Blog

Opowiadając o Tatrach i Podhalu – 130 lat Muzeum Tatrzańskiego

 


„Muzeum Tatrzańskie im. dra Tytusa Chałubińskiego, Zakopane, Krupówki 10 […] to jedyna instytucja, jaką kochałem[1].
Antoni Kroh
etnograf, pisarz, tłumacz

Muzeum Tatrzańskie świętuje 130 lat istnienia.  Przed tą rocznicą zdecydowało się podjąć nowe projekty digitalizacyjne, poszukać pomysłów na wyciągnięcie eksponatów z magazynów, ma sporo planów na przyszłość. W ten sposób znalazło receptę, jak młodnieć w miarę upływu lat.

Kulminacją obchodów jubileuszu były Tatrzańskie Musealia, podczas których w miniony weekend odbywały się spacery tematyczne, spotkania, warsztaty edukacyjne w kilku muzealnych filiach. W Galerii Sztuki XX wieku w willi Oksza (filii MT) otwarto wystawę 21 tatrzańskich pejzaży Wojciecha Weissa – 15 z nich muzeum zakupiło niedawno od wnuczki artysty.

– Do Okszy zapraszam też na bardzo ciekawą przekrojową wystawę prac Antoniego Rząsy … I pozostała mi ta rzeźba, otwartą w setną rocznicę urodzin artysty – zachęca Anna Wende-Surmiak, dyrektorka Muzeum Tatrzańskiego. –  Wyeksponowaliśmy tam rzeźby z różnych okresów życia Rząsy: zainspirowane życiem w wielokulturowej podkarpackiej wsi, z której pochodził, dokumentujące początki jego przygód ze szkołą Kenara, a potem apogeum twórczości dojrzałego artysty. I to nie koniec jubileuszowych atrakcji i wydarzeń, bo jesienią planujemy wydać biografię muzeum przygotowaną wspólnie z Towarzystwem Muzeum Tatrzańskiego, a w przyszłym roku rękopisy Tytusa Chałubińskiego.

 

Czarny Staw, Górskie zbocze oświetlone zachodzącym słońcem, Pejzaż tatrzański Wojciecha Weissa, olej na papierze.
Muzeum Tatrzańskie im. Dra Tytusa Chałubińskiego, wszelkie prawa zastrzeżone

 

Od jednej izby do regionalnego muzeum

Bez inicjatywy przyjaciół Chałubińskiego, skupionych przed laty w tym Towarzystwie, nie doszłoby do otwarcia małego społecznego muzeum, które dziś jest jednym z najstarszych muzeów regionalnych w kraju i pomysłowo radzi sobie z brakiem przestrzeni wystawienniczej. Towarzystwo Muzeum Tatrzańskiego założył warszawski przemysłowiec i chemik Adolf Scholtze. Wspierali go przyrodnicy i lekarze związani z warszawską Szkołą Główną, przyjaciele i uczniowie Tytusa Chałubińskiego, zakopiańscy lekarze, etnografowie, kuracjusze. Wzorowali się na Muzeum Karpackim w Popradzie i od samego początku mieli  jasno sprecyzowany cel: otworzyć muzeum gromadzące zbiory przyrodnicze i etnograficzne z Podhala. W 1888 roku w Zakopanem członkowie Towarzystwa uchwalili statut i wybrali zarząd: Edward Raczyński – przewodniczący, Władysław Florkiewicz – zastępca, Adolf Scholtze – skarbnik, Andrzej Chramiec i Bronisław Dembowski.  W maju następnego roku CK Namiestnictwo we Lwowie zatwierdziło statut Towarzystwa Muzeum Tatrzańskiego, do którego należało wtedy 48 osób. Nie było więc już żadnych formalnych przeszkód, by muzeum mogło działać.

Otwarto je 1 lipca 1889 roku w domu Jana Krzeptowskiego przy Krupówkach (obecnie rejon Krupówek 19, dom już nie istnieje), było jedną z atrakcji sezonu w młodej – mającej zaledwie cztery lata – stacji klimatycznej Zakopane. Jako pierwszy odwiedzający wpisał się do księgi wizyt Tytus Chałubiński. Ponoć był zaskoczony, że został patronem muzeum. Muzealną wystawę wyeksponowano w jednym pokoju. Przeważały w niej zbiory przyrodnicze – okazy tatrzańskich ptaków i ssaków, zakupione od leśniczego i preparatora, Antoniego Kocyana. Był także zielnik tatrzańskich mchów i roślin naczyniowych oraz kolekcja minerałów – dar Tytusa Chałubińskiego. Drugi z ówczesnych muzealnych działów – etnograficzny – powstał dzięki wsparciu Stanisława Drohojowskiego. Podarował on nowemu muzeum zbiór strojów i sprzętów gospodarskich z okolic należącego doń Czorsztyna.
Placówka w Zakopanem, która z czasem zajęła cały czteroizbowy dom, była czynna tylko w sezonie letnim, a funkcję kustosza pełnił sekretarz Komisji Klimatycznej, Władysław Roszek.

Po upływie trzech lat muzeum mogło się już przenieść do własnej siedziby. Dawni znajomi zmarłego w listopadzie 1889 roku Chałubińskiego mogli liczyć tym razem na wspaniałomyślność jego rodziny – teren pod budowę nowego budynku podarowały dzieci Chałubińskiego, Jadwiga i Tadeusz.

Pierwszy gmach muzeum wzniesiony przez TMT. Źródło: Polona

 

Budowa gmachu zaprojektowanego przez Piusa Dziekońskiego nadwątliła jednak finanse i entuzjazm Towarzystwa. Dopiero po 1900 roku zakopiańscy muzealnicy zaczęli poważnie poszerzać zbiory  i gromadzić je w następujących działach: „ a) Zoologiczny, botaniczny, mineralny, geologiczny. b) Etnograficzny. c) Archeologiczny. d) Książek, wydawnictw, druków, map, fotografii, rysunków dotyczących Tatr, Podhala, wogóle etnografii, zabytków sztuki ludowej, dawnej, jak i przystosowań współczesnych, zmierzających do jej wszechstronnego rozwoju”[2].

Postanowili też poszukać pieniędzy na budowę nowego, większego, murowanego budynku. Szczególnie ofiarni okazali się prezes Towarzystwa w latach 1902–1906, Zygmunt Gnatowski, właściciel słynnej willi Koliba zbudowanej w stylu zakopiańskim oraz lekarskie małżeństwo Bronisławy  i Kazimierza Dłuskich (prezes TMT w latach 1912–1920), prowadzących sanatorium w Kościelisku. Finansowo projekt budowy muzeum wsparła ponoć siostra Bronisławy, Maria Skłodowska-Curie. Fundusze przekazał również hrabia Władysław Zamoyski, właściciel Kuźnic i członek Towarzystwa.

Gmach główny Muzeum Tatrzańskiego w okresie międzywojennym. Źródło: Polona

 

Grand Hotel Muzeum Tatrzańskie

Bryła nowego muzeum nawiązywała do projektów Witkiewicza – inspirował się nimi architekt Franciszek Mączyński. Prace nad budową dzisiejszego głównego gmachu Muzeum Tatrzańskiego przerwała pierwsza wojna światowa. Ostatecznie otwarto go w 1922 roku, gdy dyrektorem i kustoszem działu etnograficznego był już pasjonat kultury Podhala, językoznawca, nauczyciel gimnazjum w Nowym Targu, Juliusz Zborowski, zwany Samuelem. Był najdłużej – aż do śmierci w roku 1965 – dyrektorem tej placówki, która w czasach jego urzędowania zmieniła właścicieli, rozwinęła się. Jako muzealnik Zborowski nawiązywał do badań etnograficznych, które z początkiem stulecia prowadził na Podhalu, Spiszu i Orawie Bronisław Piłsudski. To właśnie namówiony przez niego dyrektor zaczął systematyczne nagrywanie ludowej muzyki za pomocą fonografu, którego zakup spłacał potem latami. W 2015 roku te utwory wydano na płycie CD, a w samym muzeum przechowywane są do dziś wałki z muzyką – 46 z 50 zostało zdigitalizowanych.

W tym samym roku, w marcu, kilka miesięcy przed oficjalnym otwarciem, muzeum zyskało jedną z najcenniejszych swoich kolekcji. Blisko czterysta eksponatów przekazała w testamencie Maria Dembowska, kolekcjonerka, etnografka z zamiłowania, odkrywczyni ludowej sztuki podhalańskiej. Wraz z łyżnikami, elementami strojów, obrazami na szkle do muzeum trafiły przedmioty użytkowe w stylu zakopiańskim – taki jak ten wykonany u schyłku XIX stulecia serwis kawowy. Placówka stopniowo, przez lata zyskała także kolekcje dawnych członków Sekcji Ludoznawczej TT, w której niegdyś aktywny był Piłsudski, pasjonatów Podhala,  gromadziła dary, w miarę możliwości kupowała eksponaty.

