Blog

Wpisy oznaczone tagiem życie codzienne .

Tabakierki, łyżki i miłosne wyznania

W zbiorach rodziny Sosenków, wśród flakonów perfumowych tworzących kolekcję „Zapach luksusu”, znajdują się dwie tabakierki, które możecie zobaczyć na portalu WMM. Obie są wykonane z bydlęcej kości i ozdobione wyrytymi ornamentami oraz inskrypcjami. Tego typu tabakiery są wyrobem typowym dla Tyrolu w okresie od XVIII do XX wieku, a najbardziej znane wytwarzano w mieście Sterzing w Tyrolu południowym (niem. Südtirol, wł. Alto Adige)[1].

Owalna tabakierka, Fundacja Zbiorów Rodziny Sosenków, domena publiczna. Tabakierka w kształcie serca, Fundacja Zbiorów Rodziny Sosenków,
domena publiczna.

Tabakierki, łyżki i kasetki wykonane z rogu lub kości, malowane buteleczki i inne drobne, bogato zdobione przedmioty są tradycyjnymi tyrolskimi prezentami, wymienianymi między kochankami, współmałżonkami i przyjaciółmi.

O okolicznościach darowania tabakierki czy łyżki świadczą przeważnie inskrypcje wyryte na przedmiocie, a niekiedy także zdobiące je przedstawienia. Napisy często są rymowane, jak np. inskrypcja umieszczona na jednej z łyżek przechowywanych w Tyrolskim Muzeum Sztuki Ludowej (Tiroler Volkskunstmuseum): Fester noch als ein Stein, soll unsre Freundschaft sein, co znaczy: „Mocniejsza od skały, nich będzie nasza przyjaźń”[2]. Dzięki temu napisowi wiemy, że łyżka została podarowana w ramach przyjaźni.

Inskrypcje na tabakierkach miały niekiedy znaczenie religijne – zachęcały do pobożnych praktyk, przestrzegały przed grzechem i przypominały o Męce Pańskiej: Wer gedenk auf Jesu Leiden der wird gewis die Sünde meiden, czyli: „Kto pamięta o cierpieniach Jezusa, ten z pewnością będzie unikał grzechów”[3].

Co mówią napisy na tabakierkach z kolekcji rodziny Sosenków? Tabakiera w kształcie serca (nr inw. FZRS/94) nosi krótką inskrypcję o treści: [e]rinne an von mir | das ſchenke ich dir, co oznacza: „pamiętaj o mnie, [bo] to daruję tobie”. Wieczko pojemnika zdobi motyw kwiatu, a denko – przedstawienie ręki składającej kwiat w darze sercu. Mamy więc do czynienia z prezentem podarowanym ukochanej osobie[4].

Owalna tabakierka, Fundacja Zbiorów Rodziny Sosenków, domena publiczna. Tabakierka w kształcie serca, Fundacja Zbiorów Rodziny Sosenków,
domena publiczna.

 

Więcej trudności sprawia odczytanie napisu na drugiej z tabakierek (FZRS/95) ze zbiorów rodziny Sosenków. Wynika to z ubytków materiału w obrębie inskrypcji oraz z powodu specyficznego kroju pisma (Kurrentschrift – kurenta), używanego dawniej w krajach niemieckojęzycznych. Wokół wieczka znajduje się inskrypcja, co do której tłumaczenia mamy wątpliwości: Dich in der ſtiſſ | dreÿ ſieben wiſſ, natomiast na denku znajduje się przedstawienie kobiety i mężczyzny trzymających się za rękę i dłuższy napis głoszący: Tag und nacht dir d[an]ken ich wie ich kan den ÿ lieben dich – „Dzień i noc tobie dziękuję, jak [tylko] potrafię, ponieważ cię kocham”. Należy domyślać się, że tabakierka była prezentem podarowanym w małżeństwie.

Pozostaje pytanie, dlaczego akurat tabakierki były tak popularnym podarkiem stanowiącym dowód miłości. Kluczem do zrozumienia tego zjawiska jest popularność i kultura zażywania tabaki w krajach alpejskich (szczególnie w Bawarii i Tyrolu). Tabakierki były zresztą dawniej popularnym prezentem. Wiadomo choćby, że książę Karol Stanisław Radziwiłł „Panie Kochanku” ofiarował królowi Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu podczas jego wizyty w Nieświeżu tabakierkę wykonaną przez siebie z kości słoniowej.

Jeśli chodzi o inskrypcje na tyrolskich tabakierkach, to łatwo sobie wyobrazić, że gdy ich właściciele raz po raz zażywali tabaki, za każdym razem przypominali sobie o ukochanej osobie, o przyjacielu lub byli napominani o konieczności starania się o zbawienie duszy.

Opracowanie: Adam Spodaryk (Redakcja WMM),
Licencja Creative Commons

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

Zabacz też:

Tytoń i tabaka
Fajka podhalańska
Porcelanowa puszka na tabakę
Popielniczka szklana z widokiem Domu Zdrojowego w Krynicy


[1] Wiele tego rodzaju pudełeczek na tabakę można odnaleźć na stronach domów aukcyjnych i muzeów – wystarczy wpisać w przeglądarce któreś z haseł: „Sterzinger Horndose”, „Tiroler Horndose”, „Sterzinger Schupftabakdose”, „Tiroler Schnupftabakdose”, „Sterzinger Tabakdose” lub „Tiroler Tabakdose”.

[4] Inna tabakierka z miłosną inskrypcją: http://www.vorarlbergmuseen.at/objekte/KW4-137/ [dostęp: 16.05.2019].

Digitalizacja w Muzeum Farmacji CM UJ

W zeszłym tygodniu w ramach projektu „Wirtualna Małopolska” rozpoczęliśmy digitalizację w Muzeum Farmacji Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Z okazji przypadającego dzisiaj (14 maja) Dnia Farmaceuty uchylamy rąbka tajemnicy, jakie skarby z kolekcji tego muzeum znajdą się na naszym portalu.

Digitalizacja w Muzeum Farmacji CM UJ, maj 2019. Fot. Sebastian Woźniak, MIK 2019, CC-BY 4.0.

Pośród ponad 150 obiektów będzie można odnaleźć m.in. dawne reklamy i etykiety leków (m.in. słynny proszek z kogutkiem), historyczne fotografie, utensylia aptekarskie, przenośne apteczki i naczynia na surowce farmaceutyczne. Wśród pojemników na substancje używane w dawnym lecznictwie można będzie zobaczyć zwykłe, niepozorne zbiorniki ze szkła, drewna i ceramiki, ale również niecodzienne, ozdobne naczynia będące prawdziwymi dziełami sztuki. Na szczególną uwagę zasługują piękne, włoskie majoliki z XVI i XVII wieku.

