świadectwo ukończenia Akademii Sztuk Pięknych przez Zofię Baltarowicz-Dzielińską.
Archiwum Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie.

W 1961 roku Zofia przeszła zawał serca, który na kilka miesięcy unieruchomił ją w łóżku. Chorą matką opiekowała się Danuta. Marmurowe popiersie Hugo Kołłątaja do parku Jordana w Krakowie było ostatnim dużym zamówieniem, jakie wykonała. Po zawale rzeźbiarka – nie mogąc wykonywać większych prac – zajęła się małą formą rzeźbiarską. Uczestniczyła w wystawach medalierstwa: I Ogólnopolskiej Wystawie Medalierstwa (Warszawa, 1963), Sztuce Medalierskiej w Polsce Ludowej 1945–1965 (Wrocław, 1965) oraz w Wystawie Medalierstwa we Włoszech w Arezzo (1964). Jej prace trafiły do zbiorów Ministerstwa Kultury i Sztuki, Muzeum Narodowego w Krakowie i Muzeum Sztuki Medalierskiej we Wrocławiu.

W 1961 roku w „Słowie Powszechnym” ukazał się krótki tekst pt. Niegdyś pierwsza kobieta na ASP w Krakowie. Po 30 latach pracy dłutem. W artykule tym czytamy:

„Niestety, przeszkodą w rozwoju i dalszej pracy twórczej matki i córki rzeźbiarek jest brak odpowiedniej pracowni. Zofia Baltarowicz-Dzielińska, zasłużona Jubilatka, pragnęłaby na swoje 30-lecie pracy twórczej przygotować wystawę zbiorową. Jak tego dokonać kiedy jako pracownię dysponuje ciemnym i ciasnym lokalu o 13 m kw. Powierzchni z walącym się sufitem i bez elektryczności? Jej córka Danuta Dzielińska, w ogóle nie posiada pracowni, swoje rzeźby zamówione przez Ministerstwo Kultury i Sztuki wykonuje na nie opalanym strychu, względnie w pokoju o pow. 18 m kw., w którym mieszka wraz z matką.
Miejmy nadzieję, że przyznanie artystkom Dzielińskim odpowiedniego mieszkania, w którym mogłyby dalej twórczo pracować, jest sprawą niedalekiej przyszłości. Będzie to najlepszym „prezentem jubileuszowym” za 30 lat ciężkiej pracy dłutem Zofii Baltarowicz-Dzielińskiej”[29].

Los rzeźbiarki odmienił się na parę lat przed śmiercią. Pierwszą radością było przyznanie w 1961 roku przez Związek Polskich Artystów Plastyków medalu 50-lecia ZPAP. W 1965 roku przyznano jej rentę dla zasłużonych plastyków, co zauważalnie poprawiło jej sytuację finansową – wcześniej była uzależniona od nieregularnych zamówień. Trzy lata później, na dwa lata przed śmiercią, z okazji 50-lecia rozpoczęcia samodzielnej pracy twórczej dostała nagrodę ministra kultury i sztuki. W roku 1970 uczestniczyła jeszcze w wystawie Concorso Internazionale della Medaglia e della Placchetta d’Arte w Arezzo we Włoszech. W tym samym roku otrzymała zaproszenie na Międzynarodową Wystawę Medalierstwa w Wenecji. Wysłała plakiety poświęcone Janowi XXIII, który – nim został papieżem – sprawował godność patriarchy weneckiego. Zofia Baltarowicz-Dzielińska zmarła 10 sierpnia 1970 roku w wieku 76 lat w Krakowie. Jej grób można odnaleźć na Cmentarzu Rakowickim. W tym samym grobie spoczywa jej córka, rzeźbiarka Danuta Dzielińska. Na nagrobku znajduje się  również tablica poświęcona Stefanii z Weeberów Baltarowiczowej – matki i babki rzeźbiarek, jednak w rzeczywistości jej prochy nie spoczywają we wspólnej mogile. Danuta mieszkała z matką do jej śmierci. Obydwie były ze sobą niezwykle mocno związane. Obie swoje życie oddały rzeźbie.

Opracowanie: dra hab. Iwona Demko (ASP w Krakowie), 
Licencja Creative Commons

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.



