Blog

Wpisy oznaczone tagiem Muzeum Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie .

Niedokończona walka. Dostęp kobiet do uczelni artystycznych

Nie sposób mówić dzisiaj o sztuce i jej dziejach z pominięciem artystek. Nie zawsze jednak tak było. Jeszcze kilkanaście lat temu podręczniki do historii malarstwa, rzeźby, architektury i innych dyscyplin związanych ze sztukami pięknymi, czy – jak mówimy dzisiaj – sztukami wizualnymi, zawierały znikomą liczbę autorek. Czy wśród rzeszy malarek, rzeźbiarek, rysowniczek, hafciarek, fotografek i architektek rzeczywiście nie można było znaleźć takich, które zasługiwały na upamiętnienie?

Amerykańska badaczka Linda Nochlin opublikowała w 1971 roku tekst Dlaczego nie było wielkich artystek?. Wywrócił on nasze dotychczasowe myślenie o kanonie sztuki, który jest kulturowym kręgosłupem cywilizacji Zachodu. Nochlin rozwiała nadzieje na rekonstrukcję kanonu sztuki poprzez uzupełnienie go o nazwiska genialnych artystek z przeszłości, które mielibyśmy jakimś cudem odnaleźć, przekopawszy się przez pokłady historii. Dowodziła, że poszukiwania spełzną na niczym, a żeńskie odpowiedniki Michała Anioła nie istnieją. Równie dobrze można by szukać „wspaniałych litewskich pianistów jazzowych czy tenisistów Eskimosów”[1]. Pisała, że przyczyna leży w „instytucjach i systemie edukacji, którą rozumieć należy jako wiedzę zdobywaną od […] chwili przyjścia na świat...”[2]. Kobietom przez setki lat odmawiano prawa do twórczości, pracy naukowej, samodzielnego życia i decydowania o sobie. Całe wychowanie, kultura (czyli język symboliczny) i wiedza mówiły im, że są jak wieczne niepełnoletnie. Ich przestrzeń życiowa była ograniczana do przestrzeni domowej. Jak w takich warunkach miały pojawić się wielkie artystki? Ponieważ mamy świadomość tego wszystkiego, nie da się już pisać historii sztuki bez twórczyń. Sztuka dawna jednak, z wyżej opisanych względów, nie obfitowała w artystki i poza kilkoma wyjątkami nie znajdzie się wśród nich żeńskich geniuszy. Im bliżej współczesności, tym autorek jest więcej. I to właśnie pokazuje naocznie, jak wielki sukces odniosła walka naszych prababek o równouprawnienie. A kanon? Jakikolwiek by nie był, najlepiej rozbić go w drobny mak.

* * *

Tradycyjna edukacja obejmowała tylko panny dobrze urodzone. Nauka we dworach lub na pensjach obejmowała umiejętności, jakie miała opanować dama, a wśród nich salonowe konwersacje w języku francuskim, zasady dobrego wychowania, muzykowanie, rysowanie i malowanie akwarelą. W tamtych, niedalekich wszak, a zdawałoby się, że niezwykle odległych czasach, te, które miały tyle samozaparcia i odwagi, by poświęcić się sztuce, udawały się na lekcje prywatne. Jednak na takie „fanaberie” mogły sobie pozwolić wyłącznie kobiety wysoko postawione i majętne. A tematyka ich dzieł pozostawała podobna. Nawet znane artystki, które odniosły sukces, jak działające w środowisku impresjonistów Berthe Morissot i Mary Cassat, tematem swoich obrazów czyniły najbliższe otoczenie: domowe zacisze, życie rodzinne, portrety bliskich, wizerunki dzieci, kwiaty.

Wanda Ślędzińska, Autoportret, Muzeum Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, © wszystkie prawa zastrzeżone, Muzeum ASP.

Obiegowe opinie głosiły, że twórczość przynależy jedynie męskiemu geniuszowi, wirtuozersko panującemu nad materią dzieła i sięgającemu myślą ponad horyzonty epoki, przewyższającemu charakter kobiecy także kwalifikacjami moralnymi. Płci pięknej przypisywano za to rzekomą słabość, emocjonalność, brak kręgosłupa moralnego i zdolności artystycznych. Niemało było jednak takich autorytetów, które – jak Aleksander Świętochowski – odnosiły się sceptycznie do tradycyjnych przekonań. Wspomniany krytyk pisał z przekąsem, broniąc ambicji kobiet: „Według brzmienia wiekowego zwyczaju, nauka ich to blichtr, talent – pretensjonalność, chęć działania to szaleństwo. Świat nie może sobie wyobrazić, ażeby z drobnych ustek niewieścich mogły wychodzić inne dźwięki, jak tylko pieszczota i pokora”[3].

Pierwsze profesjonalne artystki zaczęły się pojawiać w drugiej połowie XVIII wieku, a ich liczba rosła lawinowo przez wiek XIX. Było to ściśle związane z postępującą rewolucją przemysłową, która potrzebowała nowych rąk do pracy. Także przemiany kulturowe sprzyjały emancypantkom. Epoki oświecenia, romantyzmu i pozytywizmu były ważnym etapem w drodze do osiągnięcia upragnionego celu. Wprowadziły nowy rodzaj wrażliwości, dowartościowały intuicyjną metodę poznania, tradycyjnie uznawaną za cechę kobiecą. Wysunęły także naukowe argumenty za równością płci. W dziele Poddaństwo kobiet z 1868 roku John Stuart Mill rozważał myśl, że obyczaje i normy, uznawane za naturalne w danym momencie, powstały w wyniku umowy społecznej. Jednocześnie, z powodu burzliwych przemian w sztuce, zaczęła być kwestionowana dominująca rola akademii. Nowa sztuka nie potrzebowała przepisów i komisji kodyfikacyjnych, zaś akademie pogrążone w kryzysie skłonne były otwierać się na kobiety. Zdobycie przez nie wykształcenia stało się palącą potrzebą.

* * *

Sytuacja Polek nie należała do łatwych. W szkołach w kraju nie mogły studiować z racji płci. zabory, które spowodowały zamknięcie bądź ograniczenie działalność wielu uczelni, nie miały wpływu na ich sytuację – ani jej nie poprawiły, ani nie pogorszyły. Wyjeżdżały zatem na drogie studia zagraniczne: do Rosji, Szwajcarii, Francji, Belgii, Wielkiej Brytanii. Poza Polską sytuacja kobiet chcących studiować wcale nie była jednak łatwa. Poetka Maria Komornicka skarżyła się na studia w Cambridge, że „brytyjska emancypacja to złoty papier naklejony na kajdany”. Zaś ”rektor ma policyjną władzę aresztowania każdej kobiety, która wyjdzie sama na ulicę wieczorem!”[4].