Eksponaty przekazane przez Marię Dębowską: serwis kawowy projektu Stanisława Witkiewicza, kapliczka ze sceną Naigrywania z Chrystusa.
Muzeum Tatrzańskie im. Dra Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem. Digitalizacja RPD MIK, projekt Wirtualne Muzea Małopolski, domena publiczna


W międzywojennym Zakopanem działo się wiele. O każdej porze roku ściągali tu turyści, kwitło życie towarzyskie, kulturalne. Powstawały instytucje, sekcje, stowarzyszenia, towarzystwa, a wśród nich także te mające na celu ochronę przyrody, propagowanie sportu, popularyzację sztuki. Juliusz Zborowski współpracował z Polskim Towarzystwem Tatrzańskim, Sekcją Ochrony Tatr, Państwową Radą Ochrony Przyrody, konserwatorem zabytków. Przy muzeum działało zakopiańskie obserwatorium meteorologiczne i alpinarium (obecnie to najmniejszy ogród botaniczny w Polsce, znajduje się pod pieczą PAN). Zborowski, bibliofil z zamiłowania, zaczął też powiększać muzealną bibliotekę. Dziś liczy ona ponad 30 tysięcy wydawnictw, 3 336 jednostek archiwalnych, około 7 tysięcy grafik, wydawnictw kartograficznych, dokumentacji technicznej, muzykaliów.  W latach 20. i 30. muzeum było też specyficznym domem pracy twórczej i naukowej. W bardziej niż skromnych pokojach na strychu, zwanych Grand Hotel Muzeum Tatrzańskie, pomieszkiwali badacze i naukowcy, humaniści, przyrodnicy, artyści zajęci swoją pracą i życiem towarzyskim jednocześnie.

Obecnie o Zborowskim, jego pomyśle na muzeum i niepowtarzalnej atmosferze, jaką stworzył, przypomina niewielka ekspozycja Schronisko dla wiedzy o Tatrach i Podhalu, którą można obejrzeć w gmachu głównym. To raczej zaproszenie, przyczynek do wystawy, instalacja przywołująca na myśl muzealny katalog. Złożyły się na nią przedmioty, które zostały przekazane do muzeum za czasów Juliusza Zborowskiego – od okazów przyrodniczych po eksponaty etnograficzne.

Schronisko dla wiedzy o Tatrach i Podhalu, fragment ekspozycji, for. Klaudia Kot.
Muzeum Tatrzańskie im. Dra Tytusa Chałubińskiego

 

W stronę regionalizmu

W 1950 roku muzeum, które drugą wojnę światową przetrwało bez dużych strat, choć też bez wsparcia, zostało upaństwowione. Towarzystwo Muzeum Tatrzańskiego przestało istnieć – reaktywowało się dopiero w latach 90. Zmiana właściciela poskutkowała ustabilizowaniem się sytuacji finansowej placówki i utworzeniem kolejnych działów oraz – w końcu – pracowni konserwatorskiej. Instytucja z czasem przekształciła się w muzeum regionalne z prawdziwego zdarzenia.

W kolejnych latach zyskało ono nowe filie (najstarsza to Muzeum Kornela Makuszyńskiego w dawnym mieszkaniu pisarza), eksponaty zostały zgrupowane w powiększających się działach przyrodniczym, sztuki, etnograficznym oraz archiwum i bibliotece, miało też swoich stałych gości i niezapomnianych pracowników. Z Muzeum Tatrzańskim w tym czasie związani byli ludzie, którzy pod Tatry trafiali w poszukiwaniu pomysłu na życie, z miłości do gór, albo wracali do domu: Antoni Kroh, Michał Jagiełło, Janina Gluzińska-Makuszyńska, Wanda Jostowa, Helena Roj-Kozłowska, Anna Micińska, Władysław Hasior, Halina Kenarowa.

Styl zakopiański współcześnie

W 1993 roku w liczącej sobie już sto lat Witkiewiczowskiej Kolibie, dawnym domu Zygmunta Gnatowskiego, pacjenta Chałubińskiego, przewodniczącego Towarzystwa  Muzeum Tatrzańskiego, zapalonego kolekcjonera i etnografa amatora, otwarto Muzeum Stylu Zakopiańskiego. Niegdyś to sam Gnatowski projektował zakopiańskie wnętrza swojej willi, meble i kafle do pieców, teraz ustawiano tu eksponaty wyciągnięte z muzealnych magazynów. Przez ponad 20 lat można było w Kolibie oglądać wystawę mebli i przedmiotów w stylu zakopiańskim projektu Stanisława Witkiewicza, Wojciecha Brzegi, Stanisława Barabasza. Obecnie Koliba przechodzi generalny remont, zwiedzającym pozostaje więc wirtualny spacer po wnętrzach dostępny na stronie muzeum.

– Ale jesienią powinniśmy ten remont zakończyć – mówi Anna Wende-Surmiak. – Planujemy przywrócić dotychczasową ekspozycję, którą kiedyś specjalnie na potrzeby tego budynku z takim wyczuciem zaaranżował Władysław Hasior. Przygotowaliśmy też dwie nowe wystawy stałe: pierwszą, biograficzną, poświęconą Stanisławowi Witkiewiczowi, drugą, ukazującą styl zakopiański jako kierunek zainspirowany popularnym na przełomie wieku prądem arts and crafts, nawiązującym do jego założeń.

Eksponaty z Muzeum Stylu Zakopiańskiego w willi Koliba: biurko i krzesło projektu Wojciecha Brzegi oraz model willi Pod Jedlami.
Muzeum Tatrzańskie im. Dra Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem. Digitalizacja: RPD MIK, projekt Wirtualne Muzea Małopolski, domena publiczna

 

Pokazać jak najwięcej eksponatów

To niejedyny jubileuszowy remont. Trwają prace w Zagrodzie Sołtysów w Jurgowie, Zagrodzie Korkoszów w Czarnej Górze, Galerii Kulczyckich na Kozińcu. Biurowym zapleczem muzeum na jakiś czas ma być odnowiona chałupa Gąsieniców Sobczaków przy Drodze do Rojów. Zimą 2020 roku rozpocznie się remont gmachu głównego, który zostanie dostosowany do potrzeb niepełnosprawnych i zyska kawiarnię. Zreorganizowane będą też wieloletnie stałe wystawy. Ich unowocześnienie nie oznacza, że znikną eksponaty.

– Na pewno nie zamienimy ich na multimedia, eksponat jest jednak dla nas bardzo ważny – zapewnia Anna Wende-Surmiak. – Tym bardziej że nie możemy narzekać na ich brak. Tak naprawdę to większość naszych muzealnych kolekcji wciąż znajduje się w magazynach, chociaż staramy się jak najwięcej i jak najczęściej udostępniać te przedmioty na wystawach czasowych, zarówno w Zakopanem, w Polsce, jak i za granicą. Największymi naszymi wystawami w ciągu ostatnich lat były: „Anioł i Syn. 30 lat dialogu Stanisława i Stanisława Ignacego Witkiewiczów”,  „Bronisław Piłsudski. Niezwykły brat Marszałka” (obie zostały zaprezentowane w Zakopanem oraz na Litwie), „Nineczka i Witkacy – Zginiemy marnie oboje bez siebie. Jadwiga z Unrugów i Stanisław Ignacy Witkiewiczowie” oraz „Chudobno mie mama miała… Dzieciństwo pod Tatrami”.

Wydobywane z muzealnych magazynów eksponaty mogą być także inspiracją dla projektantów i artystów, którzy w poszukiwaniu regionalnych wzorów coraz częściej odwiedzali muzealne archiwum, czytelnię i wystawy.  W miniony weekend Muzeum Tatrzańskie ogłosiło właśnie konkurs na najlepszą pamiątkę z Zakopanego. Jak zdradza dyrektorka, muzealnicy liczą, że dzięki konkursowi uda się zaproponować przyjeżdżającym pod Tatry przedmioty zupełnie inne niż dostępne wszędzie chińskie gadżety.

Cyfrowe archiwa i 150 tysięcy zdjęć

Innym sposobem na pokazanie muzealnych eksponatów okazała się ich digitalizacja. W ramach dwóch projektów digitalizacyjnych na naszym portalu można już oglądać  35 unikatowych eksponatów Muzeum Tatrzańskiego, a ponad 50 kolejnych będzie dostępnych w przyszłym roku. Od 30 kwietnia działa też muzeumtatrzanskie.pl/portal/, dzięki któremu można przejrzeć  ponad dwa tysiące archiwalnych fotografii podhalańskich i tatrzańskich m.in. Józefa Oppenheima, Borysa Wigilewa, najstarsze przewodniki po Tatrach, m.in. Eugeniusza Janoty i Walerego Eljasza-Radzikowskiego, mapy, slajdy Władysława Hasiora, obrazy i grafiki z działu sztuki – m.in. Witkacego, Leona Chwistka, Stanisława Gałka, Leona Wyczółkowskiego. A pod koniec roku fascynaci tatrzańskich historii uzyskają dostęp do internetowego Archiwum Tatr i Podhala, które placówka przygotowuje we współpracy z Tatrzańskim Parkiem Narodowym. Będzie więc można przejrzeć zakopiańską listę gości z lat 1888–1903 i prasę („Echo Tatrzańskie”, „Głos Zakopiański”, „Przegląd Zakopiański”) oraz ponad tysiąc fotografii autorstwa Władysława Wernera i Henryka Witolda Paryskiego, z wypraw i życia taterników od lat 20. do 50. XX wieku.