[1] Iwona Chmura-Rutkowska, Edyta Głowacka-Sobiech, Izabela Skórzyńska, „Niegodne historii”? O nieobecności i stereotypowych wizerunkach kobiet w świetle podręcznikowej narracji historycznej w gimnazjum, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2015.

[2] Zamek Špilberk (niem. Spielberg) w Brnie, który pełnił funkcję więzienia za czasów monarchii austriackiej.

[3] Zofia Baltarowicz-Dzielińska, Mój życiorys, s. 1, niedatowany maszynopis, archiwum TPSP w Krakowie. We wszystkich cytatach zachowano oryginalną pisownię.

[4] Danuta Dzielińska, Życiorys, s. 1, niedatowany maszynopis, Pracownia Dokumentacji Plastyki Współczesnej, Instytut Sztuki PAN, Warszawa.

[5] Niedatowany dokument w posiadaniu B. Sośnickiej, podpisany jako: Odpis życiorysu dla Muzeum Sztuki Medalierskiej we Wrocławiu napisała Zofia Dzielińska parę miesięcy przed swoją śmiercią w 1970 roku.

[6] Friedrich Hegel, Zasady filozofii prawa, Uzupełnienia, paragraf 164, s. 393, PWN, Warszawa 1969.

[7] Friedrich Hegel, Zasady filozofii prawa, paragraf 166, s. 393, PWN, Warszawa 1969.

[8] Katarzyna Kozyra Foundation, Marne szanse na awanse, s. 12. Raport dostępny online na: http://katarzynakozyrafoundation.pl/ [dostęp: 11.06.2018].

[9] Zofia Baltarowicz-Dzielińska, Mój życiorys, s. 1, niedatowany maszynopis, archiwum TPSP w Krakowie.

[10] Jak Zofia Baltarowicz-Dzielińska zdobyła dla kobiet Akademię Sztuk Pięknych, [w:] „Wrocławski Tygodnik Katolików”, nr 30 (410), rok IX, z dnia 23 lipca 1961, oryginał w archiwum ASP w Krakowie.

[11] Po wojnie w 1945 roku Helena Ottawowa została profesorem Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Krakowie. Zmarła 16 sierpnia 1948 roku w Krakowie w wieku 74 lat.

[12] Zofia Baltarowicz-Dzielińska, Moje studia, s. 1, niedatowany maszynopis, archiwum ASP w Krakowie.

[13] Kuzyn Zofii, syn siostry ojca.

[14] Zofia Baltarowicz-Dzielińska, Autobiografia. Płacz nic nie pomoże, zeszyt II, część III, rozdział 11, niedatowany rękopis, archiwum ASP, Kraków.

[15] Zygmunt Kurczyński urodził się we Lwowie, studiował rzeźbę na krakowskiej ASP, potem wyjechał do Paryża i tam pobierał nauki u Augusta Rodina. Kiedy wrócił do Lwowa, oprócz wykonywania zawodu rzeźbiarza piastował również funkcję radnego miejskiego. Potem przeniósł się do Wrocławia i tam został pierwszym prezesem Związku Polskich Artystów Plastyków, a także przyczynił się do powstania wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych.

[16] Dokument w posiadaniu B. Sośnickiej, podpisany jako: Odpis życiorysu dla Muzeum Sztuki Medalierskiej we Wrocławiu napisała Zofia Dzielińska parę miesięcy przed swoją śmiercią w 1970 roku, s. 1.

[17] Zofia Baltarowicz-Dzielińska, Kartki z pamiętnika. Ja i moja sztuka, zeszyt odręcznie napisany, archiwum ASP, Kraków.

[18] Hotel, w którym zatrzymała się Zofia, nazywał się Drezdeński. To zabytkowa kamienica zwana Mennicą lub Kamienicą Margrabską. Obecnie znajduje się pod adresem Rynek 47.

[19] [bez autora], Jak Zofia Baltarowicz-Dzielińska zdobyła dla kobiet Akademię Sztuk Pięknych, 23 VII 1961, „Wrocławski Tygodnik Katolików”, nr 30 (410), Rok IX, archiwum ASP w Krakowie.

[20] Zofia Baltarowicz-Dzielińska, Kartki z pamiętnika. Ja i moja sztuka, zeszyt odręcznie napisany, archiwum ASP, Kraków.

[21] Tamże.

[22] Zofia Baltarowicz-Dzielińska, Kartki z pamiętnika. Ja i moja sztuka, zeszyt odręcznie napisany, archiwum ASP, Kraków.

