Blog

Modlitwa Chrystusa w Ogrójcu w realizacji Wita Stwosza

Płaskorzeźba „Modlitwa w Ogrojcu” Wita Stwosza z kościoła pw. Wszystkich Świętych w Ptaszkowej, 1493–1495, Kraków.
Obecnie w Muzeum Okręgowym w Nowym Sączu, Digitalizacja: RPD MIK, domena publiczna


Kluczowym elementem obchodów najważniejszego święta chrześcijan, czyli Wielkanocy, jest Triduum Paschalne: trzydniowa celebracja misterium paschalnego, którą rozpoczyna Msza Wieczerzy Pańskiej w Wielki Czwartek. Kolejnym po Ostatniej Wieczerzy wydarzeniem wielkoczwartkowym była nocna modlitwa Chrystusa w Ogrójcu (w ogrodzie oliwnym zwanym Getsemani), opisana przez ewangelistów: Mateusza, Marka i Łukasza (Mt 26: 36-46; Mk 14:32-46; Łk 22: 39-46). To jeden z najbardziej emocjonalnych epizodów w Ewangelii: oto tuż przed swym pojmaniem, w noc przed męką, Chrystus przeżywa chwile lęku i osamotnienia (uczniowie, którzy mu towarzyszyli, zapadli w sen). Modlitwa Zbawiciela wyraża strach: przeraża go metaforyczny „kielich goryczy”, który przyjdzie mu wychylić w dzień męki („Ojcze, dla Ciebie wszystko jest możliwe, zabierz ten kielich ode Mnie!” – stąd przedstawienia Modlitwy w Ogrójcu ukazywały przed postacią Chrystusa anioła trzymającego kielich). To właśnie ta dramatyczna scena, odkrywająca lęk Mesjasza przed śmiercią i cierpieniem, była jednym z najpopularniejszych tematów w średniowiecznych epitafiach i kaplicach cmentarnych.

Modlitwa w Ogrójcu jako temat cmentarny"

Kaplica Ogrójcowa przy kościele św. Barbary w Krakowie, ok. 1488(?)–1516.  Fot. Cancre, Wikimedia Commons

W Krakowie zachowane są późnogotyckie Ogrójce związane z dawnym cmentarzem przy kościele Mariackim; sam cmentarz ze względów sanitarnych zlikwidowały władze austriackie w końcu XVIII wieku. Dzisiejszy kościół św. Barbary, zlokalizowany między placem Mariackim a Małym Rynkiem, stoi w miejscu dawnej kaplicy cmentarnej, wzmiankowanej w źródłach już w 1338 roku, którą ufundował Mikołaj Wierzynek Starszy. Kościół w obecnej formie pochodzi z przełomu XIV i XV wieku. Sto lat później dobudowano do niego kaplicę otwartą arkadami na cmentarz. Jej fundatorem był Adam Szwarc (krakowski rajca występujący w źródłach także jako Szworc): wzmianka o uposażeniu przez niego ołtarza kaplicy zwanej Ogrodziec na cmentarzu Mariackim zachowała się z roku 1488, a o kolejnych funduszach – w jego testamencie z 1509 roku.

Kaplica ta była zasadniczo prywatną, grobową kaplicą rodziny Szwarców, ale dwa razy do roku, w Wielki Czwartek oraz w Dzień Zaduszny, służyła wszystkim parafianom. Wewnątrz znajduje się grupa rzeźb przedstawiająca Modlitwę Chrystusa w Ogrójcu – uważa się, że powstały one prawdopodobnie w warsztacie Wita Stwosza. W XVI wieku domalowano w ich tle zbliżającą się postać Judasza wraz z żołnierzami.