– To projekty, które, podobnie jak remonty, zrealizowaliśmy dzięki wparciu unijnemu, ministerialnemu czy urzędu marszałkowskiego i mam nadzieję, że uda się je kontynuować w kolejnych latach – przyznaje Anna Wende-Surmiak. – Bo w naszym archiwum mamy 150 tysięcy fotografii, w tym wiele coraz pilniej wymagających konserwacji szklanych negatywów. Co więcej, te zbiory, jak i pozostałe, stale się powiększają. Trochę kupujemy, dostajemy też dużo darów. Ludzie powierzają nam nieraz całe kolekcje zdjęć, przekonani, że będziemy potrafili je wyeksponować, rozpowszechnić, że przydadzą się innym. Dlatego też robimy tak dużo wystaw plenerowych, nie tylko w Zakopanem.

Zdigitalizowane eksponaty: Wiosna w górach Rafała Malczewskiego, spinka do koszuli męskiej podhalańskiej, Portret Neny Stachurskiej  S.I. Witkiewicza.
Muzeum Tatrzańskie im. Dra Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem. Digitalizacja RPD MIK, projekt Wirtualne Muzea Małopolski, domena publiczna

 

Najnowszą, poświęconą historii Muzeum Tatrzańskiego, można obejrzeć przed wejściem do gmachu przy Krupówkach. Eksponaty ze zbiorów Muzeum Tatrzańskiego wypożyczono teraz na wystawę prac Władysława Hasiora w Gliwicach. Pokazywane są również za granicą, głównie na wystawach współorganizowanych przez placówki należące do Międzynarodowego Związku Muzeów Górskich, International Mountain Museums Alliance, do którego, oprócz Muzeum Tatrzańskiego, należą muzea z Francji, Hiszpanii, Włoch i Kanady.

– Działamy tam aktywnie, mamy za sobą trochę wystaw. Pokazywaliśmy naszą wielką wystawę Tatry. Czas odkrywców np. w Turynie. Najpierw byliśmy małym społecznym muzeum, prowadzonym przez Towarzystwo Muzeum Tatrzańskiego, potem staliśmy się wzorcowym muzeum regionalnym, a teraz placówką aktywną także poza granicami Polski – mówi Anna Wende-Surmiak.

Wymiana doświadczeń z innymi muzeami górskimi pokazuje też, czego brakuje zakopiańskiej placówce. Od wielu lat mówi się o konieczności utworzenia oddziału poświęconemu taternictwu, narciarstwu, sportom pod Tatrami. Pojawiają się pomysły, gdzie taki oddział mógłby powstać, o wykorzystaniu przestrzeni wystawienniczej muzealnicy rozmawiali także podczas warsztatów zorganizowanych wspólnie ze studentami i pracownikami Politechniki Krakowskiej.

– Jest szansa, że taki oddział w końcu powstanie. Poza tym mamy dużo jeszcze innych planów na przyszłość: wystawy, poszerzanie kolekcji, przygotowywanie wydawnictw, przekazywanie informacji za pośrednictwem internetu – wylicza Anna Wende-Surmiak. – Większość pomysłów pochodzi od samych pracowników muzeum, które dzięki nim rozwija się, zmienia, nawet młodnieje. Zresztą pracuje tu coraz więcej młodych, energicznych i zaangażowanych ludzi, z którymi starsi muzealnicy dzielą się swoją wiedzą, doświadczeniem, zarażają ich pasją.

Najwyraźniej to dobre połączenie, dzięki któremu, po 130 latach, wciąż jeszcze można opowiedzieć dużo nowego o Tatrach i Podhalu.

Opracowanie: Marta Dvořák (Redakcja WMM), Licencja Creative Commons

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

Literatura

Antropologia, pamięć historia. Wokół projektu Zakopiańczycy. W poszukiwaniu tożsamości, „Konteksty” nr 1, 2013 .
Tatry. Czas odkrywców, Zakopane 2009.
T. Chałubiński, Sześć dni w Tatrach, Kraków 1988.
J. Zborowski, Pisma podhalańskie, t. 1–2, Kraków 1972.


[1] A. Kroh, Muzeum Tatrzańskie – moja pierwsza i ostatnia miłość, [w:] „Konteksty”, nr 1, 2013, s. 51.

[2] Statut Towarzystwa Muzeum im. Dra. Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem, Kraków 1911, s. 3–4, https://polona.pl/item/statut-towarzystwa-muzeum-im-dra-tytusa-chalubinskiego-w-zakopanem,NzE4MDcxMjE/#info:metadata [dostęp z 17.07.2019].

Średniowieczna miłość cudzołożna



Skrzyneczka z kości słoniowej ze skarbca krakowskiej katedry należy do grupy zabytków wykonanych w Paryżu w 2. ćwierci XIV wieku – zabytki te dekorowane są scenami ze średniowiecznych romansów (zob. tekst Średniowieczne kobiety fatalne). Zestawienia poszczególnych epizodów uzupełniają się na zasadzie przeciwieństw: na przykład opowieści o miłości czystej zostały skontrastowane z legendami o cudzołóstwie. Szkopuł jednak w tym, że wiele średniowiecznych romansów jest tak skonstruowanych, że zamiast potępiać grzesznych kochanków, kibicujemy ich niemoralnemu związkowi.

Tristan i Izolda

Legenda o Tristanie była bardzo popularna w średniowieczu: zachowało się kilka wersji opowieści, a zapewne krążyło ich więcej. Najstarsze teksty stanowiące podstawową opowieść są datowane na drugą połowę XII wieku, zaś późniejszy, trzynastowieczny Tristan prozą szerzej opisywał przygody bohatera, osadzając go zresztą wśród arturiańskich rycerzy Okrągłego Stołu. Scena w ogrodzie, występująca na skrzyneczkach z kości słoniowej, nie ilustruje wiernie opowieści zachowanych w przekazach tekstowych.

Tzw. skrzyneczka królowej Jadwigi – detal (krótszy bok lewy: fragment z Tristanem i Izoldą),
2. ćw. XIV w., Paryż, Skarbiec Katedry na Wawelu (Muzeum Katedralne w Krakowie),
digitalizacja: RPD MIK, domena publiczna


Przedstawienia Tristana i Izoldy przy drzewie chyba nieprzypadkowo mogą się wizualnie kojarzyć z przedstawieniami Adama i Ewy w momencie popełnienia przez nich grzechu pierworodnego. Oto kochankowie spotkali się w ogrodzie, w odosobnieniu – śledził ich jednak mąż Izoldy, król Marek, który ukrył się na drzewie, aby podsłuchać ich rozmowę i dowiedzieć się, czy był zdradzany. Na szczęście los sprzyjał kochankom i zorientowali się oni, że są śledzeni. Scenka wyrzeźbiona w skrzyneczkach z kości słoniowej zawiera dwa przedstawienia głowy króla Marka: jedna widoczna jest na drzewie, a druga pod stopami Tristana i Izoldy. Owa druga głowa to tak naprawdę odbicie: twarz Marka, którą kochankowie ujrzeli w przepływającym pod drzewem strumyku. Oczywiście w tej sytuacji Tristan i Izolda – udając, że nie wiedzą o obecności króla – przeprowadzili niewinną rozmowę, w wyniku czego mąż Izoldy uznał, że plotki o ich romansie są jedynie pomówieniem.

Izolda trzyma w dłoniach małego pieska, symbol wierności (ale przecież nie jest to wierność małżeńska!). Tristan ma w dłoni sokoła, czyli bardzo popularny atrybut w przypadku przedstawień średniowiecznych kochanków.

Skrzyneczka z kości słoniowej – detal (lewy bok, fragment z Tristanem i Izoldą), Paryż, ok. 1310–30,
The Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku, 17.190.173a, b; 1988.16

Oznaki dziewictwa

Cudzołożna miłość Tristana i Izoldy miała być usprawiedliwiona przez fakt, że para ta niechcący wypiła miłosny napój – z tego powodu Izolda zakochała się nie w swoim przyszłym mężu, królu Marku, lecz w jego siostrzeńcu Tristanie, który eskortował ją do narzeczonego. Kochankowie skonsumowali swój związek, przez co Izolda miała problem ze swoją nocą poślubną: zależało jej na tym, aby król Marek sądził, że poślubił dziewicę. Ostatecznie honor Izoldy uratowała jej służka Brangien, która w czasie nocy poślubnej zastąpiła Izoldę w łożu króla Marka. W rzeczywistości jednak mało która średniowieczna dama miała służkę gotową oddać własne dziewictwo w imieniu swojej pani… a problem Izoldy najwyraźniej nie był oderwany od średniowiecznej rzeczywistości. Oto bowiem w ówczesnych traktatach medycznych i kosmetycznych znajdziemy także przepisy na odzyskiwanie oznak dziewictwa! Przykładowo, wśród dzieł wiązanych z jedenastowieczną lekarką Trotą z Salerno znajduje się księga zatytułowana De curis mulierum („O leczeniu kobiet”), która zawiera m. in. informacje, jak „zamarkować” dziewictwo za pomocą pijawki, przystawionej w odpowiednie miejsce przed nocą poślubną. Nawiasem mówiąc, traktat ten zawiera także przepisy na leczenie ust, popękanych od zbyt intensywnego całowania.