Równie interesujące co pojemniki są same surowce, które w nich przechowywano lub które wciąż się w nich znajdują. Czytając podpisy i etykiety na naczyniach, uważny widz dostrzeże tak zaskakujące medykamenty, jak:

– suszone karaluchy wschodnie (Blatta orientalis);

– mucha hiszpańska (Cantharidum) – substancja silnie trująca, środek pobudzający używany m.in. do wytwarzania napojów miłosnych i afrodyzjaków. Surowiec pozyskiwany był z chrząszcza Cantharis (łacińska nazwa systematyczna Lytta vesicatoria) po polsku zwanego muchą hiszpańską, pryszczelem lekarskim, majką lekarską lub kantarydą;

– stonogi (Millepedes);

– starty róg jelenia (Cornu cervi raspatum) – dziś wiemy, że róg jelenia zawiera jedynie pospolite substancje – takie jak: keratyna, tłuszcz i sole mineralne – jednakże dawniej przypisywano mu niezwykłe działanie wzmacniające… Czy jest to ślad myślenia charakterystycznego dla tzw. magii sympatycznej?

– grzyb chirurgów (Fungus chirurgorum) – chodź nazwa brzmi niezwykle, jest to po prostu pospolita huba, której dawniej używano do tamowania niewielkich krwotoków;

– martwa głowa (Caput mortuum) – wbrew pozorom nie chodzi o głowę umarlaka, lecz o sproszkowany tlenek żelaza. Lubiącym eksponaty z dreszczykiem przypominamy, że na naszym portalu zobaczyć można inne naczynie, w którym przechowywano prawdziwą głowę umarlaka –  Słój apteczny na czaszkę ludzką spreparowaną.

Mamy nadzieję, że ta skromna zapowiedź rozbudzi ciekawość wszystkich miłośników historii medycyny. O dacie publikacji obiektów z Muzeum Farmacji Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego będziemy informować na blogu, a tymczasem polecamy zapoznać się z eksponatami zdigitalizowanymi w ramach poprzedniego projektu.

Opracowanie: Adam Spodaryk (Redakcja WMM),
Licencja Creative Commons

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

„Zapach jest rodzajem misternej koronki, składa się czasem nawet z setek komponentów” – rozmowa z Martą Siembab, jedyną w Polsce senselierką

 

Warsztaty Marty Siembab „Zapach luksusu”, fot. Marta Chlanda, Archiwum MIK 2019 (CC-BY 3.0)

 

 

 

 

 

Mirka Bałazy: Co spowodowało, że zajęłaś się tematyką zapachów, skąd pomysł na taki zawód i na czym on polega?

 

Marta Siembab: Pomysł na taki zawód pojawił się w pewnym sensie mimochodem, bo właściwie przez całe życie interesowałam się zapachem; to było coś, co zawsze mnie kręciło. Jednych ciągnie do fortepianu, inni lubią tańczyć i śpiewać do rączki od skakanki, a mnie interesowały zapachy. Spędziłam dużą część dzieciństwa u dziadków na wsi, gdzie było mnóstwo zwierząt i gdzie funkcjonowało gospodarstwo z prawdziwego zdarzenia. Mieliśmy i sad, i ogród, i pole, mój dziadek pracował przy wyrębie lasu, były też krowy, kury, kaczki, świnie, psy i koty. Zbieraliśmy pokrzywy i jeżyny, było wędzenie własnych szynek w dymie z różnych gatunków drewna, był kompostownik i były żywice z drzewa, które się żuło zamiast gumy do żucia, towaru wówczas deficytowego. Te wszystkie rzeczy sprawiały mi prawdziwą przyjemność i budowały moją więź z zapachami. Mam wrażliwy nos i usta, lubię wąchać i smakować. Gdy byłam małą dziewczynką, myślałam, że każdy tak ma, nie zdawałam sobie sprawy, że to jest coś, co mnie odróżnia od innych dzieci. Z czasem poczułam, że przekazywanie wiedzy mnie pasjonuje. Najpierw byłam nauczycielką, potem wykładowcą, szkoleniowcem, trenerem, aż w końcu zrozumiałam, że skoro potrafię przekazywać wiedzę na temat języków, bo jestem z wykształcenia skandynawistką, uczyłam szwedzkiego i angielskiego, to będę też umiała dzielić się z innymi moją pasją – czyli światem zapachu. 

Pierwsze kroki jako senselierka stawiałam w 2006 roku, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, że będzie to zawód, który otworzy przestrzeń dla osób zainteresowanych zapachem. Najważniejsze w mojej pracy jest to, że łączę w niej wątki z różnych dziedzin i że polega ona zarówno na przeprowadzaniu innych przez świat zapachów, jak i na porządkowaniu tego świata i znajdowaniu w nim wzorców, układaniu ich w logiczną całość. Wydaje się, że zapach to coś ulotnego, nieuchwytnego, a on tak jak barwa czy dźwięk ma swoje cechy – i te cechy są porządkowalne, grupowalne. 

Współcześnie można projektować zapachy dla firm kosmetycznych, budować mapy zapachowe, można być perfumiarzem, artystą olfaktorycznym, działać z zapachem w wymiarze sztuki, można być „aroma jockeyem”, czyli tworzyć oprawy zapachowe do wydarzeń; wiele osób lubi też pisać o zapachach i recenzować perfumy. Ta sieć połączeń między różnymi dziedzinami życia a zjawiskiem zapachu bardzo się teraz rozwija. Cieszę się, że mogę o tym opowiadać, uczyć. Pracuję z dziećmi i dorosłymi, szkolę także osoby na co dzień pracujące z zapachem: kosmetyczki, fizjoterapeutów, stylistów i tych wszystkich, którzy chcą wykorzystać elementy aromaterapii w swojej pracy. Zapach jest dodatkowym wymiarem i można go połączyć z większością dziedzin naszego życia. 

Od kilku lat pracuję także z moim partnerem i wspólnikiem Maciejem Kaweckim przy projektowaniu marek oraz doświadczeń klienta z wykorzystaniem zmysłów, tak by uwzględnić  i smak, i węch, i dotyk, bo w gruncie rzeczy jesteśmy istotami zmysłowymi i dzięki temu, jak się czujemy w danym miejscu, wiemy potem, czy chcemy do niego wracać, czy nie. Często jest tak, że nasza nadwrażliwość na dotyk, dźwięk i zapach pozwala nam lepiej zaprojektować doświadczenie, bo potrafimy przewidzieć reakcje innych osób.

 

M.B.: W jaki sposób zdobywałaś wiedzę na temat zapachu?