[23] Jadwiga Suchmiel, Emancypacja naukowa kobiet w uniwersytetach w Krakowie i we Lwowie do roku 1939. Źródło: http://dlibra.bg.ajd.czest.pl:8080/Content/2868/Pedagogika_13_115.pdf (07.10.2017). Kobiety mogły podejmować studia na UJ od 1894 roku, choć początkowo w charakterze hospitantek.

[24] Władysław Kozicki, Z salonu wiosennego. Malarze i rzeźbiarze lwowscy, Słowo Polskie, Lwów, nr 161, 14 VI 1931, s. 7. Źródło: https://jbc.bj.uj.edu.pl/dlibra/publication/211712/edition/200395/content?ref=desc (dostęp: 13.01.2018).

[25] Andre Pascal-Levis, Au Salon d’automne, Sophie Dzielińska, Les Artistes d’aujourd’hui, 15 XII 1935, s. 6.

[26] Zofia Baltarowicz-Dzielińska, ŻYCIORYS, s. 2, podpisany jako: Odpis życiorysu dla Muzeum Sztuki Medalierskiej we Wrocławiu napisała Zofia Dzielińska parę miesięcy przed swoją śmiercią w 1970 roku, niedatowany maszynopis, archiwum ASP w Krakowie.

[27] Danuta uzyskała dyplom magisterski z historii sztuki na Wydziale Filologiczno-Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego (studiowała w latach 1950–1954) oraz dyplom na Wydziale Rzeźby ASP w Krakowie.

[28] Informacje. Zofia Baltarowicz-Dzielińska 1894–1970, s. 5, niedatowany maszynopis, Pracownia Dokumentacji Plastyki Współczesnej, Instytut Sztuki PAN w Warszawie.

[29] Niegdyś pierwsza kobieta na ASP w Krakowie. Po 30 latach pracy dłutem, Słowo Powszechne, Warszawa 2 II 1961, s. 5.

„Za króla Olbrachta wyginęła szlachta”?

Nagrobek króla Jana I Olbrachta, 1502–1505, Królewska Katedra na Wawelu, domena publiczna.

27 sierpnia 1492 obrano królem Polski Jana Olbrachta, syna Kazimierza Jagiellończyka i wnuka Władysława Jagiełły.

Na naszym portalu prezentujemy trójwymiarowy model jego nagrobka. Realny pomnik władcy znajduje się w kaplicy Bożego Ciała i świętego Andrzeja Apostoła przy katedrze krakowskiej na Wawelu. Nagrobek odkuty w latach 1502–1505 jest dziełem przełomowym, łączącym północnoeuropejską sztukę z wpływami italianizującymi. Wykonało go dwóch artystów: Francesco Fiorentino, który wykonał renesansowe obramienie niszy, oraz Jörg Huber, odpowiedzialny za tumbę z wizerunkiem króla.

Niezbyt długie panowanie Jana Olbrachta, przypadające na lata 1492–1501, kojarzy się przeważnie z przysłowiem: „Za króla Olbrachta wyginęła szlachta”, które stało się podstawą dla negatywnej oceny całych jego rządów. Powiedzenie to po raz pierwszy odnotowano w Kronice polskiej Marcina Bielskiego (1495–1575) wydanej przez Joachima Bielskiego (zm. 1599) w roku 1597 oraz w Proverbium polonicum – zbiorze przysłów polskich napisanym przez Salomona Rysińskiego (zm. 1625) w roku 1618. Porzekadło to powstało po klęsce, jakiej podczas wyprawy czarnomorskiej – 26 października 1497 roku nieopodal Koźmina na Bukowinie – doznały z rąk mołdawskich wojska prowadzone przez króla. Ocena ekspedycji i przyczyn porażki jest wśród specjalistów rozbieżna. Niekiedy dowodzenie króla i waleczność jego gwardii są jedynymi dobrze ocenianymi elementami kampanii. Faktem jest jednak, że straty wśród pospolitego ruszenia były znaczne, a nieudana wyprawa sprowokowała tureckie najazdy odwetowe na Królestwo Polskie.

Nagrobek Jana Olbrachta na Wawelu. Rysunek Michała Stachowicza z 1818 roku (Biblioteka Narodowa, R.4411), domena publiczna.