O ile jednak męża zawsze można jakoś zwieść, o tyle – wedle średniowiecznych legend – nie do oszukania w kwestii dziewictwa były jednorożce. Te mityczne stworzenia mogły być bowiem złapane tylko przez prawdziwą dziewicę, zwabione przez jej niewinność. W skrzyneczkach z kości słoniowej scena z Tristanem i Izoldą została zestawiona – na zasadzie kontrastu – właśnie z przedstawieniem polowania na jednorożca.

Skrzyneczka z kości słoniowej – detal (lewy bok: Tristan i Izolda oraz Polowanie na jednorożca),
Paryż, 2. ćw. XIV w., Walters Art Museum w Baltimore, 71.264

Lancelot i Ginewra

Trójkąt miłosny Tristana, Izoldy i Marka, w którym w zasadzie nie ma „dobrych” i „złych” bohaterów, stanowi powtórzenie trójkąta, który tworzyli Lancelot, królowa Ginewra i jej mąż, król Artur. Również przygody Lancelota, pozostające w związku z jego miłością do Ginewry, znalazły się wśród scen dekorujących skrzyneczki z kości słoniowej.

Sceny ukazane na skrzyneczkach ilustrują niezwykle popularne w średniowieczu opowieści o Lancelocie: w najstarszej wersji zachowane w tekstach  dwunastowiecznego poety Chrétiena de Troyes, stworzonych zapewne na zlecenie Marii hrabiny Szampanii, a spopularyzowane w utworze zwanym Lancelot prozą (tzw. Cykl Wulgaty), powstałym w pierwszej tercji XIII wieku. To właśnie w owej prozie (w niektórych wersjach utworu) znalazły się wzmianki o walce Lancelota z lwami, do czego może odnosić się jedna ze scen ze skrzyneczek. Głównym przedstawieniem jest jednak przejście Lancelota przez mieczowy most.

Tzw. skrzyneczka królowej Jadwigi – detal
(fragment tylnego boku: Walka z lwem oraz Lancelot na mieczowym moście)


Chrétien de Troyes opisał historię romansu Lancelota i Ginewry; zaczęła się ona od tego, że królowa została porwana przez złego Maleaganta, a Lancelot ruszył jej na ratunek. Właśnie w czasie tej wyprawy rycerz miał przeprawić się przez mieczowy most. Był tak skoncentrowany na swej misji uratowania królowej, że nie zauważył nawet poniesionych przy tej okazji ran. Miłość uczyniła z Lancelota najdoskonalszego z rycerzy – a jednak w opowieści Chrétiena znajdziemy także elementy krytycznej oceny tej relacji: dla królowej Lancelot akceptuje upokorzenia, a ona z kolei momentami traktuje go niemal okrutnie. Jednak ostatecznie nagrodą dla rycerza jest spędzenie nocy w łożu ukochanej. Niektóre fragmenty opowieści Chrétiena mają nawet charakter prześmiewczy (na przykład fakt, że zamyślony Lancelot wpadł do potoku, marząc o Ginewrze, albo że zemdlał na widok jej włosa zaplątanego w grzebień) – prawdopodobnie z tego względu, że autor nie chciał jednoznacznie gloryfikować miłości cudzołożnej, grzesznej.

W skrzyneczkach sceny z Lancelotem są zestawione z przygodą Gawaina, który uwolnił niewinne panny uwięzione w zamku, zabijając lwa oraz zwycięsko przechodząc próbę magicznego łoża, które atakowało go mieczami i pociskami. W odróżnieniu od Lancelota, Gawain nie realizował jednak swoich czynów po to, aby zdobyć serce i ciało cudzej żony.

Tzw. skrzyneczka królowej Jadwigi  – część tylna (po lewej: dwie sceny z Lancelotem, po prawej: dwie sceny z Gawainem)


Arturiańskie malowidła na piastowskim dworze

Uważa się, że skrzyneczka ze skarbca krakowskiej katedry mogła należeć do królowej Jadwigi Andegaweńskiej – niewątpliwie legendy arturiańskie były znane zarówno na dworach Piastów, jak i Jagiellonów. Znakomitym dowodem na to, a zarazem unikatowym zabytkiem, są dekoracje Wieży Książęcej w Siedlęcinie (woj. dolnośląskie) z 1. połowy XIV wieku. Fundatorem wieży i zdobiących ją malowideł był książę jaworsko-świdnicki Henryk I, którego żoną była Agnieszka Przemyślidka.

Dwa pasy dekoracji w Siedlęcinie ukazują właśnie przygody Lancelota: jego zwycięskie walki z różnymi przeciwnikami oraz epizod opowiadający o tym, że w cudowny sposób uzdrowił on Sir Urry’ego. Jednocześnie jednak górna część dekoracji w Siedlęcinie ukazuje początek grzesznego związku rycerza i królowej, którą uratował on z rąk Maleaganta. Ginewra i Lancelot zostali tu ukazani jako para trzymająca się za ręce; to gest pozornie małżeński, ale w tym przypadku jeden szczegół ma bardzo duże znaczenie: trzymają się oni za ręce lewe, a nie prawe! To dlatego, że ich związek ma charakter cudzołożny.

Malowidła w Wieży Książęcej w Siedlęcinie, lata 40. XIV w., fot. Pnapora. Po prawej detal: Lancelot i Ginewra, fot. Ludwig Schneider


Kobiety niewierne

Podobnie jak tekst o średniowiecznych kobietach fatalnych, także i niniejszy wpis można zamknąć cytatem z Powieści o Róży, trzynastowiecznego poematu alegorycznego dotyczącego głównie zagadnień związanych z miłością. Oto bowiem w przemowie starej kobiety, kierowanej do młodych dziewcząt, odnajdziemy czytelne przyzwolenie dla małżeńskiej niewierności – zwłaszcza w przypadku kobiet, którym Starucha doradza posiadanie nawet nie jednego, ale kilku kochanków jednocześnie:

„Kobiety rodzą się wolnymi,
lecz prawo wolność ogranicza,
tamę stawiając tym swobodom,
jakie Natura im nadała.
[…]
Wybaczyć trzeba więc Wenerze
to, że stworzeniom wolność niesie;
wybaczmy paniom, co figlują,
choć im małżeństwo tego wzbrania:
wszak one dążą do swobody,
do której skłania je Natura,
ta zaś nad wszystko jest silniejsza:
przewyższa nawet wychowanie”.

W innym zaś miejscu tego poematu pojawiają się rady dla pragnących spokoju w małżeństwie, z których wynika, że przepisem na szczęśliwe życie jest duża doza wyrozumiałości, którą mężczyzna powinien okazywać swojej ukochanej:

„Gdy na gorącym ją uczynku
przyłapie, niech jej nie wypędza,
raczej niech w stronę tę nie patrzy.
I niech udaje, że jest ślepy,
albo że głupszy jest od wołu,
tak, aby ona uwierzyła,
że nie mógł wprost nic zauważyć.
Gdy ona jakiś list otrzyma,
niech on do tego się nie wtrąca,
nie czyta, nawet nie dotyka,
sekretów poznać nie próbuje”.

 

Choć czytając arturiańskie romanse kibicujemy Tristanowi i Izoldzie czy nawet Lancelotowi i Ginewrze, to jednak nie możemy spodziewać się happy endu: ostatecznie niedole kochanków kończy śmierć. Być może gdyby król Artur oraz król Marek stosowali się do powyższych rad i z pełną godności rezygnacją przyjmowali do wiadomości niewierność swych żon, opisane w romansach historie miałyby nieco mniej tragiczne zakończenia.

W tekście zostały zacytowane fragmenty Powieści o Róży, w tłumaczeniu M. Frankowskiej-Terleckiej i T. Giermak-Zielińskiej, wyd. Warszawa 1997: wersy 13875–13878, 14031–14038, oraz 9696–9706.