 

M.S.:  Wciąż jest niewiele książek w języku polskim w pełni traktujących o zapachu. Najczęściej są to materiały w języku angielskim. Czerpię wiedzę z różnych źródeł, wykorzystując swoją naturalną wrażliwość i to, jaka jestem. Doceniam to, że mogę pracować w organiczny sposób i dawać korzyść innym ludziom. To dla mnie wielkie wyróżnienie. A sama inspiracja jest czymś nieuchwytnym – przychodzi na przykład podczas jazdy metrem w Mediolanie czy kolejką w Berlinie albo gdy spaceruję wzdłuż fiordów w Oslo i dobiegnie mnie zapach pływającej sauny. To jest coś ulotnego, abstrakcyjnego: skojarzenia, pomysły, kreatywność. Wszystkiego uczyłam się sama, czytając, wąchając, podróżując, wymieniając się doświadczeniami. Mam ogromną potrzebę docierania do sedna wszelkich zagadnień. Kiedy na drodze swoich poszukiwań napotkam nawiązanie do muzyki, psychologii, medycyny, filozofii, to wchodzę w każdy z tych obszarów i go zgłębiam. I tutaj ogromną rolę odegrał mój introwertyzm – przez pierwszych kilkanaście lat życia budowałam dzięki niemu swój wewnętrzny kapitał.

 

M.B.: Niektóre zapachy nam się podobają, a inne nas odrzucają. Jak to działa?

 

M.S.: To działa w pewnym sensie dwutorowo. Z jednej strony jesteśmy uzwojeni w tej najstarszej części mózgu, zwanej mózgiem gadzim, w ten sposób, żeby unikać tych zapachów, które są dla nas potencjalnym zagrożeniem, np. zapachu drapieżników albo odchodów, ale też rozkładającego się mięsa czy zepsutego pożywienia, bo są potencjalnym źródłem infekcji. To ma służyć przetrwaniu. I dlatego te zapachy nam się nie podobają. Jeżeli tego rodzaju zapach sprawia komuś przyjemność, oznacza to jakąś nieprawidłowość w procesie jego odbioru albo ta osoba ma jakieś pozytywne wspomnienia, silne emocje związane z tym zapachem. Mój były mąż, żeby mnie rozbawić, miał w zwyczaju pytać: „Kto płakał przy świniach?”, nawiązując w ten sposób do konkretnego wydarzenia z przeszłości ‒ byliśmy kiedyś w części Berlina zwanej Dahlem-Dorf, gdzie odtworzono stare gospodarstwo rolne. Stał tam pusty chlew, ale nie interesowałam się jakoś tym budynkiem. Szliśmy wtedy na pole, na wykopki, mieliśmy piec ziemniaki, ale gdy przechodziłam obok tego chlewu i poczułam jego zapach, to dopadło mnie nagłe wzruszenie; stałam i płakałam z tęsknoty za utraconym dzieciństwem. Później za każdym razem, kiedy zgrywałam twardzielkę, mąż pytał mnie: „Kto płakał przy świniach?”(śmiech).

Wspomnienia nacechowane pozytywnie nadpisują reakcję na zapach. W naszej najstarszej części mózgu, która się tworzy mniej więcej w trzecim miesiącu życia płodowego, są dwie struktury: jedna odpowiedzialna jest za pamięć, druga za emocje: hipokamp i ciało migdałowate – to, co tam trafia, zostaje na zawsze, chyba że pojawi się silniejsza emocja, która zmieni wspomnienie o danym zapachu. Lubimy po prostu te zapachy, które nam się dobrze kojarzą i w asyście których przeżyliśmy coś pozytywnego. Tak jak mówił inżynier Mamoń w filmie Rejs: „Lubię te piosenki, które znam”.

Ta wiedza jest bardzo przydatna w terapii traumy, dociera się wówczas do tego, jakie wyzwalacze zapachowe wywołują np. ataki paniki albo napady związane z zespołem stresu pourazowego. Jak się je zidentyfikuje, to łatwiej nawigować w świecie i unikać tych wyzwalających bodźców. Natomiast osoby, które zapadły w śpiączkę, mogą dzięki zapachom wynurzyć się na powierzchnię, wrócić do świata. Na przykład Pollena Aroma brała udział w takim projekcie we współpracy z Kliniką Budzik. Dzieci były stymulowane zapachami, które znały z domu, jeszcze sprzed choroby. W ten sposób pobudzano ich system nerwowy, co podobno przynosiło wymierne efekty. Zapachy to nasze pierwsze i jednocześnie najtrwalsze wspomnienia. Z biegiem lat tracimy ostrość wzroku czy słuchu, a węch pozostaje – jeśli oczywiście nie mamy jakichś schorzeń neurodegeneracyjnych, polipów w nosie albo wiecznej alergii. Nos osiemdziesięciolatka może funkcjonować tak samo jak nos ośmiolatka. Wspaniale jest cieszyć się zapachem zaparzonej herbaty i kawy, wnuków, zwierząt, zapachem chleba z masłem – to są przyjemności na całe życie. 

 

M.B.: Czy możesz zdradzić, w jaki sposób i z jakich powodów ludzie wybierają konkretne perfumy, zapachy?

M.S.: Odpowiedź na to pytanie bardzo ewoluuje, bo zmieniają się potrzeby, trendy i pojawiają się nowi ludzie, którzy patrzą na świat inaczej niż kiedyś. W czasach młodości mojej mamy, czyli w połowie lat 70. XX wieku, funkcjonowała idea podpisu zapachowego; przetrwała zresztą aż do czasów mojej młodości. Osoba szukała takiego zapachu, który ją wyraża – miał być stały, towarzyszyć jej przez dekady. Dlatego zapachy projektowane od lat 50. do 90. to były perfumy, które właściwie nie podlegały reformulacjom. A jeśli już, to bardzo dbano o to, by ten zapach nie różnił się zanadto od tego pierwotnego albo odbiegał jedynie w niewielkim stopniu, a już na pewno nie robiono celowej reformulacji służącej odświeżeniu zapachu X czy Y.

Ludzie chcieli mieć swój zapach, tak by można ich było dzięki niemu rozpoznać, tak jak rozpoznaje się kogoś po głosie, po sylwetce czy sposobie chodzenia. Zapach był elementem, składową człowieka, dobrze łączył się z wonią ciała i zostawał na ubraniach. Szukano w zapachu stałości i powtarzalności. Ale już w nowym milenium nastąpił wysyp produktów zapachowych: w roku mojego urodzenia na świecie było mniej niż 50 premier zapachowych rocznie, a kilka lat później nawet 2000 premier stało się już normą. Ten ogrom wymusza częste zmiany, żeby zrobić miejsce na sklepowych półkach i by mogły powstawać nowe koncepcje sprzedaży. Tak narodziły się perfumerie niszowe i inne typy dystrybucji niż kiedyś, inne filozofie marek. Z nadejściem pokolenia Y zmieniły się sposoby wyrażania siebie, ludzie chcą mieć wiele różnych zapachów, często w małych opakowaniach, które można dopasowywać do nastroju, stylizacji, okazji. To jest podejście bardzo elastyczne i poruszamy się raczej w jakimś obszarze niż w punkcie. Czyli perfumy dla mojej mamy byłyby punktem, a te dla mojej bratanicy będą już raczej zbiorem punktów. 