Jednoznacznie zła opinia o panowaniu Jana Olbrachta jest nieuzasadniona. Skądinąd wiadomo, że władca cieszył się sporym autorytetem. Król dbał o obronność kraju, rozpoczął proces zjednoczenia Mazowsza z Koroną i skutecznie współpracował z panującym na Litwie bratem Aleksandrem. Był również dobrym zarządcą, będąc w stanie wyegzekwować swoją wolę wobec możnowładców, co wraz z rozwojem ich przywilejów i potęgi stawało się coraz trudniejsze. Wiadomo na przykład, że Jan Olbracht z powodzeniem przeprowadzał konfiskaty dóbr ziemskich przedstawicieli elit, którzy dopuścili się niestawiennictwa wojennego oraz nadużyć finansowych. Król był ponadto wyjątkowo życzliwy wobec mieszczan, o czym świadczy jego nekrolog zamieszczony w krakowskich księgach miejskich. Monarcha opisany jest w nim jako król tak łaskawy mieszczanom, jak żaden przed nim.

Choć większość zna jego imię, Jan Olbracht jest władcą niemalże zapomnianym. Niechlubna opinia jaką przydali mu potomni, jest jednak niczym wobec całkowitego zapomnienia, na które w powszechnej świadomości skazany jest jego następca – panujący zaledwie pięć lat (1501–1506) Aleksander Jagiellończyk. Szkoda, bo to on rozpoczął przebudowę zamku królewskiego na Wawelu – wzniósł zachodnie skrzydło pałacu, które jak wiemy ze źródeł miało bogatą dekorację malarską. O Aleksandrze pamiętają natomiast Litwini, ze względu na jego owocne panowanie w Wielkim Księstwie Litewskim (1492–1506).

Zarówno Jan Olbracht, jak i Aleksander zostali przyćmieni przez swoich następców – Zygmunta Starego i Zygmunta Augusta, którzy panowali nad Polską i Litwą przez ponad połowę XVI wieku.

Przysłowie „Za króla Olbrachta…” skłonić może także do zastanowienia, czy sukcesy militarne i polityczne są jedynymi powodami, dla których warto pamiętać o ludziach z przeszłości? Jeśli odpowiemy przecząco, to otworzą się przed nami nowe perspektywy – dostrzeżemy zwykłych ludzi – rzemieślników, chłopów, żebraków – oraz zwykłe życie niezwykłych ludzi – co, kiedy, do kogo i w jakim języku mówili królowie, czy byli lubiani i czy byli łatwo dostępni dla poddanych?

Historycy odpowiadają na takie pytania, tylko z jakiegoś powodu, nie jest to zauważane i większość z nas jest skazana głównie na hermetyczną historię bitew, traktatów, wielkiej polityki i handlu.

Opracowanie: Adam Spodaryk (Redakcja WMM),
Licencja Creative Commons

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

Historia pewnego pojedynku

Rzecz miała miejscu w Paryżu, w okolicach słynnej karuzeli – ogromnego diabelskiego koła – zwanej La Grande Roue (utrwalonej później na obrazie Szermierka). Była niedziela, 6 kwietnia 1914 roku. O godzinie 11.15 stanęli naprzeciwko siebie Leon Chwistek i Władysław Dunin-Borkowski, rówieśnicy i koledzy po fachu, jeszcze z czasów studiów w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Obaj znaleźli się w Paryżu, by kontynuować swoje studia, Chwistek – rysunek, a Borkowski – malarstwo. Obaj byli też zaangażowani w działalność paryskiego oddziału paramilitarnego Związku Strzeleckiego będącego podstawą Legionów Polskich Józefa Piłsudskiego, do których wkrótce obaj zresztą wstąpili.

Pojedynkiem kierował Francuz Georges Dubois, autor jednego z pierwszych na świecie podręczników na temat sztuk walki i autorytet w dziedzinie zasad honorowych potyczek. Obecnych było również – zgodnie z regułami sztuki – dwóch lekarzy, a także po dwóch sekundantów dla każdej ze stron. Jednym z sekundantów Leona Chwistka był Bolesław Wieniawa-Długoszowski, przyszły adiutant marszałka Piłsudskiego i bohater niezliczonych anegdot z życia towarzyskiego II Rzeczypospolitej. Jednak tym, co wzbudziło największą sensację w ówczesnym Paryżu, był wybór broni. Francuzi używali w pojedynkach szpad. Tymczasem Chwistek i Borkowski mieli się zmierzyć – zgodnie z polskim zwyczajem – na szable. Ten fakt ściągnął na miejsce pojedynku również dziennikarzy. To im zawdzięczamy znajomość szczegółów wydarzenia, a także fascynujące zdjęcie z owego dnia, którego artystyczną interpretacją stała się 5 lat później Szermierka autorstwa prowodyra całego zamieszania, Leona Chwistka.