Opracowanie: dr Magdalena Łanuszka
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

Czytaj też: Średniowieczne kobiety fatalne

dr Magdalena Łanuszka – absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, doktor historii sztuki, mediewistka. Ma na koncie współpracę z różnymi instytucjami: w zakresie dydaktyki (wykłady m.in. dla Uniwersytetu Jagiellońskiego, Akademii Dziedzictwa, licznych Uniwersytetów Trzeciego Wieku), pracy badawczej (m.in. dla University of Glasgow, Polskiej Akademii Umiejętności) oraz popularyzatorskiej (m.in. dla Archiwów Państwowych, Narodowego Instytutu Muzealnictwa i Ochrony Zbiorów, Biblioteki Narodowej, Radia Kraków, Tygodnika Powszechnego). W Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie administruje serwisem Art and Heritage in Central Europe oraz prowadzi lokalną redakcję RIHA Journal. Autorka bloga o poszukiwaniu ciekawostek w sztuce: www.posztukiwania.pl.

Unikatowe eksponaty z Muzeum ASP w Krakowie

 

Jesienią, z okazji 200-lecia Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie na naszym portalu zaprezentowaliśmy 43 z 96 udostępnionych nam eksponatów z kolekcji muzeum tej uczelni. Od dzisiaj na Wirtualnych Muzeach Małopolski można zobaczyć również pozostałe 53 obiekty utrwalone przez Regionalną Pracownię Digitalizacji.
Zasoby naszego portalu wzbogaciły się o znaczną liczbę studiów rysunkowych oraz malarskich wykonanych przez uczniów Akademii. Prezentowane prace są wyróżnionymi dziełami młodych adeptów sztuki. Wielu z nich zapisało się później trwale w polskiej świadomości, jak Stanisław Wyspiański oraz Jacek Malczewski. Inni, choć często nie są znani szerokiemu gronu odbiorców, pozostawili po sobie nierzadko świetne prace. Nagrodzone rysunki są również bezpośrednimi, materialnymi źródłami pozwalającymi poznać dawne metody kształcenia akademickiego. Wśród typowo akademickich wycyzelowanych rysunków żywego modela zwraca uwagę ekspresyjne studium aktu młodzieńca wykonane przez Stanisława Wyspiańskiego.

Akt męski, rysunek Stanisława Wyspiańskiego, Muzeum ASP w Krakowie, domena publiczna.
Digitalizacja RPD MIK, Wirtualna Małopolska

Rysunki akademickie to nie tylko studia postaci i aktów. Wśród trzech rysunków autorstwa Jacka Malczewskiego, które mamy możliwość zaprezentować na naszym portalu, znalazł się prawdziwy rarytas dla miłośników Krakowa – studium stalli w kościele Bożego Ciała na Kazimierzu.
Wiele z prezentowanych prac studenckich było rysowanych z gipsowych odlewów figur antycznych lub z modeli anatomicznych. Studia te stanowią kapitalne źródło wiedzy o dawnej kolekcji gipsów w posiadaniu ASP. Zbiór ten jest obecnie nieliczny, a archiwalia opisujące jego dzieje – niepełne i lakoniczne.
Wśród nowych na WMM eksponatów z kolekcji Muzeum ASP znajdują się również dzieła profesorów Akademii. Wiele wiąże się z Janem Matejką, którego znaczenia dla polskiej kultury chyba nie trzeba podkreślać. Dzięki digitalizacji zbiorów Muzeum ASP możemy poznać inne oblicze tego malarza niż to znane z sal muzealnych i podręczników szkolnych – nie prezentujemy powszechnie znanych wielkoformatowych obrazów olejnych, lecz rekwizyty wykorzystywane w matejkowskiej szkole malarstwa historycznego oraz trzy rysunki. Jeden z nich to studium portretowe Mariana Gorzkowskiego, a dwa pozostałe to szkice do obrazów olejnych – do słynnego płótna Batory pod Pskowem oraz do niezrealizowanego dzieła Długosz i św. Kazimierz. Warto na chwilę zatrzymać się przy postaci Mariana Gorzkowskiego. Był on sekretarzem Szkoły Sztuk Pięknych w Krakowie oraz przyjacielem i powiernikiem Jana Matejki. Z jego osobą można hipotetycznie łączyć również inny eksponat na naszym portalu. Jest nim wyszywany złotą nicą ruski czepiec wykorzystywany przez Matejkę i jego uczniów jako rekwizyt malarski. Owo nakrycie głowy jest prawdopodobnie tożsame ze wzmiankowanym źródłowo czepcem, który Gorzkowski podarował malarzowi.
   
Studium portretowe Mariana Gorzkowskiego Jana Matejki, Muzeum ASP w Krakowie, Długosz i św. Kazimierz, szkic do niewykonanego obrazu Jana Matejki, Muzeum ASP w Krakowie, domena publiczna. Digitalizacja RPD MIK, Wirtualna Małopolska

Klasą artystyczną wyróżnia się portret Wojciecha Weissa autorstwa Xawerego Dunikowskiego. Popiersie wykonane zostało w manierze realistycznej i dobrze oddaje charakterystyczne rysy malarza. Przedstawia młodego Weissa, mężczyznę o szczupłej twarzy, obdarzonego wysokim czołem, noszącego wąsy i skupionym spojrzeniu.
Portret Wojciecha Weissa autorstwa Xawerego Dunikowskiego, Muzeum ASP w Krakowie, domena publiczna.
Digitalizacja RPD MIK, Wirtualna Małopolska
Wśród zdgitalizowanych obiektów z Muzeum ASP znajdują się również dzieła wyjątkowe i zaskakujące jak znajdujący się na co dzień w Sali Senackiej niezwykły obraz przedstawiający audiencję posła polskiego na dworze sułtana osmańskiego. Dzieło przypomina obrazy z XVII i XVIII wieku, lecz jego autorem jest Lucjan Wędrychowski żyjący w latach 1854–1934. Artysta ten malował przede wszystkim obrazy religijne, a jego najbardziej znanym dziełem jest Kuszenie św. Antoniego (1886) eksponowane w Muzeum Narodowym w Krakowie (nr inw. MNK II-a-173). Prezentowany obraz ze zbiorów ASP w Krakowie, choć porusza tematykę nietypową dla twórczości Wędrychowskiego, to jednak charakteryzuje się właściwą jego dziełom starannością w odwzorowywaniu realiów historycznych.
Wydaje się, że pierwowzorem kompozycji obrazu Wędrychowskiego, choć niekoniecznie bezpośrednim, jest dzieło autorstwa Jeana-Baptiste’a Vanmoura Audiencja posła holenderskiego Cornelisa Calkoena znajdujące się w Rijksmuseum w Amsterdamie. Nie można też wykluczyć, że źródłem był inny obraz Vanmoura, jego kopia lub naśladownictwo, z którym artysta być może zapoznał się w czasie studiów w Monachium. Wędrychowski zmienił nieco układ postaci dostojników tureckich, a posłowie na jego obrazie noszą polskie stroje. Możliwe, że malarz chciał nawiązać do konkretnego polskiego poselstwa do Wysokiej Porty. Być może dodatkową inspiracją dla niego była miniatura Pierrea-Paula Sevina w zbiorach Czartoryskich w Krakowie. Ukazuje ona zakończone fiaskiem poselstwo Jana Gnińskiego do Stambułu w latach 1677–1678. 

Poselstwo polskie u sułtana lub Audiencja posła polskiego u sułtana Lucjana Wędrychowskiego, Muzeum ASP w Krakowie, domena publiczna.
Digitalizacja RPD MIK, Wirtualna Małopolska

Na zakończenie warto przypomnieć, że zdigitalizowanie zbiorów Muzeum ASP dało możliwość spotkania z wieloma na co dzień trudno dostępnymi zabytkami. Muzeum mieści się w dobrze wszystkim znanym gmachu Akademii przy placu Matejki, ale nie ma stałej ekspozycji. Dla odwiedzających placówkę dostępna jest jedynie sala o powierzchni 40 m2, w której organizowane są wystawy czasowe. Większość zbiorów malarstwa, rysunku i rzeźby znajduje się na stałe w magazynie. Pozostałe dzieła, oprócz odlewów gipsowych eksponowanych na korytarzach Akademii, przechowywane są w pomieszczeniach niedostępnych na co dzień: w Sali Senackiej, gdzie prezentowane jest malarstwo XVII–XIX wieku (m.in. wspomniany obraz Wędrychowskiego), oraz w gabinecie rektora, ozdobionym galerią portretów profesorów i rektorów ASP. Tam też w kilku gablotach wyeksponowano bezcenny zbiór rekwizytów używanych w pracowni malarstwa historycznego Jana Matejki – wśród nich wspomniany już ruski czepiec oraz interesujący pas będący repliką XVI-wiecznego eksponatu ze zbiorów Muzeum Czartoryskich w Krakowie.
 