Rzeczywistość nie zna próżni – skoro kobiety nie mogły studiować w państwowych placówkach na ziemiach polskich, szturmowały prywatne szkoły, kursy i pracownie. W 1868 roku, w Krakowie, otworzyły się Wyższe Kursy dla Kobiet, powstałe z inicjatywy lekarza i społecznika Adriana Baranieckiego. „Pragnąłbym, żeby córki nasze spod wszystkich zaborów mogły rozszerzać i dopełniać u stóp Wawelu swoje wykształcenie w duchu narodowym” deklarował założyciel[5]. Jego szkoła oferowała kształcenie w obrębie trzech wydziałów: Historyczno-Literackiego, Przyrodniczego i Sztuk Pięknych. Wysoki poziom gwarantowali profesorowie z Uniwersytetu Jagiellońskiego, nic więc dziwnego, że zajęcia cieszyły się wielkim powodzeniem. Ukończyło je cztery tysiące słuchaczek. W Krakowie istniały także inne, prywatne szkoły, gdzie żądne wiedzy studentki mogły uczyć się sztuki. Była to istniejąca zaledwie kilka lat szkoła Toli Certowicz i zasłużona Szkoła Sztuk Pięknych Marii Niedzielskiej. W Warszawie działała z kolei powszechnie doceniana Klasa Rysunkowa Wojciecha Gersona.

Przyjrzyjmy się drogom, jakie przebyły najbardziej znane polskie mistrzynie pędzla i dłuta, by zdobyć wykształcenie. Spójrzmy na czas, kiedy coraz liczniej i śmielej sięgały po zawód artystki jako opcję życiową, kiedy atakowały rozmaite gremia decyzyjne dziesiątkami podań i petycji o dopuszczenie do nauki, kiedy w prasie trwały gorące dyskusje na temat dostępności kształcenia dla płci pięknej, a w szkołach artystycznych deliberowano, czy kobiety mogą uczestniczyć w studium aktu nie jako modelki, lecz jako twórczynie. Jednym słowem, interesuje nas gorący okres drugiej połowy XIX i początków XX wieku.

Olga Boznańska, Dziewczynka z chryzantemami, 1894, Muzeum Narodowe w Krakowie, domena publiczna.

Olga Boznańska urodziła się w 1865 roku w Krakowie. Uczyła się prywatnie u Józefa Siedleckiego, Kazimierza Pochwalskiego i Hipolita Lipińskiego. Ukończyła dwuletni cykl nauki na Kursach Baranieckiego[6], gdzie uczęszczała do pracowni Antoniego Piotrowskiego. W 1886 roku wyjechała do Monachium, tam zaś, nie mogąc zapisać się na studia do Akademii, korzystała z zajęć prywatnych u malarzy Karla Kricheldorfa i Wilhelma Dürra. W 1896 roku zaczęła samodzielną pracę, w ślad za tym szybko nadeszły pierwsze sukcesy na wystawach międzynarodowych. Gdy pod koniec XIX wieku Julian Fałat skierował do niej propozycję objęcia katedry malarstwa w reformowanej przez siebie krakowskiej Szkole Sztuk Pięknych, odrzuciła ją. W 1898 roku osiedliła się w Paryżu. Później sama przez pewien czas zajmowała się nauczaniem w Académie de la Grande Chaumière. W decyzji poświęcenia się sztuce kluczowe było dla niej wsparcie rodziców: matka udzielała jej pierwszych lekcji rysunków, ojciec finansował studia. Specjalizowała się w sztuce portretowej. 

Anna Bilińska urodziła się w 1854 roku w Złotopolu na dzisiejszej Ukrainie. Wsparcie rodziców pozwoliło jej na zdobycie wykształcenia na równi z braćmi. W dzieciństwie pobierała lekcje rysunku u znanego ilustratora Michała Elwiro Andriollego, który przebywał na zesłaniu w pobliżu jej rodzinnego majątku. Z matką wyjechała do Warszawy, by uczyć się w konserwatorium muzycznym. W 1877 roku zapisała się do Klasy Rysunkowej Wojciecha Gersona. Następnie wyjechała do Paryża w towarzystwie koleżanki z tejże pracowni, by rozpocząć studia w Académie Julian. W późniejszym okresie sama prowadziła tam zajęcia. Zaraz po rozpoczęciu własnej nauki, bezskutecznie starała się o przeniesienie do męskiej pracowni, w której panował wyższy poziom nauczania. Spadek, jaki otrzymała po zmarłej przyjaciółce, umożliwił jej wyszlifowanie artystycznej doskonałości. Wielkie uznanie zyskała jako portrecistka.

Zofia Stryjeńska urodziła się w 1891 roku w Krakowie. Ojciec zauważył jej uzdolnienia i wspierał artystyczny rozwój. Przyszła artystka uczyła się początkowo w prywatnej, przeznaczonej dla kobiet szkole Marii Niedzielskiej (1909–1911), a tam m.in. w pracowni Jana Bukowskiego. Przez rok akademicki 1911–1912 studiowała na akademii monachijskiej, brawurowo udając własnego brata, Tadeusza Grzymałę. Tam zapisała się do pracowni Gabriela von Hackla i Hugo von Habermanna. Gdy studenci z Francji rozpoznali jej mistyfikację, przerwała studia i wróciła do domu. Była prawdopodobnie najbardziej znaną artystką w Polsce okresu międzywojnia. Zajmowała się malarstwem, ale też sztuką użytkową, kształtując popularną wersję polskiego modernizmu. Nazywano ją „księżniczką malarstwa polskiego”[7], od baśniowej tematyki jej dzieł i sukcesów, jakich doświadczyła w dwudziestoleciu międzywojennym.

Olga Niewska urodziła się w Charkowie w 1898 roku. Także i ona miała wsparcie rodziny w dążeniu do zdobycia wykształcenia w zakresie sztuki. Jej ojciec był znanym architektem. Uczyła się w prywatnej szkole w Kijowie, następnie zaś została studentką pierwszego rocznika, który zyskał możliwość regularnej, pełnoprawnej nauki na Akademii w Krakowie. Studiowała rzeźbę w pracowni Konstantego Laszczki. Po trzyletniej przerwie, w 1926 roku podjęła naukę w paryskiej Académie de la Grande Chaumière, u Antoine’a Bourdelle'a. Odnosiła w okresie międzywojnia znaczące sukcesy artystyczne, portretując najważniejsze osoby w państwie: polityków (w tym marszałka Piłsudskiego), aktorów i aktorki oraz sportowców. Po wojnie przez długi czas była kompletnie zapomniana.