Fot. Pojedynek Leona Chwistka (z lewej) i Władysława Dunin-Borkowskiego, 6.04.1914, Paryż. Autor nieznany. Domena publiczna

„Możecie mi wierzyć, gdy Polacy się biją, biją się dobrze! Poszło o sprawy prywatne. Walczyli na sposób polski. Na szable. Posłużono się kodeksem warszawskim, który zabrania pchnięć. Walczący mieli zabandażowane szyje, osłonięte brzuchy, dopuszczono rękawicę chroniącą przedramię” – relacjonował już następnego dnia na pierwszej stronie „Le Petit Journal”.

Z kolei dziennikowi „Echo de Paris” zawdzięczamy opis przebiegu pojedynku minuta po minucie:

„(…) plan walki był następujący – pierwsze starcie – minuta, takaż przerwa, a kolejne starcia po dwie minuty z takimiż przerwami. Strony ustaliły, że walkę można zakończyć tylko wobec zdecydowanego oświadczenia lekarzy. Po każdym starciu walczący mieli cofnąć się na pozycje wyjściowe. Na sygnał kierującego starli się tak gwałtownie, że prof. Dubois musiał rozdzielić ich laską. W pozycji en garde rozpoczęli kolejne zwarcie. Zakończyło się ono cięciem p. Chwistka zwanym coup de figure a gauche. Borkowski został uderzony w skroń. Szabla przecięła mu tętnicę i obcięła ucho. Lekarze po zbadaniu obficie krwawiącej rany sprzeciwili się dalszej walce. Sekundanci ugięli się pod tą decyzją i namówili walczących do podania sobie rąk”.

W ten oto romantyczny sposób jeden z najsłynniejszych polskich malarzy, a także filozof i matematyk oraz główny teoretyk formizmu, walczył o honor swojej ukochanej, Olgi Steinhaus – wówczas jeszcze narzeczonej, a wkrótce żony Leona Chwistka. Powodem pojedynku stało się publiczne obrażenie Olgi przez Władysława Dunin-Borkowskiego, który w niewybrednych słowach wyraził się o żydowskim pochodzeniu wybranki autora powstałej 5 lat później Szermierki. Genezę powstania tego właśnie obrazu dziś – w 134. rocznicę urodzin Leona Chwistka – przywołujemy.

Opracowanie: Kinga Kołodziejska (Redakcja WMM), Licencja Creative Commons
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

Bibliografia:

Stanisław Mancewicz, O honor ukochanej Olgi, „Gazeta Wyborcza”, 13 lipca 2012.
Karol Estreicher, Leon Chwistek – biografia artysty 1884–1944, Warszawa 1971.

75. rocznica likwidacji krakowskiego getta

Dziś mija 75 lat od rozpoczęcia akcji likwidacji getta krakowskiego, którą hitlerowcy przeprowadzili 13–14 marca 1943 roku. W niedzielę, 11 marca, jak co roku, trasą wysiedlenia krakowskich Żydów z likwidowanego getta do KL Płaszów przeszedł Marsz Pamięci. Jego celem jest oddanie hołdu krakowskiej społeczności żydowskiej stanowiącej przed wojną jedną czwartą mieszkańców naszego miasta (ponad 60 tysięcy ludzi), a z której w wyniku Holokaustu ocalała grupa zaledwie 1000 osób.