Adam Spodaryk (Redakcja WMM),
Licencja Creative Commons

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

Średniowieczne kobiety fatalne

Magdalena Łanuszka

W drugiej ćwierci XIV wieku w Paryżu kwitła produkcja luksusowych przedmiotów dekorowanych rzeźbionymi w kości słoniowej przedstawieniami związanymi z dworską kulturą i literaturą świecką. Szczególnie interesująca jest grupa skrzyneczek (zachowanych w całości lub we fragmentach), dekorowanych kompilacjami scen z romansów średniowiecznych. Wśród nich jest także zabytek ze skarbca krakowskiej katedry, eksponowany dziś w Muzeum Katedralnym na Wawelu. Inne egzemplarze, o bardzo zbliżonym programie dekoracji, znajdują się w The Barber Institute of Fine Arts w Birmingham, w The British Museum w Londynie, w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku, w Musée de Cluny (Musée national du Moyen Âge) w Paryżu, w Museo Nazionale del Bargello we Florencji, w Victoria and Albert Museum w Londynie oraz w Walters Art Museum w Baltimore. Część badaczy do grupy tej zalicza również tak zwaną Skrzyneczkę Gorta, przechowywaną dziś w Winnipeg Art Gallery.

Tzw. skrzyneczka królowej Jadwigi, 2. ćw. XIV w., Paryż, Skarbiec Katedry na Wawelu (Muzeum Katedralne w Krakowie), digitalizacja: RPD MIK, domena publiczna


Dekoracja tych zabytków prowadzi nas przez opowieść o miłości – w różnych odsłonach – w kulturze średniowiecznej. Poza skrzyneczkami, podobne treści dekorowały inne średniowieczne przedmioty z kości słoniowej, tworzone głównie dla dam: oprawy lusterek, grzebienie albo plakietki, które mogły być okładkami notatników.

Grzebień z kości słoniowej dekorowany scenami romansowymi, Paryż, ok. 1320,
Victoria and Albert Museum w Londynie, A.560–1910

Poza scenami ilustrującymi motywy powiązane z ideałami miłości dwornej, miłości wiernej lub miłości czystej znajdziemy w tych luksusowych przedmiotach przedstawienia, które można by było podsumować kultowym cytatem z filmu Psy: „bo to zła kobieta była…”. I przy okazji okazuje się, że nie zawsze w sztuce średniowiecznej piękno uosabiało dobro: oto bowiem piękne młode kobiety mogły występować po prostu w roli femmes fatales.

Porzucony dla młodszego

Skrzyneczka z kości słoniowej – detal (krótszy bok prawy: Enyas i Dziki Człowiek oraz Galahad przy zamku), Paryż, ok. 1310–30,
The Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku, 17.190.173a, b; 1988.16


Nie wszystkie sceny dekorujące wspomniane skrzyneczki dają się osadzić w średniowiecznych tekstach literackich; niektóre mogą być ilustracjami przekazów ustnych lub romansów niezachowanych do dziś. Do takich właśnie należy historia o rycerzu Enyasie, która pojawiała się w różnych dziełach sztuki XVI wieku: zarówno w wyrobach z kości słoniowej, jak i na marginesach rękopisów (szczególnie w tzw. Godzinkach Taymouth, 2. ćw. XIV w., Yates Thompson 13, British Library w Londynie, gdzie kolejne sceny mają swoje podpisy). W opowieści tej starszy już rycerz Enyas uratował pewną damę z rąk Dzikiego Człowieka: włochatej bestii, uosabiającej brutalne popędy i nieokiełznane żądze. Niedługo później dama i Enyas spotkali młodego rycerza, który postanowił przejąć piękną panią. Niestety niewiasta wybrała młodzieńca, przedkładając jego urodę nad cnoty swojego zbawcy. Ów bezczelny rycerz zażądał także od Enyasa jego psa; zwierzę okazało się lojalniejsze od niewdzięcznej damy i nie opuściło swego pana. Młodzieniec był jednak uparty i zaatakował starca, a doświadczony Enyas zabił swojego przeciwnika. Porzucił także damę, pozostawiając ją samotną na pastwę losu.

Godzinki Taymouth, Anglia (Londyn?), 2. ćw. XIV w., The British Library w Londynie, Yates Thompson 13.
Opowieść o rycerzu Enyaszu w kolejnych scenach na dolnych marginesach kart 62-67v (wybór)


Scena walki Enyasa z Dzikim Człowiekiem na większości skrzyneczek została zestawiona z przedstawieniem rycerza Galahada odbierającego klucze do zamku, gdzie więzione były niewinne panny. To już zupełnie inna opowieść, ale warto zaznaczyć, że historia Galahada, który uwolnił owe panny, mogła być rozumiana jako nawiązanie do uwolnienia przez Chrystusa dusz sprawiedliwych z Otchłani. Poprzez to nawiązanie uwypuklona została – na zasadzie kontrastu – negatywna ocena zachowania niewdzięcznej dzieweczki, którą ocalił Enyas. Z drugiej strony, Galahad uwolnił panny zupełnie bezinteresownie, podczas gdy Enyas chyba jednak liczył na to, że uratowana dzieweczka odrzuci względy młodzieńca i pozostanie jego towarzyszką.

Tzw. skrzyneczka królowej Jadwigi – detal (krótszy bok prawy: Enyas i Dziki Człowiek oraz Galahad przy zamku)


Choć w przywołanej opowieści stary rycerz Enyas jest raczej pozytywnym bohaterem, to w innych historiach autorzy nie byli tak łaskawi dla wiekowych mężczyzn, którzy ulegli urokowi złych kobiet. Nawet antycznym autorytetom nie udało się uniknąć w średniowiecznych legendach roli starca ośmieszonego przez młodą niewiastę.  

Średniowieczna dominatrix

Skrzyneczka z kości słoniowej – detal (lewa część frontu, Arystoteles poucza Aleksandra oraz Filis na Arystotelesie),
Paryż, ok. 1310–30, The Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku, 17.190.173a, b; 1988.16


W pełnym średniowieczu, w okresie rozwoju uniwersytetów w Europie Zachodniej, wielkim poważaniem cieszył się Arystoteles – a jednocześnie ten starożytny filozof zaczął funkcjonować jako bohater nieco prześmiewczych opowieści. Zapewne w XIII wieku powstała legenda o Filis i Arystotelesie: oto mędrzec miał napominać Aleksandra Wielkiego, że władca zbyt wiele czasu i energii poświęca pięknej Filis. W rzeczywistości jednak filozof sam pragnął tej kuszącej kobiety – ona zaś, świadoma jego słabości, postanowiła się na nim zemścić za próbę rozbicia jej związku z Aleksandrem. Dając do zrozumienia Arystotelesowi, że być może jego żądze zostaną zaspokojone, Filis nakazała mu wystąpić w roli rumaka: wozić ją na czworakach, podczas gdy ona, założywszy mu uzdę, poganiała go batem. Aleksander Wielki był świadkiem tego upokorzenia wielkiego filozofa – na skrzyneczkach widzimy władcę, gdy naśmiewa się z obserwowanej sceny, stojąc na murach zamku w tle.

Przedstawienie Filis jadącej na Arystotelesie funkcjonowało w sztuce średniowiecznej jako alegoria grzechu rozwiązłości. Dlatego motyw ten, mimo swego erotycznego przekazu, często pojawiał się w sztuce sakralnej: w dekoracjach gotyckich kościołów (na przykład prezbiterium kościoła Mariackiego w Krakowie) albo na marginesach modlitewników.

Obsceniczna zemsta

Wergiliusz w koszu i zemsta na cesarzównie, górna część plakietki z kości słoniowej,
Paryż, ok. 13401360, Walters Art Museum w Baltimore, 71.267


Historia o Filis i Arystotelesie była często zestawiana z inną opowieścią, również popularną głównie w późnym średniowieczu; tym razem jej bohaterem był rzymski poeta Wergiliusz. Co prawda na krakowskiej skrzyneczce ten akurat temat się nie pojawił, ale znajdziemy go na przykład na Skrzyneczce Gorta, (Winnipeg Art Gallery) albo na plakietkach z kości słoniowej, przechowywanych w Walters Art Museum w Baltimore i w British Museum w Londynie (Paryż, poł. XIV w.). Chodzi o scenę ukazującą Wergiliusza w koszu: poeta miał bowiem zakochać się w córce cesarza, a ona okrutnie z niego zadrwiła. Zaproponowała mu bowiem noc we dwoje w komnacie na szczycie wieży: poeta miał się tam dostać w koszu, wciągniętym przez okno przez cesarzównę. Niestety, w połowie drogi dziewczyna przestała ciągnąć za linę i Wergiliusz utknął: rankiem stał się obiektem drwin, gdy mieszkańcy Rzymu zobaczyli go wiszącego w koszu przy ścianie wieży. Wergiliusz jednak był czarnoksiężnikiem i poniewczasie przypomniał sobie o swoich mocach. Uciekłszy z Rzymu, rzucił na miasto klątwę, w wyniku której nikt z mieszkańców nie był w stanie zapalić ognia. Aby położyć kres tej katastrofie, Rzymianie postąpili zgodnie z wytycznymi urażonego Wergiliusza: sprowadzili na plac wredną cesarzównę i rozebrali ją do naga. Następnie odpalali świece i pochodnie od ognia, który w wyniku czarów rzuconych przez Wergiliusza wydobywał się z jej miejsc intymnych.