Młodzi konsumenci lubią też łączyć ze sobą zapachy, co stanowi wielkie wyzwanie, a jednocześnie utrudnienie, bo zapach jest rodzajem misternej koronki, składa się nawet z setek komponentów. To trudna sztuka. Czyli właściwie bawimy się zapachem, ale jest to raczej eksperymentowanie niż prawdziwe komponowanie. Czyli wyklejanka z kawałków kolorowego papieru, a nie ten delikatny, precyzyjny splot nici. Konsumenci bardzo wierzą w swoją kreatywność i sprawczość, dlatego próbują „robić sobie perfumy”. To jest w porządku, ale umówmy się, że jest to raczej budowanie z „klocków duplo” niż architektura. 

 

Ewelina Korostyńska: Czyli to z tych nowych trendów wynika zainteresowanie zapachami typu Molecule 01, 02, 03, które można łączyć ze swoimi ulubionymi perfumami?

 

M.S.: Te molekuły, pomysł perfumiarza Gezy Schoena, były genialnym konceptem marketingowym, bo perfumy to kompozycja, a on pomyślał sobie, że zabutelkuje pojedynczy związek chemiczny tylko w nośniku i nazwie go perfumami. Taką rzecz skutecznie można zrobić tylko raz. I tylko raz nią zaskoczyć. Marcel Duchamp ustawił pisuar i powiedział, że to jest dzieło sztuki, ale gdybym ja dziś przyszła do galerii z sedesem, to już nie byłoby tego efektu. Pomysł Gezy był genialny i szybko zaczęły go kopiować inne marki, przez co trochę stracił swój mocny, nowatorski wydźwięk, jednak uważam, że był to błysk geniuszu. Czasem luksusem jest po prostu myśl inżyniera. Iso E Super, czyli to, co jest sekretem Molecule 01, to surowiec, który był używany w wielu kompozycjach od dawien dawna i będzie używany zawsze, bo to jest zapach piżmowo-drzewny i bardzo ładnie harmonizuje poszczególne nuty kompozycji. Są firmy, które mają w bibliotece 100 prostych zapachów i można je na sobie łączyć. Takie doświadczenie uczy rozwijania wyobraźni węchowej. 

 

E.K.: Czy istnieją perfumy, które mają coś wspólnego z feromonami?

 

M.S.: Nie, człowiek nie odbiera feromonów, bo nie ma narządu lemieszowego, który feromony odczytuje. Żadna sekcja zwłok nie pokazała narządu Jacobsona u człowieka. Nie znam atlasu anatomicznego, który ten narząd ilustruje. W przekazie kulturowym mylimy hormony z feromonami, dlatego że czujemy zapach hormonów wydzielanych przez gruczoły potowe, znajdują się też w wydzielinach naszego ciała. Dlatego tak różni się zapach męskiej i damskiej szatni. Te zapachy informują nas nawzajem o budowie naszych układów odpornościowych. Im bardziej są do siebie podobne, tym mniejsza szansa na zdrowe potomstwo. Dlatego nie kuszą nas zapachy rodziców i rodzeństwa. Pocałunki z jedną osobą smakują fajniej niż z drugą, mimo że ta druga była ładniejsza wizualnie, ale smaczniejsza okazywała się ta mniej atrakcyjna. Badania wykazały, że ta reakcja na smak i zapach drugiej osoby jest ważniejsza niż reakcja wizualna. Wiadomo, że bardzo często przyciągamy się wzrokiem, ale potem zapach to zainteresowanie weryfikuje.

 

M.B.: Czy można jakoś określić kulturę zapachową, taki zapachowy savoir-vivre?

 

M.S.: Można, tak. Zapach jest takim samym sygnałem jak dźwięk. Mówienie zbyt podniesionym głosem czy wszelkie nadmiary w tym, co ludzie widzą i słyszą, są odbierane jako brak taktu, bo wkraczają w przestrzeń drugiej osoby – tak samo jest z zapachem. Zapach powinien być przede wszystkim dyskretny. Mocniej kuszą niedomiary niż nadmiary, a szept jest bardziej intrygujący od krzyku. Można więcej zdziałać, gdy się zapachem zanęca, a nie ogłusza. Lepiej użyć go mniej i wywołać taki efekt, że kolega z pracy czeka, aż przejdziemy za jego plecami, bo chce poczuć woń naszych perfum. To lepsze niż reakcja: „Boże, ale się Wiolka dzisiaj zlała perfumami, ledwo żyję”.

Mówi się, że w biznesie nie powinno się wyczuwać czyichś perfum z odległości na wyciagnięcie ręki, dopóki któraś z osób się nie poruszy. Zapach nie może stresować ludzi wokół. 

Możemy też używać zapachu świadomie, aby wywołać u innych pewne wrażenia sensoryczne. Warto wiedzieć, że jeśli ktoś pachnie bardzo słodko, to odbierany jest jako osoba mniej kompetentna. Czy można coś udawać zapachem? Okazuje się, że w pewnej mierze można. Mamy o wiele więcej skojarzeń z zapachami niż nam się wydaje. Każdy ma swój wewnętrzny kod zapachowy. Niektórzy wyobrażają sobie zapachy jako pocztówki, inni jako osoby. Gdy prowadzę warsztaty, lubię patrzeć, jak ludzie widzą zapachy, bo widzą je, tylko rzadko o nich rozmawiają.

 

M.B.: Czy zwracasz uwagę na formę opakowań perfum i czy kolekcjonujesz flakony?

 

M.S.: Nie powiedziałabym, że kolekcjonuję, bo kolekcjonowanie to wielka odpowiedzialność. Myślę, że nie jestem gotowa na kolekcjonowanie czegokolwiek, bo musiałaby to być kolekcja totalna. Za to bardzo zwracam uwagę na flakony, i to na różne ich aspekty, nie tylko na kształt, formę, ale też na takie cechy, jak przejrzystość i sposób, w jaki kolor rozgrywa się w danym materiale. Na studiach zainspirowała mnie książka Ludwiga Wittgensteina Uwagi o barwach. Czy coś, co jest czarne, może być przeźroczyste? To pytanie długo nie dawało mi spokoju. Flakony są dla mnie bardzo ważne. Projekt flakonu jest celowym działaniem, jeśli marka podchodzi do tego świadomie, zaufa projektantowi i da mu czas. Opakowanie jest przecież pierwszym sprzedawcą zapachu i mówi klientowi rzeczy, których perfumy jeszcze nie zdążyły powiedzieć.