Główna brama getta krakowskiego, Kraków 1941.
Ze zbiorów MHK, domena publiczna

„Żydowska dzielnica mieszkaniowa” (oficjalnie nie można było używać nazwy „getto”) została ustanowiona decyzją Otto von Wächtera z 3 marca 1941 roku. W gadzinówce „Krakauer Zeitung” z 6 marca 1941 roku konieczność jej utworzenia uzasadniano „względami sanitarnymi, gospodarczymi i porządkowymi”. Do 20 marca Żydzi mieli opuścić swoje mieszkania i przenieść się do getta, na które przeznaczono najbardziej zaniedbaną część Podgórza. Na terenie zamieszkiwanym wcześniej przez 3,5 tysiąca ludzi miało się pomieścić ponad 15 tysięcy osób. W kwietniu rozpoczęto budowę muru grodzącego getto od „aryjskiej” części Krakowa. W budynkach, które stanowiły naturalną granicę obszaru, zamurowano lub zakratowano okna. W październiku teren stał się formalnie dzielnicą zamkniętą. Za jego opuszczenie bez stosownej przepustki groziła kara śmierci. Wkrótce w wyniku kolejnych rozporządzeń okupanta do getta przybyli jeszcze Żydzi wysiedleni z podkrakowskich miejscowości. Jak podaje Aleksander Bieberstein w swoich wspomnieniach „Zagłada Żydów w Krakowie”, wiosną 1942 roku w getcie mogło mieszkać ponad 19 tysięcy ludzi. Przeludnienie pogarszało i tak fatalne warunki bytowe. Koncentracja ludności w jednym miejscu była jednak tylko etapem przejściowym w nazistowskim planie całkowitej eksterminacji europejskich Żydów.

Rzeczy porzucone przez deportowanych, ul. Lwowska w Krakowie, marzec 1943. Ze zbiorów MHK, domena publiczna

W czerwcu i październiku 1942 roku doszło do tzw. akcji wysiedleńczych, których oficjalnym celem była deportacja do pracy na Ukrainie. W rzeczywistości przepełnione pociągi wiozły krakowskich Żydów do obozu zagłady w Bełżcu. Ostateczną krwawą likwidację getta przeprowadzono 13 i 14 marca 1943 roku. Pierwszego dnia zgromadzono zdolnych do pracy mieszkańców getta A i wyprowadzono ich do KL Płaszów. Kolejnego – rozprawiono się z „bezużytecznymi” mieszkańcami getta B: starcami, chorymi i dziećmi. Około tysiąca osób rozstrzelano na miejscu. Pozostałych wywieziono do KL Auschwitz. Na zakończenie akcji esesmani przeszukiwali opuszczone budynki, mordując wszystkich, którzy próbowali się ukryć.

Tak wyglądają fakty, daty i suche liczby. Nie oddają one rzeczywistych dramatów, rozpaczy, utrat i konieczności podejmowania niewyobrażalnych dzisiaj decyzji, choć wzbudzają przerażenie. Nie mówią też o losach poszczególnych ofiar i ocalałych, ich indywidualnych historiach. Na szczęście coraz częściej w narracji o Zagładzie pojawiają się też twarze, konkretne imiona i nazwiska, intymne relacje. Mówią o strachu, przerażeniu, ale też o próbach „normalnego” życia podejmowanych na przekór otaczającej rzeczywistości. W materiałach dodatkowych do eksponatów związanych z tematem Zagłady krakowskich Żydów umieściliśmy cztery spacerowniki. Przygotowaliśmy je w takim właśnie ujęciu wspólnie z zespołem Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. Pozwalają one spojrzeć na historię getta z różnych perspektyw: 17-letniej dziewczyny – Haliny Nelken, dziecka – Stelli Müller-Madej, jedynego Polaka mieszkającego w getcie – aptekarza Tadeusza Pankiewicza oraz lekarza – Aleksandra Bibersteina.

Niewiele jest śladów Zagłady na naszym portalu. To zaledwie skrawki jej obecności i pamięci o niej. „Kilka zdjęć, parę nazwisk, jeden medal. Ale i ta znikoma liczba eksponatów tylko pośrednio jest związana z tematem Zagłady. Całkiem sporo judaików, choć niewielka to liczba, jeśli przyrównać ją do przedwojennej liczby żydowskich mieszkańców w regionie, który dziś nazywamy Małopolską” (Kinga Kołodziejska, Skrawki obecności – skrawki pamięci).