Rzeźby we wnętrzu Kaplicy Ogrójcowej przy kościele św. Barbary w Krakowie. Fot. Jan Jeništa, Wikimedia Commons


Kolejnym dziełem związanym z dawnym cmentarzem przy kościele Mariackim jest kamienna płaskorzeźba przedstawiająca Modlitwę Chrystusa w Ogrójcu – to dzieło samego Wita Stwosza, datowane na lata ok. 1485–1490. Rzeźba – wykonana z piaskowca – do 1911 roku była wmurowana w kamienicę na placu Mariackim, później przeniesiono ją jednak do krakowskiego Muzeum Narodowego, zaś na fasadzie domu z numerem 8 znalazła się kopia. Oryginał jest eksponowany obecnie na wystawie polskiej sztuki dawnej w galerii w Pałacu Biskupa Erazma Ciołka.

Wit Stwosz, Modlitwa Chrystusa w Ogrójcu, ok. 1485–1490, Muzeum Narodowe w Krakowie.
Fot. Wikimedia Commons

 

Historia rzeźby z Ptaszkowej

Drewniany kościół w Ptaszkowej niedaleko Nowego Sącza pochodzi z 1555 roku. Nie wiadomo, kiedy dokładnie trafiła do niego rzeźba Modlitwy w Ogrójcu, choć zapewne było to w 1. połowie XIX wieku. Została umieszczona w niszy na zewnętrznej ścianie prezbiterium, czyli w warunkach bardzo niekorzystnych dla figur drewnianych. W 1851 roku zwrócił na nią uwagę Józef Łepkowski, dostrzegając podobieństwa do wspomnianego wcześniej kamiennego Ogrójca Wita Stwosza z placu Mariackiego w Krakowie. W 1889 roku Stanisław Wyspiański i Józef Mehoffer wykonali rysunki rzeźby z Ptaszkowej w ramach swej młodzieńczej wycieczki. Rozpoczęła się ona od studenckiego objazdu inwentaryzacyjnego pod opieką profesora Władysława Łuszczkiewicza z krakowskiej Szkoły Sztuk Pięknych, który młodzi artyści kontynuowali na własną rękę, zwiedzając zabytkowe kościoły Sądecczyzny.

Józef Mehoffer, rysunek Ogrójca z Ptaszkowej, 1889, szkicownik w Muzeum UJ w Krakowie, il. wg: T. Łopatkiewicz, Naukowo-artystyczna wycieczka w Sądeckie z 1889 roku na tle zabytkoznawczej działalności Władysława Łuszczkiewicza i uczniów krakowskiej Szkoły Sztuk Pięknych, Nowy Sącz 2008, s. 76. Stanisław Wyspiański, rysunek rzeźby z Ptaszkowej, 1889, szkicownik w Muzeum UJ w Krakowie. Fot. Wikimedia Commons Stanisław Wyspiański, rysunek rzeźby z Ptaszkowej, 1889, szkicownik w Muzeum UJ w Krakowie. Fot. Wikipedia


Niestety kolejne renowacje znacząco zaszkodziły reliefowi z Ptaszkowej; w latach trzydziestych XX wieku brutalnie zdjęto z niego wszystkie nawarstwienia, a następnie pokryto zaprawą, nową polichromią, złoceniami i srebrzeniem. Co gorsza, pod koniec XX wieku przemalowania te zostały dodatkowo nieumiejętnie poprawione. W 2002 roku rzeźbę poddano wreszcie starannej konserwacji, którą przeprowadził Stanisław Stawowiak; wyniki badań opublikowała Magdalena Stawowiak w artykule w czasopiśmie „Folia Historiae Artium” oraz w katalogu wystawy „Wokół Wita Stwosza”, która odbyła się w Muzeum Narodowym w Krakowie w roku 2005. 

Sensacyjne efekty konserwacji

W wyniku renowacji okazało się, że pod przemalowaniami kryło się dzieło tak wysokiej klasy, że za jego autora można uznać samego Wita Stwosza! Rzeźbę zadatowano na lata ok. 1493–1495, ponieważ reprezentuje ona dojrzalszy styl mistrza, który wyewoluował po zrealizowaniu przez Stwosza kamiennych nagrobków króla Kazimierza Jagiellończyka (1492) i biskupa Piotra z Bnina (1493). Kreując dramatyczne przedstawienia, artysta poszedł w kierunku syntezy form, stawiając na monumentalność kompozycji kosztem drobiazgowości szczegółów. Charakterystycznymi elementami ówczesnego stylu Stwosza jest też swobodne kształtowanie form miękkim rzeźbiarskim modelunkiem.