Jak widzimy nawet po tak pobieżnym przejrzeniu życiorysów, na początku XX wieku nastąpiła rewolucyjna zmiana. Przez cały wiek XIX kobiety intensywnie korzystały z kształcenia artystycznego poza państwowymi akademiami. Niektóre nie zadowalały się szkołami prywatnymi i – jak Stryjeńska – forsowały mury szacownych uczelni. Możliwość studiowania na uczelniach państwowych zyskały dopiero w początkach nowoczesności. Jeszcze Bilińska i Boznańska, obie wybitne i obsypane nagrodami, czynić tego nie mogły. Oficjalnie studia na akademii rozpoczęła dopiero w 1919 roku równie utalentowana Niewska.

Wanda Ślędzińska, Portret modelki, Muzeum Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, © wszystkie prawa zastrzeżone, Muzeum ASP.

* * *

Uczelnie zagraniczne oferowały ambitnym Polkom więcej niż ojczyste szkoły. Przyjrzyjmy się jak wyglądała sytuacja w placówkach najczęściej przez nie wybieranych, jak uczelnie stopniowo, z trudem (i pod presją chętnych do nauki, które słały podania, protestowały, na różne sposoby próbowały przeniknąć mury uczelni) otwierały swe podwoje dla studentek. . Akademia w Monachium, założona w 1770 roku, a od 1808 roku funkcjonująca jako Królewska Akademia Sztuk Pięknych, przyciągała najliczniejszą grupę studentów zagranicznych w Europie centralnej. Próbę odpowiedzi na nasilające się zapotrzebowanie kobiet podjęto w 1872 roku. Otwarto wtedy oddzielny wydział w Szkole Sztuk Stosowanych, mający na celu szkolenie nauczycielek. W 1884 roku powstała afiliowana przy Królewskiej Akademii, Akademia Kobiet, obdarzona jednak ograniczonymi uprawnieniami. Dopiero w 1920 roku kobiety zrównano w prawach studenckich z mężczyznami.

W Wiedniu dzieje akademii zaczynają się w 1688 roku, od prywatnej szkoły założonej przez Petera Strudla, który był malarzem dworu cesarskiego. W 1772 roku kilka istniejących do tej pory samodzielnie placówek scalono, tworząc z nich Akademię Sztuk Pięknych. Uczelnia ta wzbraniała się przed przyjęciem kobiet, bo miało „brakować im twórczego ducha w dziedzinie wielkiej sztuki”. Z tego też powodu artystki powołały w 1897 roku własną Szkołę Sztuki dla Kobiet i Dziewcząt, która w 1910 roku zmieniła swój status na państwowy. Wolny wstęp na Akademię kobiety zyskały dopiero w roku akademickim 1920–1921.

Akademia w Sankt Petersburgu swój początek wzięła od szkoły założonej w 1757 roku. Caryca Katarzyna Wielka zmieniła jej nazwę na Cesarską Akademię Sztuki. Uczelnia, zamknięta w 1918 roku po rewolucji rosyjskiej, kilkakrotnie zmieniała status, nazwę, strukturę i profil, a nawet lokalizację. Dla kobiet otwarto ją wcześnie, bo w 1873 roku. Uczelnia znajdowała się wtedy w głębokim kryzysie, spowodowanym przez bunt studentów, zwany Buntem Czternastu (1863) i ruchem pieriedwiżników (1870).

Académie Royale de Peinture et de Sculpture w Paryżu została utworzona w 1648 roku przez potężnego kardynała Mazarina, pierwszego ministra Francji sprawującego władzę nad krajem podczas małoletności Ludwika XIV. W 1863 roku Napoleon III zmienił nazwę uczelni na École des Beaux-Arts. Już w 1803 roku powstała w stolicy Francji przeznaczona dla panien École Gratuite de Dessin, która kilka lat później otrzymała wsparcie państwowe, a przygotowywać miała do pracy projektantki. Jednak Paryż był przede wszystkim wymarzonym miejscem dla bogatych amatorek pragnących studiować sztukę. Od lat trzydziestych XIX wieku przyciągały je liczne prywatne szkoły, a od lat sześćdziesiątych XIX wieku – możliwość studiowania aktu dostępna w wielu z nich. Przyczyną niechęci wobec obecności studentek w państwowej École była bowiem idea, że miałyby studiować malarstwo, rysunek czy rzeźbę z nagiego modela. W każdym razie do Académie Julian, gdzie istniała taka możliwość, kobiety przyjmowano już od 1873 roku, lecz z opłatą dwa razy wyższą niż ta, której żądano od mężczyzn. École des Beaux-Arts otworzyła się na kobiety dopiero w 1897 roku. A zaledwie rok wcześniej, zyskały one wstęp do tamtejszej biblioteki. Wcześniej mogły starać się o udział w zajęciach jako wolne słuchaczki, pod warunkiem, że były między piętnastym a trzydziestym rokiem życia.

W Anglii działały liczne szkoły, w których kobiety mogły zdobyć wykształcenie związane ze sztukami użytkowymi i profesją nauczycielską. Jedną z nich była prywatna szkoła Henry’ego Sassa w Londynie, oferująca już od 1832 roku pracownię z nagim modelem. Slade School of Fine Arts oferowała taką możliwość od 1871 roku. Female School of Design, powstała w 1843 roku, przeznaczona była dla przedstawicielek klas niższych oferując im zajęcia z projektowania. Wreszcie, w 1859 roku powstała Państwowa Szkoła Sztuki dla Kobiet. Niedługo potem, w latach sześćdziesiątych, kobiety zyskały wstęp do Royal Academy of Arts, co szybko zostało zawieszone, a po kilku latach przywrócone. Nie mogły jednak studiować aktu.

Jeśli mowa o wprowadzeniu nagości do kształcenia przyszłych artystek, to bezpruderyjny wyjątek stanowiła akademia w amerykańskiej Pennsylwanii. W 1868 roku utworzono tam Ladies Life Class ze studiami z nagiego, kobiecego modela. Na męskiego modela trzeba było czekać do 1877 roku (a i tak był on przysłonięty draperiami).

W innych krajach proces postępował analogicznie. Państwowe uczelnie były zamknięte dla dziewcząt, tworzono więc w zastępstwie prywatne lub publiczne szkoły oraz wydziały istniejących placówek. Niekiedy też dopuszczano do limitowanego udziału kobiet w zajęciach akademii, obwarowanego jednak wieloma warunkami. Kiedy studentki dopuszczono wreszcie do studiów na akademiach, to stosowano wobec nich inne kryteria oceny niż wobec studentów. Royal Academy of Arts w Londynie wymagała od mężczyzn rysunków całej figury, od kobiet – tylko głowy. Kobietom nie przyznawano nagród i rzadziej udzielano im korekt.

Wanda Ślędzińska, Dziecko, Muzeum Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, © wszystkie prawa zastrzeżone, Muzeum ASP.