Fot. Tadeusz Pankiewicz w towarzystwie czterech osób w pokoju dyżurnym, Kraków 1942.
Ze zbiorów MHK, domena publiczna

Na znanym okupacyjnym zdjęciu z pokoju dyżurnego w aptece „Pod Orłem”, oprócz Tadeusza Pankiewicza i jego dwóch pracownic widzimy też dwóch lekarzy żydowskiego pochodzenia. Ci – w przeciwieństwie do krakowskiego farmaceuty – nie znaleźli się w getcie z własnego wyboru. W centrum na ciemnym skórzanym fotelu siedzi dr Roman Glassner, z prawej na oparciu przysiadł dr Leon Steinberg. To tu, w „oazie spokoju” stworzonej przez Tadeusza Pankiewicza, udawało się czasem zapomnieć o rzeczywistości pozostającej na zewnątrz.

„Apteka była — według określenia większości ludzi — ambasadą, placówką dyplomatyczną, reprezentującą świat swoiście wolny w obmurowanym i zakratowanym mieście. Stała się codziennym punktem zbornym wielu miłych i bardzo ciekawych ludzi. Tutaj to w stałych godzinach przychodziły najrozmaitsze osoby różnego stanu i wieku, tutaj od wczesnych godzin rannych czytało się gazety niemieckie, prasę podziemną, komentowało najnowsze komunikaty wojenne, oceniało sytuację polityczną, tutaj wreszcie omawiano codzienne kłopoty i zmartwienia, tutaj do późnych godzin nocnych toczono dyskusje, snuto rozważania i przewidywania” (T. Pankiewicz, Apteka w getcie krakowskim, Kraków 1992, I wyd. 1947).

„Codziennie przychodził do nas znany w Krakowie dr medycyny Roman Glassner. Lekko zgarbiony, siwy jak gołąb i zawsze uśmiechnięty, człowiek pełen kultury, wszechstronnej wiedzy, wielbiciel i znawca klasycznej muzyki, wpadał na kieliszek chartreuse i na «bajki», jak zwykł mawiać” (T. Pankiewicz, Apteka...).

Doktor Glassner, kierownik oddziału wewnętrznego szpitala przy ul. Józefińskiej, został rozstrzelany w Skarżysku-Kamiennej. Doktor Steinberg przetrwał wojnę, choć stracił żonę i córkę. Zeznawał w procesie Amona Götha w 1946 roku w Krakowie. Zmarł 5 lat później w Antwerpii.

Opracowanie: Kinga Kołodziejska (Redakcja WMM), Licencja Creative Commons

 

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

Dzień Kobiet na WMM

Odlew „Głowa Piotra” (z cyklu „Zielnik”) Aliny Szapocznikow

Dawniej – goździk i para rajstop. Dziś – coraz częściej wykorzystywana i coraz mocniej funkcjonująca w świadomości społecznej okazja do zamanifestowania sprzeciwu wobec łamania praw kobiet, stosowania wobec nich przemocy, gorszego opłacania ich pracy, przedmiotowego traktowania, odbierania prawa do decydowania o swoim ciele i sposobie wyrażania seksualności. W Dzień Kobiet w całej Polsce odbywają się manifestacje, spotkania, seminaria, wykłady, wernisaże i pokazy, których celem jest zwrócenie uwagi na wciąż istniejące nierówności w traktowaniu kobiet i mężczyzn, a tym samym powrót do istoty tego święta, którego korzenie sięgają kobiecych ruchów robotniczych w Europie oraz Ameryce Północnej walczących o godne warunki pracy w początkach XX wieku. Pierwszy raz święto obchodzono w Stanach Zjednoczonych 28 lutego 1909 roku. Międzynarodowy Dzień Kobiet został ustanowiony rok później, podczas konferencji w Kopenhadze w sierpniu 1910 roku. Pierwsze obchody w Krakowie odbyły się 19 marca 1911 roku, kiedy to przez Rynek Główny przeszła kilkutysięczna demonstracja na rzecz praw politycznych dla kobiet. I to właśnie ich wywalczenie przez nasze przodkinie obchodzimy w tym roku szczególnie. Trudno uwierzyć, że mija zaledwie 100 lat od uzyskania przez Polki biernego i czynnego prawa wyborczego na mocy dekretu Józefa Piłsudskiego z 28 listopada 1918 roku.