Dopełniające się sceny

Z pewnością zestawienie scen na poszczególnych bokach wspomnianych skrzyneczek nie jest kompilacją przypadkową. Jednocześnie, co ciekawe, zachowane do dziś przykłady pokazują nam, że artyści dekorowali te przedmioty według kilku nieznacznie różniących się schematów. I tak na przykład opowieść o Filis i Arystotelesie w niektórych przypadkach (np. na skrzyneczkach w Krakowie, Birmingham, Florencji, Nowym Jorku) została zestawiona z historią tragicznej miłości Pyrama i Tysbe, zaś na innych (w Londynie i Baltimore) z przedstawieniem Źródła Młodości, w którym kąpiel miała odwracać bieg czasu i cofać oznaki starzenia.

Skrzyneczka z kości słoniowej – detal (front: opowieść o Filis i Arystotelesie oraz Źródło Młodości),
Paryż, 2 ćw. XIV w., Walters Art Museum w Baltimore, 71.264


Analiza schematów dekoracji omawianych skrzyneczek pozwala wysnuć wniosek, że zestawiano na nich obok siebie sceny mające uzupełniać się znaczeniowo, najczęściej na zasadzie przeciwieństwa. Wygląda zatem na to, że historia o Arystotelesie mogła funkcjonować w kilku nieco odmiennych kontekstach. Zestawienie jej na niektórych skrzyneczkach z opowieścią o nieszczęśliwych kochankach, którzy popełnili samobójstwo w wyniku nieporozumienia (Pyram zabił się z rozpaczy, sądząc, że jego ukochaną pożarł lew, a następnie Tysbe, będąc świadkiem jego śmierci, odebrała sobie życie) prawdopodobnie miało na celu uwypuklenie kontrastu między miłością czystą i prawdziwą, silniejszą niż śmierć (Pyram i Tysbe), a lubieżnością, doprowadzającą ogarniętego pożądaniem mędrca do stanu zezwierzęcenia (Arystoteles i Filis). 

Tzw. skrzyneczka królowej Jadwigi – część frontalna (opowieść o Filis i Arystotelesie oraz historia Pyrama i Tysbe)


Tymczasem połączenie tej samej historii o Arystotelesie ze Źródłem Młodości koncentruje się już na innym aspekcie: to zestawienie starości i młodości w skontrastowanych ujęciach: pozytywnym (duchowym) oraz prześmiewczym (cielesnym). Z jednej strony widzimy starców, którzy odzyskują młodość, zanurzając się w cudownej fontannie – taka kąpiel mogła symbolizować oczyszczenie duszy z grzechów. Z drugiej zaś – mamy lubieżnego mędrca, który daje się ośmieszyć młodej kobiecie, ponieważ – niepomny na swój wiek i pozycję społeczną – zapragnął poczuć się niczym młody kochanek.

Starość ośmieszona

Dziś często mówimy, że żyjemy w kulturze młodości: komercyjne i rozrywkowe przekazy wizualne promują wzorzec pełnego energii, młodego człowieka sukcesu. Analiza tego zjawiska idzie czasami w parze z założeniem, że ów kult młodości jest charakterystyczny dla naszych czasów, podczas gdy w dawnych stuleciach wyżej ceniono mądrość i doświadczenie, które osiągnąć można jedynie z wiekiem. Jednak średniowieczna literatura pokazuje nam, że już wówczas wiek podeszły nie był wcale aż tak poważany, jak chcielibyśmy dziś sądzić. Starcy nader często występowali w ośmieszających opowieściach: jako niedołężni i często zdradzani przez młode żony. Bardzo wyrazistym przykładem negatywnego postrzegania starości w kulturze średniowiecznej może być trzynastowieczny poemat Powieść o Róży. W części pierwszej, którą Guillaume de Lorris napisał zapewne w latach 1225–30, bohater (Kochanek) dociera do otoczonego murem ogrodu; na ścianie zaś widnieją namalowane personifikacje wad. Obok Nienawiści, Chciwości czy Obłudy, znajduje się także Starość, traktowana jako jedna z przywar, które nie mają wstępu do ogrodu dwornej miłości.

Powieść o Róży, 2. ćw. XV w, Biblioteka Czartoryskich w Krakowie (Muzeum Narodowe w Krakowie), rękopis Ms. Czart. 2920 IV, s. 7 (Vieillesse – „Starość”) i s. 201 (Sicom la vieille enseigne belaccueil – „Jak Starucha poucza Sprzyjającego”)

W drugiej części poematu, którą w czterdzieści lat później dopisał Jean de Meun, pojawia się natomiast postać Staruchy, która jest doświadczoną kobietą, doradzającą młodym dziewczętom. Jej przemowa jest pełna cynizmu: stara kobieta jawi nam się jako wyrachowana, a jej rady wydają się zaskakująco niemoralne. Negatywny obraz starości w tym poemacie nie jest zatem krytyką samego podeszłego wieku, lecz raczej owego cynizmu, który wyrasta na bazie doświadczeń życiowych na przestrzeni lat. Starucha w Powieści o Róży daje młodym dziewczętom na przykład takie rady:

„Powtarzam więc, zalotnik zawsze
oszukać stara się niewiastę;
niechże i ona mu odpłaca
tą samą miarką i niech nigdy
serca jednemu nie oddaje,
lecz niech ma wokół siebie wielu
i tak się stara ich omotać,
aby się dla niej zrujnowali”.

I tak oto średniowieczna stara kobieta wychowuje kolejne pokolenie kobiet fatalnych…, które potem, być może, upokorzą następnych starych mężczyzn. A my, kilkaset lat później, będziemy mogli odkrywać te niepokojące aspekty ówczesnej kultury zaklęte w zachwycających arcydziełach paryskiego rzemiosła oraz średniowiecznej literatury.

W tekście został zacytowany fragment Powieści o Róży, wersy 13265–13272, w tłumaczeniu M. Frankowskiej-Terleckiej i T. Giermak-Zielińskiej, wyd. Warszawa 1997.

Opracowanie: dr Magdalena Łanuszka
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

Czytaj też: Średniowieczna miłość cudzołożna

dr Magdalena Łanuszka – absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, doktor historii sztuki, mediewistka. Ma na koncie współpracę z różnymi instytucjami: w zakresie dydaktyki (wykłady m.in. dla Uniwersytetu Jagiellońskiego, Akademii Dziedzictwa, licznych Uniwersytetów Trzeciego Wieku), pracy badawczej (m.in. dla University of Glasgow, Polskiej Akademii Umiejętności) oraz popularyzatorskiej (m.in. dla Archiwów Państwowych, Narodowego Instytutu Muzealnictwa i Ochrony Zbiorów, Biblioteki Narodowej, Radia Kraków, Tygodnika Powszechnego). W Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie administruje serwisem Art and Heritage in Central Europe oraz prowadzi lokalną redakcję RIHA Journal. Autorka bloga o poszukiwaniu ciekawostek w sztuce: www.posztukiwania.pl.

Zalipie. Nowe kolory malowanej wsi

110 malarek, 3 pokolenia, 13 miejscowości – tak pokrótce można przedstawić w liczbach tegoroczną edycję najstarszego konkursu etnograficznego w Polsce, jaki odbywa się w Zalipiu w weekend po Bożym Ciele. W tym roku będzie wyjątkowy, bo towarzyszyć mu będzie oficjalne otwarcie wyremontowanego i wzbogaconego o nowe obiekty skansenu – Zagrody Felicji Curyłowej.

 

Dom Felicji Curyłowej, fot. K. Schubert, MIK 2018


Zdobione barwnymi kwiatami domy, zabudowania gospodarcze, psie budy, studnie, przedmioty codziennego użytku, kościół, przedszkole, remiza, kapliczki i przydrożne krzyże od wielu lat są charakterystyczne dla krajobrazu wsi Powiśla Dąbrowskiego, z których najsłynniejsze jest Zalipie. Tutaj także działało najwięcej ludowych artystek. Więcej o ich pracy można dowiedzieć się, zwiedzając Dom Malarek lub uczestnicząc w przygotowanych przez nie warsztatach malarskich czy robienia bibułkowych ozdób.

Chata biedniacka w Zagrodzie Felicji Curyłowej, fot. K. Schubert, MIK 2018


Natomiast o  tradycjach ludowej twórczości i życiu na Powiślu Dąbrowskim dowiadujemy się więcej podczas wizyty w Zagrodzie Felicji Curyłowej, filii Muzeum Okręgowego w Tarnowie. W jej skład wchodzą budynek, w którym mieszkała ta zalipiańska malarka, malowana studnia, jednoizbowa chata biedniacka, właśnie odświeżona i wyposażona w eksponaty z muzealnych magazynów, oraz zabudowania gospodarcze – po remoncie dawna obora będzie miejscem spotkań i warsztatów. W ubiegłym roku do skansenu przeniesiono także dom innej zalipiańskiej malarki – zmarłej w 2005 roku Stefanii Łączyńskiej, zakonserwowano dekoracje w nim i dokupiono wyposażenie. Prace w ramach projektu Skansenova zakończyły się jesienią 2018 roku. Teraz szersza publiczność będzie mogła podziwiać ich efekty i porównać twórczość dwóch ludowych malarek. Urodziły się w podobnym czasie – Curyłowa w 1904 roku, Łączyńska w 1914, ale każda z nich wypracowała odrębny styl. Malowane przez Felicję Curyłową wyraźne, kolorowe kwiaty stały się emblematyczne dla Zalipia i zalipiańskich dekoracji powstających poza Powiślem. Stefania Łączyńska malowała natomiast nieco delikatniejsze  wzory kwiatowe, ptaki oraz postaci, np. aniołów.