Jedne flakony są dziełami sztuki, inne tylko dowcipami. Coraz trudniej podążać za formalnym kodem, który był kiedyś ustalony. Dawniej flakony dla kobiet były bardziej obłe, a dla mężczyzn raczej kanciaste. Ale te zasady nie są już tak ściśle przestrzegane. Do lat 90. było pewne, że zapachy czerwone to te zmysłowe i z nutą wanilii, a fiolet to kolor tajemnicy, czegoś zaskakującego. Zapachy kwiatowe umieszczano zazwyczaj w naczyniach różowych i przezroczystych, a im mniejsza przezierność, tym bardziej można się było spodziewać nut słodkich, wanilinowych. Z kolei zielony oznaczał perfumy szyprowe, gorzkie, wymagające, a flakony w kolorze whisky zawierały wonie ambrowe, ciepłe i otulające. Te kody w dużej mierze obowiązują nadal, ponieważ osobom odpowiedzialnym za markę zależy, żeby ich produkt wysyłał czytelny komunikat. 

Projektowanie flakonów jest coraz większym wyzwaniem, bo z jednej strony marki chcą być kreatywne, wyznaczać nowe kierunki i przełamywać stereotypy, ale często ich pomysły okazują się zbyt dziwaczne i niepraktyczne, np. perfumy we flakonie w kształcie buta czy sztabki złota. Są osoby, które może używałyby tego zapachu, ale go nie wybierają, bo nie odpowiada im estetyka przedmiotu.

 

M.B.: Czy istnieją takie dzieła sztuki, do których chciałabyś skomponować zapach?

 

M.S.: Miałam okazję skomponować zapachy do wystawy malarstwa Zdzisława Beksińskiego w Nowohuckim Centrum Kultury, to była dla mnie wielka przyjemność. Po rozmowach z właścicielami kolekcji Beksińskiego, państwem Dmochowskimi, wybrałam prace, zilustrowałam je zapachami i zostawiłam w formie pamiętników. Odwiedzający wystawę mogli wpisać do nich swoje przemyślenia, wrażenia. Gdy po zakończeniu ekspozycji czytałam te pamiętniki, płakałam ze wzruszenia, bo ludzie pisali fascynujące rzeczy, bardzo się otworzyli w tych wpisach. Nie uważam się za artystkę, chociaż moja mama mówi, że od zawsze nią jestem — chyba jednak bardziej chodzi jej o moją spontaniczność. Tworząc zapachy do prac Beksińskiego, czułam, jak proces tworzenia wydziera mi ze środka kawałek po kawałku. Dlatego podziwiam wszystkich artystów, bo wyrażanie siebie jest bardzo eksploatujące, wyczerpuje baterie i generuje duży poziom lęku. Zresztą, mój partner zawsze mi powtarza, że artystą się nie jest, a jedynie się nim bywa.

 

E.K.: Czy w świecie sztuki odnajdujesz kogoś, kto szczególnie Cię inspiruje?

 

M.S.: Olbrzymią inspirację stanowi dla mnie artysta belgijski Peter de Cupere. Spotykamy się regularnie podczas wydarzeń organizowanych przez Instytut Sztuki i Olfaktoryki z Los Angeles, który ma swój oddział w Amsterdamie, a także na targach perfum niszowych w Mediolanie i we Florencji. Peter od lat wplata zapach do swojej sztuki ‒ są to rzeczy poruszające wszystkie zmysły, np. domek zbudowany z waty, do którego trzeba się wcisnąć przez wąską szczelinę. Znajdujemy się nagle wewnątrz kłębka waty nasączonej intensywnym zapachem mydlin. To wrażenie przebywania jednocześnie w chmurze, wacie i mydlanej pianie wstrząsa pamięcią i wydobywa z niej przeróżne emocje. Albo chmura zawieszona pod sufitem, do której trzeba się wdrapać po drabinie, aby poczuć przerażający zapach smogu (chciałoby się zażartować, że w Krakowie to chyba niepotrzebne). Peter został wyróżniony nagrodą za całokształt pracy przez Instytut, o którym wcześniej wspomniałam. W tym roku mam przyjemność zasiadać w składzie sędziowskim Instytutu, który ocenia perfumy niszowe i rzemieślnicze ‒ to doroczny konkurs Art and Olfaction Awards. Wyniki zostaną ogłoszone 5 maja w Amsterdamie.

 

M.B.: Jakie muzea czy wystawy związane z zapachem chciałabyś polecić?

 

M.S.: Do tej pory mówiło się raczej o muzeum zapachów. Takim przykładem jest słynna Osmoteka w Paryżu. Ale może powiem o nowościach: w Szwajcarii w Lozannie są dwie interesujące wystawy: jedna w MUDAC: https://mudac.ch/en/ „Nez à nez – Contemporary perfumers”; tu przestrzeń poświęcona jest genialnym nosom współczesnych czasów, a zapachy są wyeksponowane w niezwykle kreatywny sposób. W tej samej miejscowości jest też jest wystawa sensoryczna, która skupia się na różnych zmysłach, podobnie w Musée de la main: http://www.museedelamain.ch/. I jeszcze Saatchi Gallery w Londynie z wystawą „We live in an ocean of air”: https://www.saatchigallery.com/art/salon_009.php. To wystawa w świecie wirtualnej rzeczywistości, gdzie możemy zaobserwować magię, miarę, wagę oraz znaczenie oddechu i powietrza. Bardzo mocno działa na zmysły wzroku i węchu. Takich wydarzeń jest coraz więcej i zachęcam rodziców, by zabierali na nie swoje dzieci, gdyż stymulowanie wyobraźni jest bardzo ważne – nie trzeba do tego wielkich pomocy naukowych, wystarczy chęć i wyobraźnia. Nawet wąchanie dłoni po gotowaniu czy głaskaniu zwierząt pokazuje, że zapach stale krąży wokół nas.

 

E.K.: A czy istnieje coś takiego jak zapach lokalności, jakiegoś miejsca, Małopolski, Warszawy, taki, który kojarzy się z danym obszarem i jego kulturą?