* * *

Józef Szujski pisał w latach sześćdziesiątych XIX wieku: „Sawantki, egzaltowane sentymentalistki sprowadzały nam na ojczyznę zbytki, przewrotności, choroby nerwów i tym podobne niesłychaności […]. W nauce kobiet nie ma dążenia do postępu, nie ma pragnienia badań i zaciekań głębokich”[8]. Jego słowa odnosiły się do kobiet pragnących kariery naukowej. Równie pogardliwe opinie krążyły na temat artystek, które „nasmarowały paskudztwa”[9], bo dały wyraz „myślom kłębiącym się w małej ufryzowanej główce”, albo – co gorsza – posłuchały serca „słabo bijącego pod ciasnym gorsetem”[10].

Słowa te dzisiaj brzmią śmiesznie. Problemy jednak wciąż istnieją, trudniejsze do zauważenia niż zakaz wstępu na uczelnię czy do biblioteki, bo bardziej subtelnej natury. Związane są z odruchowym wartościowaniem kobiecej działalności, z kierowanym w jej stronę uznaniem (lub jego brakiem). Na koniec przytoczmy zatem kilka miarodajnych przykładów z polskiej historii sztuki najnowszej. Sprawdźmy, czy artystki nadal są mniej ważne i stoją w cieniu, czy też zyskują bardziej eksponowane miejsce na scenie sztuki. W Młodym malarstwie polskim 1944-1974 Aleksandra Wojciechowskiego, wydanym po raz pierwszy w 1975 roku, mamy następujące proporcje artystek do ogółu omawianych autorów (kobiet i mężczyzn): artystki stanowią ledwie 12,3 procent ogólnej liczby. Podobnie rzecz wygląda w książce Alicji Kępińskiej – Nowa sztuka. Sztuka polska w latach 1945-1978, wydanej w 1981 roku. Artystki stanowią tutaj jeszcze bardziej znikomy odsetek, mianowicie 11,5 procenta ogółu omawianych. Zerknijmy na pozycję nowszą, z 2007 roku. Nowe zjawiska w sztuce polskiej po 2000, która powstała już w czasie, kiedy . wrażliwość na kwestie zaniżonej obecności artystek we wszelakich zestawieniach zaczynała być czymś oczywistym. . Dzieło redagowane przez Grzegorza Borkowskiego, Monikę Branicką i Adama Mazura, osiąga 30 procent kobiet w stosunku do całkowitej liczby prezentowanych.

Popatrzmy na zbiory krakowskich instytucji specjalizujących się w sztuce współczesnej. Muzeum MOCAK posiada prace 296 artystów i artystek. Kobiety (i osoby za kobiety się uznające) stanowią niespełna 20 procent wszystkich autorów muzealnej kolekcji. Z kolei w zbiorach galerii Bunkier Sztuki znajdują się dzieła 187 autorów. Odsetek autorek wynosi 27 procent ogółu. Nie jest to zły wynik, zważywszy, że kolekcję zainicjowano w czasach, kiedy nie zawracano sobie głowy płcią artysty (w domyśle: preferując męskich autorów).

Przytoczone dane są wyrywkowe i przybliżone. Można jednak na ich podstawie wywnioskować, że stereotypy mają się dobrze, powtarzane i utrwalane przez badaczy, kolekcjonerów i krytyków. By pokazać ich umowność, trzeba terapii szokowej. W Ameryce w 1985 roku powstała artystyczna bojówka Guerilla Girls. Jej członkinie podają do publicznej wiadomości wyłącznie suche fakty. Pytaniu Czy kobiety muszą być nagie by wejść do Metropolitan Museum?, które znalazło się w 1989 roku na autobusach komunikacji miejskiej w Nowym Jorku, towarzyszyło wyliczenie. Na ekspozycji stałej tego muzeum kobiety stanowią mniej niż 5 procent wystawionych artystów, natomiast są przedstawione na 85 procentach dzieł, najczęściej jako roznegliżowane ciała.

W Polsce mamy do czynienia z następującą prawidłowością: w artystycznych szkołach wyższych przeważają ilościowo studentki, ale wśród kadry naukowo-dydaktycznej kobiet jest znacząco mniej niż mężczyzn. W badaniu, przygotowanym przez Fundację Katarzyny Kozyry, Marne szanse na awanse (2016), przytoczono następujące dane: w 2013 roku na uczelniach artystycznych studiowało 77 procent kobiet. Tymczasem stanowią one jedynie 35 procent ogółu zatrudnionych, w tym 50 procent asystentek, 34 procent adiunktek i jedynie 22 procent profesorek. Przyczyny tej dysproporcji określono jako wynikające z hermetyczności środowiska plastycznego, a także ze zniechęcania studentek do rozwijania własnej kariery, do jakiego ma dochodzić na uczelniach.

* * *

Walka kobiet o prawa do edukacji trwała ponad dwieście lat i odniosła olbrzymi sukces. Wciąż jednak pozostaje niedokończona. Prawo do edukacji należy bowiem rozumieć szerzej: jako prawo do wyboru własnej drogi życiowej, która może być drogą artystyczną. Na tej drodze artystki często potykają się o wyboje. Wolny wstęp na uczelnie nie wystarcza, skoro nie idzie za nim poważne traktowanie i uznanie. W grę wchodzą milczące przekonania, nad którymi nikt się nie zastanawia, bo tkwią w każdym i każdej z nas tak głęboko, że zdają się naturalne.

Opracowanie: Magdalena Ujma,
Licencja Creative Commons

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

Zobacz także: Dzień kobiet na WMM

 

[1]    Linda Nochlin, Dlaczego nie było wielkich artystek?, tłum. Barbara Limanowska, „OŚKA. Pismo Ośrodka Informacji Środowisk Kobiecych”, nr 3 (8), 1999, s. 54.

[2]    Ibidem.

[3]    Aleksander Świętochowski. Gabryela – Narcyza Żmichowska [w:] Wybór pism krytycznoliterackich, PIW, Warszawa 1973, s. 85.

[4]    Cyt. za: Maria Janion, Maria Komornicka – in memoriam [w:] Kobiety i duch inności, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 1996, s. 255.

[5]    Cyt. za: Michał Pilikowski, Walka kobiet o prawo do studiowania w Akademii w latach 1818-1895, „Wiadomości ASP”, nr 81, kwiecień 2018, s. 36.

[6] Pełna nazwa: Kursy Wyższe dla Kobiet im. dr. Adriana Baranieckiego.

[7]    Agata Jakubowska, Zofia Stryjeńska [w;] Artystki polskie, pod red. eadem, Wydawnictwo Szkolne PWN, Park Edukacja, Warszawa – Bielsko-Biała 2011, s. 200.