Bukiet Felicji Curyłowej, Ośrodek Spotkania Kultur w Dąbrowie Tarnowskiej, wszystkie prawa zastrzeżone OSK. Digitalizacja RPD MIK, projekt Wirtualne Muzea Małopolski

 

 

Bukiet namalowany przez Stefanię Łączyńską, fot. K. Schubert, MIK 2018

 

A jak Zalipie stało się słynną malowaną wsią, gdzie mogły tworzyć Curyłowa, Łączyńska i wiele  innych ludowych artystek, których wciąż przybywa, o czym świadczy niemalejąca popularność konkursu „Malowana Chata”? Wiosną lub wczesnym latem, najczęściej przed Bożym Ciałem, w wielu wsiach bielono, malowano, a nawet myto drewniane domy wewnątrz i na zewnątrz. Mieszkanki wsi Powiśla Dąbrowskiego mierzyły się z trudnym zadaniem oczyszczenia, odświeżenia okopconych ścian czarnej izby, rozprowadzając na nich własnoręcznie przygotowanymi pędzlami z prosa lub żyta mieszanki gliny, wapna, węgla drzewnego lub z mleka i sadzy. Powstające w ten sposób nieregularne, koliste plamy – czyli packi – zaskakiwały kształtem lub formą. Tym bardziej, że małe dziewczynki – jak wspominała później Felicja Curyłowa – niejednokrotnie urozmaicały powierzchnię plam wzorami z kropek lub szlaczkami. Zadowolone z efektów pracy kobiety zaczęły też bielić wapnem podmurówki. A już przed stoma laty wprowadziły, czasem zamiast pacek, a kiedy indziej jednocześnie z nimi, ozdobne wzory własnego pomysłu. Przeważały w nich motywy kwiatowe. Malarki używały farb, które robiły z glinki, sadzy kredy, z czasem zaczęły kupować barwniki do rozpuszczenia w mleku, wodzie, białku. Od lat 70. XX wieku coraz chętniej sięgały po plakatówki, tempery, a w końcu także po akryle. Pędzle przede wszystkim były ze słomy, ale stopniowo coraz potrzebniejsze okazywały się pędzelki z końskiego włosia lub krowiego ogona pozwalające na wprowadzenie misterniejszych, drobniejszych dekoracji.

Piec w Zagrodzie Felicji Curyłowej, widoczny także niewielki fragment zdobiony packami, fot. K. Schubert, MIK 2018

 

Odświeżanie wnętrza za pomocą pacek przestało być koniecznością, gdy z kurnych chat przeprowadzono się do drewnianych i murowanych domostw. Zaczęły zyskiwać na popularności wspomniane kwiatowe malowanki; początkowo dość ciemne, stopniowo rozjaśniały się, przybywało w nich kolorów. Kwiaty, bukiety, kwietne girlandy gospodynie zaczęły z czasem malować na zewnętrznych ścianach domów, zabudowaniach gospodarskich. W przypływie fantazji zdobiły studnie, psie budy, obramowania okien, drzwi. W środku szlaczkami i wieńcami z charakterystycznych kwiatów ozdabiały większą izbę, a także piec czy kuchenne sprzęty. Dodatkowo kwiaty malowały na płótnie lub papierze wieszanym jako makatka lub tak zwany dywan. Taką właśnie makatę zobaczył pewnego dnia nad łóżkiem swojego służącego krakowski urzędnik Władysław Hickel, który – zafascynowany wzorem i barwą zdobienia – wyprawił się na Powiśle Dąbrowskie i w grudniu 1906 roku na łamach czasopisma „Lud” opisał tamtejsze malowanki. Po nim, już w okresie międzywojennym, przyjeżdżali etnografowie zafascynowani pracą ludowych malarek, charakterystycznym zdobnictwem chałup, gorsetów, zapasek, dewocjonaliów.

Zalipiańskie malarki pracowały bez użycia szablonów, więc ich kwiaty były niepowtarzalne, każda też miała własny styl malowania, rozpoznawalny dla specjalistów. Po wojnie, gdy wzrosło zainteresowanie sztuką ludową, wyjechały pracować poza Powiślem. Bardzo znana była – do dziś w lokalu zachowały się elementy wystroju – ozdobiona przez nie krakowska kawiarnia „U Zalipianek”. Barwne kwiaty z malowanej wsi zdobiły też dziecięcą bawialnię na statku „Batorym” oraz kilka lokali na warszawskiej Starówce. Malarki współpracowały z Muzeum Etnograficznym w Krakowie czy Instytutem Wzornictwa Przemysłowego w Warszawie, dla którego przygotowały projekty druków na płótnie i zdobień na fajansach. Wypracowały również inne metody zdobienia – popularność zyskały bibułowe efektowne pająki i kwiaty z bibuły.

Stefania Łączyńska maluje studnię, fot. G. Rutowska.
Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe


Najsłynniejszą twórczynią z Powiśla Dąbrowskiego, dzięki której malowanki wcześniej popularne w kilku wsiach w okolicy jednoznacznie zaczęto szerzej kojarzyć z Zalipiem, była Felicja Curyłowa, propagatorka miejscowej ludowej sztuki, która skupiła wokół siebie grono innych kobiet. Wraz z Felicją Kosiniakową i Marią Owcą wiele energii włożyła również w kształcenie młodszych koleżanek. Jej dom stał się natomiast swojego rodzaju izbą tradycji, muzeum, które po śmierci kustoszki kupiła Cepelia. Następnie znalazło się ono pod pieczą Muzeum Okręgowego w Tarnowie. Felicja Curyłowa nie doczekała otwarcia Domu Malarek – swoistego centrum zalipiańskiej sztuki, mogła uczestniczyć w pierwszych konkursach „Malowana Chata”, które odbywają się od kilkudziesięciu lat.

Kwiaty namalowane przez Felicję Curyłową, własność prywatna, wszystkie prawa zastrzeżone. Digitalizacja RPD MIK


W 1948 roku w Domu Ludowym w Podlipiu przeprowadzono po raz pierwszy konkurs na najpiękniej malowaną izbę i najlepszą malowankę na papierze. Przez lata w tych zmaganiach artystek najliczniejsze były zalipianki, co  skłoniło organizatorów do przeniesienia w 1965 roku konkursu „Malowana Chata” do Zalipia. Obecnie, organizowany przez  Muzeum Okręgowe w Tarnowie i Dom Malarek, odbywa się on co roku. Przez dwa dni po Bożym Ciele dziesięcioosobowe jury złożone z etnografów, historyków sztuki, artystów ogląda zdobione barwnymi kwiatami zabudowania i przedmioty w 13 miejscowościach Powiśla Dąbrowskiego (w sobotę tylko w samym Zalipiu), a werdykt ogłasza w niedzielę, podczas finału Zalipiańskiego Festynu, który w tym roku z Domu Malarek przeniósł się do Zagrody Felicji Curyłowej. Jurorzy oceniają prace malarek w dwóch kategoriach – malarstwa z poprzednich lat (ważne jest, jak utrzymano i konserwowano malowidła) i nowego, częstokroć przygotowanego specjalnie na konkurs. Nagrodę mogą otrzymać nie tylko malarka, ale też właściciele pomalowanego przez nią domostwa. Często zdarza się, że swoje prace zgłaszają przedstawiciele trzech pokoleń; przybywa osób kultywujących rodzinne tradycje artystyczne.

Pamiątka z Zalipia, niesygnowana, wyrób współczesny, własność prywatna, wszystkie prawa zastrzeżone. Digitalizacja RPD MIK


Co można zgłosić do konkursu? Malowidła na ścianach budynków, malowanki we wnętrzach, a także na płótnie i papierze oraz ozdoby. A poza konkursem odwiedzający malowaną wieś turyści będą mieli okazję wstąpić do domów kilku ludowych malarek i przekonać się, jakie najbardziej nieoczekiwane miejsca i przedmioty można ozdobić kolorowymi kwiatami. Podobno do tej pory konkursowemu jury nie było dane widzieć tylko samochodu całkowicie wymalowanego przez malarki z Zalipia lub okolic.

 Marta Dvořák (Redakcja WMM), Licencja Creative Commons

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

 

Zobacz też:

 
Wyświetlanie 16 - 20 z 189 rezultatów.
Pozycji na stronę 5
z 38