 

M.S.: Zapach lokalności jak najbardziej istnieje i jest to coś, co każdy z nas posiada w jakiś sposób na własność, dlatego trudno jest odtworzyć zapachy miast i regionów w tym sensie, że chcielibyśmy stworzyć perfumy, które reprezentują na przykład Kraków. Należałoby przeprowadzić bardzo obszerne badania biorące pod uwagę doświadczenia i przeżycia ludzi w rozmaitym wieku, z różnych grup społecznych, bo każdy  przechowuje swój wewnętrzny, lokalny krajobraz zapachowy: inny ma osiemdziesięciolatek, a inny osiemnastolatka. Ponieważ jadła inne rzeczy, używała odmiennych kosmetyków, prała w inaczej pachnących detergentach, w innych miejscach spędzała wolny czas. Wiele zapachów, które łączymy z dzieciństwem, domem, to puste skojarzenia dla osób z innej części Polski czy z innej części świata, więc poszukiwania zapachu lokalności można prowadzić na wiele różnych sposobów. Można zbadać, jakie zapachy istnieją we wspomnieniach osób, które w danym regionie żyją. To jest jedna perspektywa. Druga podpowie nam, jak pachnie dane miejsce fizycznie: jaką ma roślinność, jakie zbiorniki wodne, jaką wilgotność powietrza, temperaturę – to wszystko będzie się składało na zapach lokalności. Można też spojrzeć na dane miejsce z perspektywy spaceru zapachowego czy mapy zapachowej, czyli prześledzić, jak pachnie to, co mijamy po drodze z punktu A do punktu B. Bardzo ciekawą osobą jest Kate McLean, która robi piękne mapy zapachowe (https://sensorymaps.com/about/) różnych miejsc, np. Nowego Jorku, ale też wielu innych, mniej znanych. I tu możemy mówić o zapachu piekarni, wędzarni ryb, salonu, gdzie strzyże się psy, o tych wszystkich zapachach, które mijamy na przykład w drodze do domu. Można też podejść do zapachu regionu jak do pracy na abstrakcyjnych ideach i zadać sobie pytanie, jacy są poznaniacy albo mieszkańcy Krakowa, jakie mają cechy albo co ich wyróżnia i charakteryzuje. I zastanowić się, w jaki sposób przenieść te cechy na wrażenia węchowe. Jest mnóstwo możliwości. 

 

E.K.: Na przykład dworce pachną jakoś tak swojsko, znane nam dworce…

 

M.S.: O tak, dworce albo stacje metra. Myślę, że gdyby ktoś mnie wysadził na stacji metra w Berlinie o dowolnej porze i z zamkniętymi oczami, to wiedziałabym, gdzie jestem, bo panuje tam bardzo specyficzny zapach. To moje pozytywne skojarzenie, mimo że zapach jest dość brutalny. Te zapachy lokalności to jest wrażliwa sprawa, bo ludzie mają jakieś związane z nimi emocje. I należy zadbać o to, żeby „każdy” mógł się do nich odnieść, wyrazić swoje zdanie. Tutaj zalecam dużą ostrożność, bo łatwo jest o zranienia.

 

E.K.: W jaki sposób kreuje się wizerunek poprzez zapach? U każdego zapach budzi inne skojarzenia, więc stworzenie spójnego wizerunku wydaje się trudne.

 

M.S.: Przeciwnie, to jest bardzo uporządkowane, podobnie jak w świecie barw, tekstur i wzorów. Są konkretne wrażenie zmysłowe, które mogą tworzyć bliskość lub dystans. Czasem powiemy, że ktoś jest słodki i ciepły, a innym razem, że jest chłodny albo nieprzyjazny. Mamy pewne stałe skojarzenia z konkretnymi wrażeniami, świeżość, słodycz, gorycz, szorstkość. Jest to oparte również na naszych doświadczeniach. Ważny jest też kontekst kulturowy. Mamy skojarzenia z wzorami barwami i teksturami ‒ i tak samo jest z zapachami, tylko trzeba je sobie uświadomić. Niektóre zapachy sprawiają wrażenie lekkości, przestrzeni, jasności, ale są i takie, które wnoszą ze sobą ciężkość i szorstkość. I przez pryzmat takich zapachów możemy być postrzegani. Pamiętajmy o tym.

 

E.K.: Nawiążę jeszcze do woni niszowych. Od jakiegoś czasu są modne zapachy typu ulica po deszczu, palona opona, pociąg, metal. W jaki sposób uzyskuje się te zapachy i dlaczego stały się modne? Jak to się dzieje, że one budzą w ludziach takie emocje? 

 

M.S.: Zapachy niszowe to temat szeroki. Nisza, która zaczęła się wyłaniać na początku XXI wieku, to był obszar olbrzymiej kreatywności właśnie wtedy, kiedy zapachy w perfumeriach sieciowych były przewidywalnie tradycyjne, czyli kwiaty i cytrusy dla kobiet, zioła i drzewa dla mężczyzn – i te podziały były wyraźne. A perfumiarstwo niszowe łamało takie stereotypowe podziały na flakony damskie i męskie. Ujednolicając je, zaczęto przekraczać bariery między płciami. Kobiety lubujące się w drzewnych zapachach ucieszyły się, że nie muszą już kupować perfum, które na pudełku mają napis „męskie”. A zapachy żużlu, asfaltu itp. to są raczej zapachy konceptualne. Część z nich jest noszalna, bo mają tylko niuans takiej niszowej woni w kompozycji, i to jest przyjemne dla dużej grupy konsumentów. Są też marki, które tworzą zapachy typowo konceptualne służące wyłącznie podziwianiu, doświadczaniu. Taki zapach jest jak obraz albo muzyka. Ma sprawiać przyjemność, wywoływać emocje. Możemy go doświadczać. Część zapachów bardzo skandalizujących jest robiona w celach wizerunkowych i marketingowych. To są produkty, o których się chętnie pisze albo rozmawia, ale one nie znikają szybko z półek, są np. perfumy personalizowane własnym moczem. To takie wabiki, ale marka się z tego nie utrzyma. Obecnie nisza jest tak zdywersyfikowana, że w pewnym sensie to perfumiarstwo mainstreamowe wlało się do niszy, no i w niszy też już jest mainstream. 

 

E.K.: Co nam daje świadome odczuwanie zapachów, jak to na nas wpływa, czy może nas jakoś zmienić, uwrażliwić?

 

M.S.: Bardzo fajne pytanie. Świadome odczuwanie zapachów może zdziałać wiele różnych dobrych rzeczy. Przede wszystkim sprawia, że świat jest piękniejszy. Nie tylko dlatego, że zauważamy te zapachy wokół siebie. To jest jedno z głównych ćwiczeń, które zadaje ludziom zainteresowanym zapachem, kiedy chcą zgłębiać ten temat. Zalecam im, żeby raz dziennie zatrzymali się na 30 sekund i zastanowili się, co dookoła pachnie i jak pachnie. Tylko tyle i aż tyle. Odkrycie, że coś może być przyjemne i szukanie miłych zapachów wokół. Warto wiedzieć, jakie zapachy nas odstresowują, i mieć je przy sobie. A kiedy jesteśmy zapachowo nadwrażliwi, polecam zwykłą maść mentolową: wystarczy posmarować się nią pod nosem, żeby zablokować wonie, które nam przeszkadzają.