[8]    Cyt, za: Jolanta Kolbuszewska, Polki na uniwersytetach — trudne początki, „Sensus Historiae”, Vol. XXVI (2017/1) s.42.

[9]    Ks. Karol Antoni Niedziałkowski, Nie tędy droga Szanowne Panie! (Studium o emancypacji kobiet), „Rola” 1896, nr 11, s. 161, cyt za: Krystyna Kłosińska, Ciało, pożądanie, ubranie, Wydawnictwo eFKa, Kraków 1999, s. 13.

[10]  Ten i poprzedni cyt.; Jan Ludwik Popławski, Sztandar ze spódnicy, „Prawda”, 1885, nr 35, cyt za: ibidem, s. 10.

Premiera! Muzeum Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie na WMM

Z okazji 200-lecia Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie do zasobów Wirtualnych Muzeów Małopolski dołącza kolekcja eksponatów z Muzeum ASP. Ze zbiorów liczących ponad 3 tysiące obiektów zespół Regionalnej Pracowni Digitalizacji Małopolskiego Instytutu Kultury w Krakowie w ramach projektu Wirtualna Małopolska zdigitalizował 96 eksponatów – 43 spośród nich już od 15 października będzie można oglądać na portalu WMM.

Wybrane eksponaty są bardzo zróżnicowane i odzwierciedlają charakterystykę zbiorów gromadzonych w Akademii przez 200 lat. Muzeum posiada znaczną kolekcję dzieł sztuki reprezentujących wiele nurtów artystycznych: od prac ekspresyjnego malarstwa XVII wieku, którego przedstawicielami są Salvator Rosa (Pejzaż ze sztafażem) i Philipp Peter Roos (Scena pasterska na tle krajobrazu), przez XIX-wieczną sztukę akademicką, aż po nowoczesne poszukiwania twórców Młodej Polski – tu warto zatrzymać się przy obrazach Jana Stanisławskiego. Dostępne na WMM fotografie jego malutkich obrazów, oglądane w ogromnym powiększeniu lub wyświetlone na dużym, przekraczającym ich rozmiar monitorze czy ekranie telewizora, pozwalają na nowo zachwycić się syntetyczną, fakturową techniką tego malarza.

Salvator Rosa, Pejzaż ze sztafarzem, Muzeum ASP w Krakowie, domena publiczna. Philipp Peter Roos, Scena pasterska na tle krajobrazu, Muzeum ASP
w Krakowie, domena publiczna.

Wśród zdigitalizowanych eksponatów znajdują się obiekty będące niemymi świadkami historii krakowskiej ASP. Do zbiorów Wirtualnych Muzeów Małopolski dołączył jeden z pierwszych nabytków uczelni – Atlas roślin i zwierząt, zakupiony przez Józefa Peszkę w roku 1820. Szesnaście niewielkich malarskich studiów fauny i flory prawdopodobnie służyło uczniom krakowskiej Szkoły Malarstwa i Rzeźby jako wzory do kopiowania – są zatem nie tylko dziełami sztuki i zabytkami przyrodoznawstwa, ale również częścią dziedzictwa praktyki dydaktycznej najstarszej polskiej uczelni artystycznej.

Na WMM prezentujemy także wiele innych pamiątek dawnego akademickiego nauczania. ASP posiada ogromną kolekcję prac studenckich – głównie studiów aktów. Niektóre z nich to dzieła przyszłych geniuszy, na przykład Stanisława Wyspiańskiego. Muzeum ASP posiada także znaczną grupę XIX-wiecznych gipsowych odlewów rzeźb antycznych. Gipsy, bo tak często się o nich mówi, służyły nauce rysunku oraz kształtowaniu gustu opartego na wzorach starożytnych. O nowoczesnym sposobie myślenia uczelnianych decydentów świadczy dobór odlewów – oprócz posągów greckich (jak choćby Afrodyta z Melos), powszechnie uznawanych za normy piękna, w zbiorach ASP znajduje się także kopia rzeźby przynależnej do sztuki starożytnego wschodu – figura Gudei, sumeryjskiego władcy Lagaszu. Do niedawna gipsowe odlewy rzeźb i modele do studiowania anatomii nie wzbudzały zainteresowania – jako pamiątki przebrzmiałej mieszczańskiej sztuki zalegały w magazynach, korytarzach i piwnicach instytucji. Dziś w całej Europie gipsy są konserwowane, badane i wystawiane jako ważna część dziedzictwa.

Jan Stanisławski, La certosa, Muzeum ASP w Krakowie, domena publiczna. Gudea – odlew gipsowy figury antycznej, Muzeum ASP w Krakowie, domena publiczna.

W toku dziejów krakowskiej ASP powstał wspaniały zbiór portretów i autoportretów jej profesorów, dyrektorów oraz rektorów. Spośród tych najwyższej klasy dzieł sztuki na Wirtualnych Muzeach Małopolski obejrzeć można m.in. wyśmienity pastelowy autoportret Leona Wyczółkowskiego oraz popiersie Sam sobie Konstantego Laszczki. Spod dłuta tego wybitnego rzeźbiarza wyszedł również wizerunek Juliana Fałata – następcy Jana Matejki i pierwszego rektora ASP.

Muzeum ASP w Krakowie jest trzecią placówką uczelnianą, której kolekcję mamy zaszczyt udostępnić szerokiemu gronu odbiorców. Do tej pory prezentowaliśmy zbiory Muzeum Farmacji Collegium Medicum UJ w Krakowie oraz Muzeum Geologicznego Wydziału Geologii, Geofizyki i Ochrony Środowiska Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. W ramach projektu Wirtualna Małopolska zespół Regionalnej Pracowni Digitalizacji przeprowadzi również digitalizację zbiorów Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego, które mieści się w budynku Collegium Maius.

Ph.F. de Hamilton lub J.G. de Hamilton (?), Atlas Roślin i zwierząt, Muzeum ASP w Krakowie, domena publiczna. Konstanty Laszczka, Popiersie Juliana Fałata, Muzeum ASP w Krakowie, domena publiczna.

 

Digitalizacja Muzeum ASP daje możliwość spotkania z wieloma zabytkami – na co dzień trudno dostępnymi. Muzeum ma siedzibę w dobrze wszystkim znanym gmachu głównym Akademii przy placu Matejki, ale nie ma stałej ekspozycji sprzyjającej zwiedzaniu. Pomieszczenie ekspozycyjne muzeum to zaledwie jedna sala o powierzchni 40 m2, w której organizowane są wystawy czasowe. Większość zbiorów malarstwa, rysunku i rzeźby znajduje się na stałe w magazynie. Pozostałe dzieła, oprócz odlewów gipsowych eksponowanych na korytarzach akademii, znajdują się w pomieszczeniach niedostępnych na co dzień: w Sali Senackiej, w której prezentowane jest malarstwo XVII–XIX wieku, oraz w gabinecie rektora, ozdobionym galerią portretów profesorów i rektorów ASP. Tam też w kilku gablotach przechowywany jest bezcenny zbiór rekwizytów używanych w pracowni malarstwa historycznego Jana Matejki – wśród nich m.in. Perska misiurka.