„Historię, podobnie jak kulturę, cechuje skupienie się na doświadczeniach mężczyzn traktowanych jako uniwersalne, stąd zainteresowanie źródeł historycznych władzą i konfliktami, czyli historią polityczną. Historia społeczna, historia codzienności, w której obecne są kobiety, wciąż stanowi margines badań. Aż do powstania ruchu emancypacji kobiet historia interesuje się kobietami jedynie jako wybitnymi jednostkami, nigdy jako grupą społeczną. W XIX wieku – dzięki pracy działaczek emancypacyjnych oraz przemianom społecznym – zaczyna się zmieniać pozycja kobiet w społeczeństwie, w obszarze edukacji, pracy, praw politycznych, również w dziedzinie sztuki. Pojawiają się kobiety artystki, twórczynie wiążące swoje życie ze sztuką. Pojawia się również kwestia wpływu płci na twórczość artystyczną, możliwości rozwoju, pozycję w historii sztuki” (Ewa Furgał, Emancypacja kobiet).

Historia pełna jest mężczyzn i ich mniej lub bardziej bohaterskich czynów. Również historia sztuki zapełnia się kobietami-artystkami dopiero od niedawna. Trudno się dziwić, skoro ich dostęp do edukacji i życia publicznego, a także możliwości stanowienia o własnym losie jest naprawdę niezwykle świeżą i wciąż nie wszędzie funkcjonującą oczywistością.

Pierwszą uczelnią artystyczną, na której umożliwiono studiowanie kobietom była akademia w Petersburgu i stało się to niewiele ponad sto lat temu, w 1894 roku. Kolejną – dwa lata później – akademia paryska. W Polsce jako pierwsza zdecydowała się na ten krok w 1904 roku (od razu po powstaniu) warszawska Szkoła Sztuk Pięknych, ale była jeszcze wówczas instytucją prywatną i nie posiadała statusu akademii. Na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych oficjalna zgoda na studiowanie kobiet zapadła dopiero 14 grudnia 1918 roku. Pierwsze studentki pojawiły się tu w roku akademickim 1919/1920. Drogę utorowała im Zofia Baltarowicz-Dzielińska, która – dzięki swojemu uporowi i talentowi – została przyjęta do pracowni rzeźby Konstantego Laszczki 27 października 1917 roku (po miesięcznym okresie próbnym).

Jak w tym kontekście – 8 marca 2018 roku – wygląda zatem obecność kobiet na Wirtualnych Muzeach Małopolski? Portalu, który prezentuje już ponad 1000 prac z 40 małopolskich instytucji wystawienniczych, a więc stanowi pewną miarodajną reprezentację regionalnych zasobów muzealnych. Policzyliśmy. Jest ich 28… Dwadzieścia osiem artystek, które reprezentują na naszym portalu obecność kobiet w historii polskiej sztuki. Dodajmy też, że tę znikomą liczbę zawdzięczamy w przeważającej mierze dołączeniu do zasobów portalu wyboru kolekcji dwóch instytucji prezentujących sztukę najnowszą, czyli Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie MOCAK i Galerii Sztuki Współczesnej Bunkier Sztuki.

Chciałoby się powtórzyć za tegoroczną laureatką Oskara za najlepszą rolę kobiecą, Frances McDormand: „Powstańcie wszystkie!”.

Przygotowaliśmy dziś dla Was zestawienie prac naszych 28 artystek. Pod każdą z miniatur kryje się odwołanie do karty danego obiektu. Poświęćmy im chwilę. Pochwalmy, skrytykujmy, przyjrzyjmy się bliżej, poczytajmy o nich. To nasz prezent na dzisiejszy Dzień Kobiet, dla Was, dla nas, dla Nich.

Opracowanie: Kinga Kołodziejska (Redakcja WMM), Licencja Creative Commons

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.


[1] Na portalu prezentujemy więcej prac tej akurat artystki. Na potrzeby dzisiejszego zestawienia wybraliśmy jednak walecznego, choć „dziewczyńsko” ujętego Batmana.

[2] Zdecydowaliśmy się na ujęcie w tym zestawieniu fotografii autorstwa Ignacego Kriegera, gdyż jest ona jedynym łącznikiem z postacią Amalii Krieger, córki Ignacego, również fotografki. Zawdzięczamy jej bowiem nie tylko zachowanie spuścizny po ojcu, ale prawdopodobnie również wiele fotografii, które powstawały w słynnym zakładzie Kriegerów, a które nawet po śmierci Ignacego były sygnowane jego nazwiskiem. Więcej: http://muzea.malopolska.pl/czy-wiesz-ze/-/a/amalia-krieger-fotografka?

Wyświetlanie 1 - 5 z 8 rezultatów.
Pozycji na stronę 5
z 2