Uważność na zapachy pobudza kreatywność, może na przykład zachęcać do gotowania tylko na węch, bez próbowania. Zapachy dają mnóstwo radości, obserwuję to na warsztatach, kiedy ludziom przypominają się dzięki nim różne rzeczy, miłe wspomnienia, np. takie, że włosy dziewczyny, z którą ktoś tańczył w podstawówce, pachniały szamponem pokrzywowym. Ten zapach to było dla tej osoby pierwsze erotyczne doznanie, mimo że bezdotykowe. Po warsztatach ludzie są odprężeni. Odkrywa się nowy wymiar rzeczywistości. 

 

E.K.: A tak mało się o tym mówi…

 

M.S.: To prawda, ale ja tak dużo już dziś o tym opowiedziałam…

 

 

Rozmowę z Martą Siembab przeprowadziły Mirka Bałazy i Ewelina Korostyńska z Małopolskiego Instytutu Kultury w Krakowie.

Wywiad odbył się przy okazji premiery kolekcji rodziny Sosenków „Zapach luksusu” na portalu Wirtualne Muzea Małopolski.

 

Kraków, 21.03.2019 roku

 

 

„Zapach luksusu” – kolekcja flakonów perfumowych ze zbiorów rodziny Sosenków na portalu Wirtualne Muzea Małopolski

„Słowo »luksus« odnosi nas do światła (od łacińskiego lux), które sprawia, że rzeczy stają się widoczne. A idąc dalej – to za sprawą flakonu ulotne perfumy stają się widoczne, uzyskują swoją przedmiotową reprezentację” (Maciej Topolski, Antropologia zapachu).

Delikatne i smukłe, obłe lub kubiczne, minimalistyczne i bogato zdobione – flakony perfumowe z kolekcji rodziny Sosenków – uwodzą zmysły, przyciągają wzrok i rozbudzają wyobraźnię. Jak pachniały substancje, kadzidła i mieszanki suszonych kwiatów przechowywane w tych naczyniach? Kto ich używał? W jaki sposób komponowano perfumy? Dlaczego niektóre zapachy nas zniewalają, a inne odrzucają?

„Zmysły pozostają wciąż nieznanym terytorium, kolonizowanym powoli przez neurologów, kognitywistów, antropologów i historyków. Ci nasi codzienni towarzysze do dziś skrywają wiele tajemnic, choć »sensologia« ma długą tradycję, która zrodziła się w starożytnych cywilizacjach Indii i Chin. (…) Wiek XX przyniósł niepowstrzymaną stymulację wszelkich zmysłów, zniewalając człowieka hałasem miasta, magmą obrazów, postindustrialną kulturą wolnego czasu w znacznej mierze skoncentrowaną na dostarczaniu ciału zmysłowych bodźców; wiek XX i XXI skonfrontował jednostkę z wirtualnymi światami, potęgując zarówno konfuzję w sprawie zmysłów, jak i fascynację tym tematem” (Roma Sendyka, Antropologia Zmysłów, „Autoportret” 3 (35), 2011, s. 20).

Węch jest podobno pierwszym zmysłem, jaki rozwija się w naszym mózgu. Już w okresie prenatalnym zaczynamy przetwarzać emocjonalne reakcje na aromaty. Receptory węchowe są wyjątkowym miejscem najbliższego kontaktu układu nerwowego ze światem zewnętrznym. Kiedy wyczuwamy konkretny zapach, to nieświadomie łączymy go z częścią naszej pamięci. Zapach jest bodźcem, który umożliwia przywoływanie najróżniejszych wspomnień. Ten zindywidualizowany zapis powoduje, że woń wywołuje zupełnie inną reakcję w każdym z nas. Badania nad olfaktoryką (nauką o zapachach) pokazały, że człowiek przetwarza bodźce zapachowe inaczej niż pozostałe zmysłowe wrażenia, a wrażliwość na zapachy nie jest cechą stałą i niezmienną.

Już w starożytności ludzie przywiązywali wagę do zapachu i chcieli pachnieć. Pochodzenie perfum przypisuje się Egipcjanom, którzy wykorzystywali substancje zapachowe w ceremoniach religijnych, przygotowaniach pogrzebowych oraz w życiu codziennym. Archeolodzy odkryli wyjątkowo dobrze zachowany flakon z perfumami pochodzący ze starożytnego Egiptu i należący do królowej Hatszepsut, zmarłej około 1457 roku p.n.e. Persowie przyjęli stosowanie perfum jako znak statusu społecznego, a Grecy i Rzymianie zaczęli postrzegać tworzenie perfum jako sztukę i produkować je w dużych ilościach. W XVIII wieku towarem luksusowym była woda kolońska, której zapach przypominał „wiosenny poranek we Włoszech, żonkile i kwiaty pomarańczy po deszczu” (wypowiedź Johanna Marii Fariny – twórcy wody kolońskiej). Tylko Napoleon mógł sobie pozwolić na aplikowanie jednej butelki dziennie tych drogich perfum. Współcześnie poszukujemy dla siebie dobrze dobranego i oryginalnego zapachu.

Po ulotnych zapachach z minionych epok pozostały flakoniki, butelki – materialne świadectwo.

Flakon marki Chanel projektu Lou Doufmana, Fundacja Zbiorów Rodziny Sosenków, domena publiczna

Kolekcja rodziny Sosenków jest efektem rodzinnej pasji kolekcjonowania przedmiotów „z historią”. Ideą stworzenia zbiorów zatytułowanych Zapach luksusu było zaprezentowanie dziejów flakonu perfumowego jako dzieła sztuki, od prehistorii do czasów współczesnych. Autorką tej koncepcji jest Katarzyna Sosenko – historyczka sztuki, antykwariuszka oraz kuratorka. Kolekcja przez nią stworzona ma charakter unikatowy. Różnorodność eksponatów pozwala na interpretowanie ich na wielu płaszczyznach: artystycznej, historycznej, kulturowej, a także obyczajowej. Digitalizacja zbiorów rodziny Sosenków – 113 naczyń na perfumy ilustrujących historię zapachu – to możliwość spotkania z pierwszą na portalu kolekcją prywatną. Kruche przedmioty, otoczone aurą wieczności, są świadectwem o przemijających epokach i ludziach w nich żyjących. Flakony perfumowe są także źródłem wiedzy na temat dawnego wzornictwa. Forma naczyń oraz indywidualna ornamentyka pozwalają określić ówczesne preferencje estetyczne. W kolekcji znajduje się wiele flakonów projektowanych przez wybitnych artystów, a także opakowania prezentujące rozwój grafiki użytkowej i sztuki reklamy. Na szczególną uwagę zasługują projekty Renégo Lalique’a – artysty zatrudnionego przez Francois Coty’ego i Lou Doufmana – twórcy projektu flakonu na najsłynniejsze perfumy na świecie: Chanel Nr 5, których forma od czasu powstania w 1921 roku do dziś nie uległa zmianie. Doskonałym przykładem wyszukanych projektów jest także Firma Roger & Gallet, która otrzymała Grand Prix na Wystawie Światowej w Paryżu w 1900 roku za luksusowy futerał z czerwonego, satynowego jedwabiu. Swoją formą zachwyca modernistyczny flakon o kubicznej bryle zaprojektowany przez duet Louisa Süego i Andrégo Marego. Ich projekty, inspirowane kubizmem, zafascynowały ówczesny Salon Paryski i pozostają aktualne współcześnie.