Opracowanie: Adam Spodaryk (Redakcja WMM),
Licencja Creative Commons

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

O dziwacznych terapiach, groźnych lekach i opiumowych smoczkach dla niemowląt

Puszki apteczne drewniane z XVIII wieku, Muzeum Farmacji Collegium Medicum UJ w Krakowie, domena publiczna.

26 września przypada Ogólnopolski Dzień Aptekarza. Z tej okazji życzymy wszystkim farmaceutom i aptekarzom tego, co najlepsze! Przypominamy również, że na Wirtualnych Muzeach Małopolski prezentujemy 24 niezwykle interesujące obiekty z kolekcji Muzeum Farmacji Collegium Medicum UJ w Krakowie.

Tym, którzy po zapoznaniu się z zasobami WMM, czują niedosyt historii medycyny, spieszymy z zapewnieniem, że w ramach obecnie realizowanego projektu Wirtualna Małopolska (2016–2020) nasz portal wzbogaci się o znacznie większy zbiór eksponatów z Muzeum Farmacji CMUJ. Tych, którzy nie mogą się doczekać, zachęcamy do wizyty w Muzeum przy ul. Floriańskiej 25 – odtworzone tam wnętrza i atmosfera osiemnastowiecznej apteki robią ogromne wrażenie.

Medycyna i farmacja nie zawsze były tym, czym są dzisiaj. Historia farmacji i medycyny to nie tylko dzieje postępu nauki, naznaczonego kolejnymi wielkimi odkryciami, ale także fascynująca opowieść o dawnych terapiach i lekach, których nikt wolałby już dziś nie próbować – przez rozsądek lub wzgląd na delegalizację stosowanych niegdyś substancji (nawet jeśli ich użycie może wydawać się niektórym całkiem przyjemne w skutkach). Historia lecznictwa to także opowieść o długim trwaniu zadziwiających wprost przesądów, których żywotność wynikała z ufności w autorytet dawnych uczonych. Wspomnieć wystarczy takie cudowne preparaty medyczne, jak eliksir z jąder bobra lub sproszkowany róg jelenia. Podobne cudowne lekarstwa są wciąż popularne w tradycyjnej medycynie chińskiej, co bywa przyczyną eksterminacji rzadkich gatunków zwierząt.

Sysek Dzieciątka Jezus, fragment obrazu Albrechta Dürera – Madonna i Dzieciątko z czyżykiem, Staatliche Museen zu Berlin, domena publiczna.

Kto czytał którąś z powieści o Sherlocku Holmesie, ten wie, że zażywanie kokainy czy morfiny nie było niczym dziwnym w XIX wieku. Rzeczywiście wiele substancji dziś uważanych za narkotyki było stosowane dawniej jako remedium na wszystko. Starczy wspomnieć króla Anglii, Jerzego IV, który zwykł zaczynać dzień od dawki nalewki laudanum, sporządzanej na bazie olejku opiumowego. Jerzy IV, jeszcze jako książę Walii i regent sprawujący władzę w imieniu chorego psychicznie Jerzego III, miewał kłopoty ze zdrowiem z powodu nadmiernego zamiłowania do jedzenia, alkoholu i opium. Już wówczas nazywano go niekiedy księciem Waleni – co było dowcipnym nawiązaniem do jego tuszy i grą słowną opierającą się na identycznym brzmieniu przezwiska – prince of Whales – oraz tytułu noszonego przez angielskich następców tronu – prince of Wales. Już jako król dorobił się podagry, zaćmy i miażdżycy.

Kombinacją przesądów i narkomanii były terapie stosowane przez Adolfa Hitlera. Twórcą leków dla hipochondrycznego tyrana był słynny brudas i cham – dr Theodor Morell, powszechnie zresztą uważany za hochsztaplera. Najsłynniejszym jego lekarstwem zażywanym przez Führera był Vitamultin. Wbrew nazwie bynajmniej nie były to witaminy – w jego skład wchodziła m.in. metaamfetamina. Narkotyki, stosowane jako lekarstwa, były powszechnie dostępne i to jeszcze w XX wieku. Podczas I wojny światowej jako lekarstwo można było nabyć heroinę i kokainę. W Wielkiej Brytanii dostać je można było m.in. w aptekach, w domu towarowym Harrod’s oraz w sklepach wojskowych. Niektórzy brytyjscy żołnierze przebywający na froncie dość regularnie prosili rodzinę o przysyłanie paczek z tymi lekami. Z czasem rząd Wielkiej Brytanii zakazał sprzedaży kokainy. Dziwnym trafem stosowania heroiny nie zabroniono.

Wracając jednak do opiatów… Wysokomorfinowy mak lekarski stosowany był dawniej nie tylko do produkcji opiatów, ale także do usypiania dzieci. Mak wymieszany z miodem zawijano w lnianą chustkę, tworząc kulkę, i tak powstały sysek (smoczek) dawano dzieciom do ssania. Znane są przedstawienia Matki Boskiej z Dzieciątkiem Jezus trzymającym taki właśnie cumel (regionalizm krakowski).

Opracowanie: Adam Spodaryk (Redakcja WMM),
Licencja Creative Commons

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

Afirmacja natury

19 września obchodziliśmy Dzień Dzikiej Fauny, Flory i Naturalnych Siedlisk. Mimo pozornego oddalenia się od natury, człowiek jest od niej ciągle zależny. Na ile sztuka współczesna może się włączyć w działania ekologiczne? Wielu artystów, poprzez swoje projekty zwraca uwagę na kwestie ochrony środowiska. Tak też jest w przypadku Cecylii Malik, która oddaje głos środowisku naturalnemu poprzez swoje działania artystyczne. Przyroda w jej pracach jest traktowana podmiotowo.

We wrześniu 2009 roku, zainspirowana powieścią Italo Calvino „Baron drzewołaz”, Cecylia Malik rozpoczęła realizację projektu performatywnego „365 drzew”, artystka codziennie wspinała się na jedno wybrane drzewo, na którym była fotografowana:

„Był to poniekąd mój pomysł na facebooka. Co tam można robić? Jakieś linki sobie wysyłać? To bez sensu. Zaczęłam codziennie wrzucać fotografię z drzewa, za każdym razem z innego. (...) Niesamowite jest doświadczenie przyrody, wspinałam się w każdą pogodę, w ulewy, śnieżyce. Ważny jest upór, wytrwałość i bunt. Taka moja autorska rebelia”.

Poprzez te konsekwentne działania i codzienne zamieszczanie zdjęć na portalu społecznościom z kolejnych drzew, artystka zyskała rozpoznawalność i zaangażowała się w akcje na rzecz ochrony środowiska.

Nie tylko Wisła

Cecylia Malik, Piotr Pawlus, 6 rzek, Galeria Sztuki Współczesnej Bunkier Sztuki w Krakowie, © wszystkie prawa zastrzeżone

Na portalu udostępniamy wideo „6 rzek”. „Film, zrealizowany w 2012 roku przez artystkę i operatora Piotra Pawlusa, jest zapisem nietypowej podróży wodnym szlakiem. Przywoływała ona imiona sześciu krakowskich rzek i pokazywała ich zagrożone piękno. Kręte dopływy Wisły – Rudawa, Wilga, Dłubnia, Prądnik – meandrują wąskimi korytami przez postindustrialne tereny, wypalone rżyska i dźwięczące głosami ptaków lasy łęgowe, stanowiąc nie lada wyzwanie dla potencjalnych podróżników. Dopiero w końcowym biegu Malik i Pawlus przepływają przez lepiej znane krakowianom osiedla, blokowiska i ogródki działkowe. Artystka w samodzielnie skonstruowanej łódce pokonuje spowite mgłą tunele z gałęzi zwieszających się nisko nad lustrem wody i rozbrzmiewające echem sztolnie; przeprawia się przez skupiska śmieci oraz pnie zwalonych drzew; zmaga się z wartkim nurtem strug, by na koniec wpłynąć na leniwie rozlewające się wody Wisły. Posługując się poetyką spomiędzy filmu dokumentalnego, muzycznego klipu i pracy wideo, kreuje nieoczywisty i nastrojowy obraz Krakowa, w którym peryferia miasta zdobywają przewagę nad jego centrum” (fragment opisu autorstwa Anny Lebensztejn).

Jak pisze Magda Ujma w swoim tekście o artystkach: „Malik jako jedna z pierwszych wskazywała na szkodliwą działalność deweloperów i narastający proces gentryfikacji niektórych dzielnic miejskich. Walczyła o wstrzymanie regulacji podhalańskiej rzeki Białki. Pod pozorem radosnej zabawy, okraszonej nutą surrealizmu, porusza zasadnicze sprawy: do kogo należy miasto i wedle czyjej woli jest kształtowane. Istotą 6 rzek jest powolny i monotonny ruch krajobrazu, przesuwającego się wraz z artystką w miarę jak przemieszczała się rzekami Krakowa. Wyestetyzowane obrazy z Cecylią Malik w roli głównej mają w założeniu pełnić funkcję edukacyjną, uzmysłowić ludziom istnienie zaniedbanych obszarów przyrody. W gruncie rzeczy jednak film jest celebracją artystki na tle piękna natury. Malik jest tutaj pokazana w łączności z przyrodą, odzywają się kulturowe mity i fantazje na temat dzikiej kobiety”.

Opracowanie: Mirosława Bałazy (redakcja WMM), Licencja Creative Commons

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

 

 

W niedzielę rozpoczyna się rok 5779

Nowy rok żydowski 5779 rozpocznie się 9 września 2018 roku o godz. 18.50. Hebrajska nazwa Rosz Haszana (wym. jidysz roszeszone) oznacza „głowę roku”. Tego dnia rozpoczyna się też miesiąc tiszri, liczony od nowiu, a także trwające do Jom Kippur (19 września) „straszne dni” – okres wzmożonej aktywności religijnej i charytatywnej, mającej w jednostkowym i społecznym wymiarze prowadzić do odnowy świata (tikkun ha olam). W powszechnej świadomości nie tylko religijnych Żydów w Rosz Haszana każdemu człowiekowi zapisany jest jego los w kolejnych 12 miesiącach. W jamim naraim – „straszne dni” można ten wyrok odmienić, zanim w Jom Kippur – dzień wybaczenia i pojednania z Bogiem – zostanie przypieczętowany.

Rabin Eliezer Gurary dmie w szofar - synagoga Izaaka w Krakowie, Elul 5778 (wrzesień 2018), fot. Przemysław Piekarski, CC-BY 3.0

W synagogach rozbrzmiewa dźwięk szofaru – baraniego rogu. Jego wysłuchanie jest religijnym obowiązkiem (mycwa), stąd w rozpisce liturgii podawane są godziny dęcia w róg. Wiele wspólnot, zwłaszcza pobożnych Żydów (haredim) używa szofaru przez cały miesiąc elul, poprzedzający Rosz Haszana. W społecznościach ortodoksyjnych odmawiane są wtedy slichot (wym. jidysz sliches) – modlitwy przebłagalne. Ważne jest też, by pojednać się w ramach wspólnoty rodzinnej i religijnej. Szabat następujący po Rosz Haszana nazywa się Tszuwa – skrucha.

W dobie Internetu i komunikatorów społecznych zanika tradycja wysyłania kartek pocztowych z życzeniami, za to jako obrazki są dołączane do wiadomości elektronicznych.

Obok noworocznych życzeń: hebrajskiego le szana towa u metuka„dobrego i słodkiego roku” czy w jidysz a gut un zis jor słychać „obyś był zapisany w dobrej księdze”. W niebie wyłożone są trzy księgi: sprawiedliwych (cadikim), niegodziwców i wielka księga tych pozostałych. To właśnie dobra księga. Wyrok w niej zapisany daje nadzieję na godne przeżycie kolejnego roku.

Popularna przed laty piosenka Leonarda Cohena Who by fire – „Kto w ogniu, kto w wodzie…” świadomie nawiązuje do modlitwy powtarzanej w Rosz Haszana i Jom Kippur – Unetana tokef, gdzie pojawiają się różne warianty ludzkich losów. Jednak całość wieńczy podchwycony przez wszystkich modlących się w synagodze refren: „… ale skrucha, modlitwa i miłosierdzie odmienią najgorszy wyrok”.

Święto ma bogatą liturgię synagogalną. Wspólnota, zamiast siduru – modlitewnika na pozostałe dni świąteczne i powszednie, używa machzoru – przewodnika po modlitwie synagogalnej i domowej, z czytaniem odpowiednich fragmentów Tory. Przebrnięcie przez ponad dwieście stron hebrajskiego tekstu to wyzwanie na wiele godzin. Modlitwa zaczyna się wieczorem poprzedzającym święto –  później Żydzi wracają do swoich domów lub na świąteczne posiłki wspólnotowe. Zebrani najpierw błogosławieństwem i wypiciem kielicha wina uświęcają (kidusz) święto, potem umywają ręce, by pobłogosławić i spożyć pierwsze kęsy chałki.