Zmysłowa Kolekcja luksusu, na co dzień niedostępna dla szerokiej publiczności, zostanie opublikowana na portalu Wirtualne Muzea Małopolski wraz z pierwszym dniem wiosny – 21 marca 2019 roku. Wydarzeniem towarzyszącym publikacji będą warsztaty senselierskie, spotkanie o kolekcjonowaniu i zajęcia dla dzieci. Zapraszamy!

 

Opracowanie: Mirka Bałazy (Redakcja WMM),
Licencja Creative Commons

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

 

Dawny Kraków w oczach Stachowiczów

Dwaj malarze, ojciec i syn, dwa oblicza twórcze, różne rzeczywistości historyczne i jedno miasto, czyli jak wyglądał Kraków na przełomie XVIII i XIX wieku.                           

 Michał Stachowicz, Przysięga Kościuszki na Rynku Krakowskim, gwasz, 1804, 
źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna

Ojciec, Michał Stachowicz (1768–1825) był ambitnym i aspirującym do miana profesora malarzem cechowym, który przez całe swoje życie mieszkał i pracował w Krakowie, prawie nie opuszczając tego miasta. Świetny obserwator codzienności i jej dokumentalista, którego twórczość wpisywała się w rodzące się wówczas zainteresowanie miastem – jego przeszłością, zabytkami i pamiątkami, związanymi z ówczesną sytuacją polityczno-społeczną. Fragmenty zabudowy Krakowa z przełomu wieków możemy znaleźć na jego dziełach o tematyce historycznej, takich jak Przysięga Kościuszki na Rynku KrakowskimWjazd księcia Józefa Poniatowskiego do Krakowa, gdzie tytułowe sceny odbywają się na tle architektury miasta, często już niezachowanej (Rynek Główny z ratuszem, sukiennice z kramami bogatymi czy budynek wielkiej wagi). Stachowicz z zapałem studiował pejzaż miejski Krakowa i z dokładnością odtwarzał go na swych obrazach wykonując przy tym wiele szkiców i rysunków, z których korzystał następnie jego syn – Teodor Baltazar Stachowicz (zob. Widok Ratusza od północy T.B. Stachowicza, ratusz rozebrano w 1820 roku, natomiast obraz powstał dwadzieścia lat później). Jakkolwiek zabudowa Krakowa nie stanowiła u Michała tematu samego w sobie, a tylko tło wydarzeń, które miały miejsce w mieście, inaczej niż w twórczość jego syna.

Teodor Baltazar Stachowicz (1800–1873) reprezentował inną niż jego ojciec formację artystyczną. Wyzwolony spod obostrzeń cechowych, swoje pierwsze kroki w sztuce malarskiej stawiał pod okiem ojca, następnie zaś pełną edukację artystyczną odbył już w krakowskiej Szkole Rysunku i Malarstwa (utworzona w 1818 roku). Jakkolwiek nie rozwinął się jako indywidualność twórcza, wiele z jego prac bazowało na wcześniejszych rozwiązaniach, przede wszystkim odwoływał się do dzieł Michała, zwłaszcza w zakresie interesujących nas widoków Krakowa. 

Teodor Baltazar Stachowicz, Pożar Krakowa, plac Dominikański, lipiec 1850
źródło: Wikimedia Commons, domena publiczna

Teodor Baltazar był mniej wprawnym malarzem niż jego ojciec, jednak z równą mu pasją dokumentował życie i oblicze miasta. Krajobrazy miejskie Teodora Baltazara stanowią niezwykle bogaty materiał ikonograficzny do wyglądu Krakowa jeszcze sprzed Wielkiego Pożaru w 1850 roku oraz sprzed rozbiórki dawnych budynków miejskich i kościelnych oraz murów obronnych, która miała miejsce na przestrzeni XIX wieku (zob. Widok Bramy Mikołajskiej). Niezwykle cennymi są dzieła przedstawiające budynki czy wnętrza kościołów sprzed Wielkiego Pożaru, przykładowo obrazy ilustrujące wygląd kościoła Dominikanów zanim żywioł strawił doszczętnie jego wyposażenie, dach i wieżę. Malarz odtworzył również sam moment pożogi w obrazach Pożar Krakowa, plac Dominikański, lipiec 1850 czy Pożar kościoła oo. Dominikanów w Krakowie 18 lipca 1850 roku oraz inne wydarzenia z życia miasta, jak chociażby Sypanie kopca Kościuszki w Krakowie czy też jego codzienność (Targ zboża na Kleparzu). Malarz utrwalił we fragmentach nieistniejące już oblicze miasta, przykładowo kościół Wszystkich Świętych (rozebrany w latach 1835–1838) czy kościoły Świętego Krzyża i św. Walentego (licytacja i rozbiórka w 1818 roku).

Obrazy przedstawiające widok architektury, czyli miasta lub jego fragment, często ze sztafażem (niewielkie sceny rodzajowe wpisane w krajobraz i pejzaż miejski) nazywamy wedutami. Gatunek ten jako samodzielny wyodrębnił się już w XVII wieku w Holandii, rozkwit przeżywając w XVIII wieku, natomiast w interesującym nas przełomie XVIII i XIX wieku rozpowszechnił się już w całej Europie.

Przykład Warszawy uświadomi nam z jaką szczegółowością malowano weduty. Otóż widoki tego miasta w wykonaniu Bernardo Belotto (Canaletto) i Marcina Zaleskiego posłużyły do rekonstrukcji dawnej zabudowy Warszawy po zniszczeniach II wojny światowej. Podobnie dzieła Stachowiczów stanowią niezwykle cenne źródło dla ikonografii historycznej zabudowy Krakowa, która w dużej mierze nie dotrwała do naszych czasów, jak również można je traktować, jako kronikę życia miasta z końca XVIII i początku XIX wieku.

Opracowanie: Paulina Kluz (Redakcja WMM),
Licencja Creative Commons

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

Bibliografia:
Zbigniew Michalczyk, Michał Stachowicz (17681825): krakowski malarz między barokiem a romantyzmem, t. 1-2, Warszawa 2011.

Wyświetlanie 1 - 5 z 8 rezultatów.
Pozycji na stronę 5
z 2