Świąteczna kolacja to przede wszystkim chałka, upieczona na słodko, z rodzynkami. Inaczej niż przy kolacji szabatowej, kiedy na stole pojawiają się dwie chałki, na Rosz Haszana chałka jest splatana w okrąg. Wyraża pragnienie by kolejny rok „domknął się” pomyślnie. O ile w ciągu roku chałka jest posypywana solą (na pamiątkę Świątyni, gdzie ofiary solono), w Rosz Haszana kawałki chałki moczy się w miodzie. Na stole pełno też jabłek, krojonych w cząstki i maczanych w miodzie. Przecież życzymy sobie roku dobrego i słodkiego. Niegdyś w menu pojawiały się głowa ryby czy jagnięcia, w nawiązaniu do nazwy święta (hebr. rosz – głowa). Dzisiaj najczęściej je się cymes z marchwi, bo w jidysz mer to nie tylko „marchew”, ale i „więcej, bardziej”. Więcej wszystkiego, co dobre. Coraz bardziej popularne staje się ciasto z marchwi. Częste są też owoce z wieloma pestkami – granaty i figi. Znów pojawia się życzenie, by naszych dobrych uczynków było tyle co pestek. Żydzi używają na co dzień wielu języków i często bawią się homonimami. Angielskie peas brzmi jak peace, wobec tego zielony groszek na stole może być symbolem – życzeniem pokoju na nowy rok.

A. Gierymski, Święto trąbek I, 1884, Muzeum Narodowe  w Warszawie. Domena publiczna

Znany obraz Aleksandra Gierymskiego Święto trąbek nie zawiera w swej treści dęcia w szofar, ale jeden z ważnych elementów celebracji, grupowej czy indywidualnej – taszlich. Nazwa ceremonii odwołuje do wersetu z księgi Micheasza (7;19): „A Ty wrzucisz (taszlich) wszystkie ich grzechy w głębiny morza”. Dlatego pod wieczór pierwszego dnia Rosz Haszana nad brzegiem wody (morze, jezioro, rzeka) gromadzą się grupki Żydów opróżniających, napełnione wcześniej okruszkami chleba, kieszenie. Obrzędowi towarzyszą błogosławieństwa i modlitwy, z reguły prowadzone przez lokalnego rabina.

Miesiąc tiszri nie jest w kalendarzu żydowskim pierwszym miesiącem roku, a dopiero siódmym. Wcześniej za początek roku uważano pierwszy dzień (nów) wiosennego miesiąca nisan. Jednak przez nawiązanie do Pięcioksięgu – Lev. 23: 23-25: „I rzekł Wiekuisty do Mojżesza, tak: »Oświadcz synom Israela i powiedz: miesiąca siódmego, pierwszego tegoż miesiąca, będzie u was święto uroczyste, przypominanie trąbą, zgromadzenie świąteczne…«” oraz Num. 29: 1-6: „Miesiąca zaś siódmego, pierwszego dnia miesiąca zgromadzenie świąteczne będzie u was; żadnej pracy uciążliwej nie wykonywajcie: dniem trąbienia będzie on wam…”[1] staje się Rosz Haszana świętem szczególnie uroczystym.

Szofar, fot. Przemysław Piekarski, CC-BY 3.0

Za czasów biblijnych święto trwało jeden dzień, jednak obecnie obchodzi się je przez dwa dni. Zarówno w Talmudzie Babilońskim, jak i Jerozolimskim, znajdujemy traktat o nazwie Rosh Hashanah. To traktat VIII w drugim porządku Miszny – Moed („wyznaczony czas”), w którym zawarto szczegółowe przepisy, nakazy i zakazy dotyczące święta, m.in. reguły dotyczące szofaru. Określają one rodzaj materiału z jakiego można go zrobić, sposób jego ozdabiania oraz jak i kiedy na nim grać.

Wskazówki muzyczne grania na tym instrumencie odnajdziemy równiez w machzorach. Dźwięk szofaru ma brzmieć jak łkanie. Dęcie podzielone jest na serie dźwięków: trzykrotne szwarim (grzmiące), dziewięciokrotne tremolo truah (łkające) oraz przeciągłe tkija. Schemat jest na tyle skomplikowany, że dmącemu w róg kolejne sekwencje podpowiada jeden z uczestników modlitwy. Całe dęcie w szofar w ciągu porannej modlitwy w synagodze zamyka się w stu dźwiękach [2].

Od czasu zburzenia Świątyni w 70 roku n.e. w liturgii synagogalnej nie wolno używać instrumentów muzycznych. Wyjątkiem jest szofar nakazany przez Torę. Jednak jeśli pierwszy dzień Rosz Haszana wypada w Szabat, dęcie w róg przenosi się na modlitwę poranną dnia drugiego. Poza tą okolicznością szofar usłyszymy w oba dni świąteczne.

Wystrój synagogi jest zdominowany przez kolor biały. Również parochet (zasłona na szafę z Torą) zmienia się na biały. Sama Tora ubrana jest w białą sukienkę. Mężczyźni zakładają białe jarmułki, niektórzy biały kitel (tradycyjny strój ślubny). Również kobiety ubierają się na biało. Biel jest symbolem pokuty i czystości.

Rosz Haszana jest rzeczywistym dniem sądu. Następujący po nim Jom Kipur to dzień odpuszczenia win, pojednania z Bogiem. Pieśnią-modlitwą najczęściej kojarzoną z Rosz Haszana jest Awinu Malkenu – „Nasz Ojcze, Nasz Królu”.

Opracowanie: dr Przemysław PiekarskiLicencja Creative Commons
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

Zagadnieniom obliczania czasu według kalendarza żydowskiego jest poświęcona praca Dawida ben Jakuba z końca XVII wieku, której rękopis jest przechowywany w Muzeum Historycznym Miasta Krakowa. To właśnie „Słowa Dawida” (Diwrej Dawid), w których autor przekazał całą swoją wiedzę na temat skomplikowanych obliczeń kalendarzowych, wybraliśmy do zilustrowania odsłony w tym tygodniu. Rosz Haszana upamiętnia bowiem stworzenie świata, początek wszystkiego. Co istotne, dotyczy konkretnie szóstego dnia kreacji, w którym Bóg stworzył człowieka, co ostatecznie dopełniło dzieła.

Zachęcamy też do zapoznania się z interpretacją pt. „Judaizm od środka” autorstwa również Przemysława Piekarskiego.



[1] Fragmenty Księgi Kapłańskiej (łac. Leviticus) i Księgi Liczb (łac. Numeri) w tłum. Rabina Izaaka Cylkowa, za: Tora, wyd. Austeria, Kraków 2006.

Wyświetlanie 1 - 5 z 143 rezultatów.
Pozycji na stronę 5
z 29