 

W dodatku w trakcie prac nad rzeźbą z Ptaszkowej Stanisław Stawowiak zauważył sensacyjny detal: oto nienaturalnie połamane fałdy szat św. Jana układają się w litery S-T-V-O-S. Pierwotnie czytelność tych liter wzmocniona była zapewne przez polichromię rzeźby (z zachowanych śladów wynika, że oryginalnie Chrystus odziany był w szatę fioletową, Jan – w czerwoną suknię i niebieski płaszcz, a Piotr – w granatową suknię i czerwony płaszcz). To niesłychanie interesujący przypadek tak zwanej kryptosygnatury: artysta wplótł swoje nazwisko bezpośrednio w dzieło sztuki, kamuflując je w splotach dynamicznych, twardo łamanych draperii. Wiemy, że Stwosz stosował tego typu zabiegi: na przykład w epitafium Paula Volckamera z kościoła św. Sebalda w Norymberdze z roku 1499. To kamienne dzieło składa się z trzech kwater, przedstawiających Ostatnią Wieczerzę, Modlitwę w Ogrójcu i Pojmanie. W tej ostatniej jeden z żołnierzy ma na szabli dekoracje z literami, które można ułożyć w napis VIT STUOZ.

Wit Stwosz, epitafium Paula Volckamera z kościoła św. Sebalda w Norymberdze, 1499.
Fot.  Daderot, Wikipedia

 

Osobiście odnoszę wrażenie, że kryptosygnatura Stwosza ukryta w fałdach szat może także znajdować się w niewielkiej rzeźbie Madonny z Dzieciątkiem, obecnie przechowywanej w zbiorach Victoria and Albert Museum w Londynie. Figurka ta jest przez tamtejszych kuratorów uważana za dzieło Stwosza powstałe jeszcze w Krakowie, zanim w 1496 roku artysta powrócił do Norymbergi. Trzeba jednak podkreślić, że ekspresyjnie zgniecione, dynamiczne szaty o twardo łamanych fałdach to po prostu niezwykle charakterystyczny element stylistyczny w sztuce późnogotyckiej – udziwnione formy nie muszą wcale zawierać ukrytych napisów.

Wit Stwosz, Madonna z Dzieciątkiem, przed 1496,
© Victoria and Albert Museum, London.


Po zdjęciu wtórnych przemalowań z rzeźby z Ptaszkowej konserwatorzy podjęli decyzję o nierekonstruowaniu polichromii tej rzeźby. Jedyną większą ingerencją przy tej renowacji było uzupełnienie brakujących dłoni Chrystusa, jako kluczowego elementu kompozycji. Dłonie te nie zachowały się, a w XIX wieku były zrekonstruowane, lecz nieumiejętnie; dodatek ten w ostatniej renowacji usunięto, zastępując nową rekonstrukcją, osadzoną w stylistyce rzeźb Wita Stwosza. Nie da się jednak odtworzyć innych brakujących elementów: śpiącego Jakuba Apostoła, anioła z kielichem, ku któremu zwracał się Chrystus, oraz tła ukazującego pejzaż oliwnego ogrodu. Najprawdopodobniej kompozycja z Ptaszkowej oryginalnie zbliżona była do wspomnianej już kwatery z epitafium Paula Volckamera.

Zestawienie rzeźby z kościoła z Ptaszkowej i fragmentu epitafium Paula Volckamera

 

Czym pierwotnie mogła być rzeźba z Ptaszkowej?

Jakkolwiek płaskorzeźba z Ptaszkowej sprawia wrażenie niezwykle plastycznego reliefu, w rzeczywistości jej głębokość to jedynie 11 centymetrów! Pierwotnie była to najprawdopodobniej kwatera ze skrzydła ołtarza szafiastego. Układ postaci świadczy o tym, że owa scena mogła być usytuowana w górnej części lewego skrzydła nastawy ołtarzowej. Niewykluczone, że centralnym przedstawieniem tego retabulum było Ukrzyżowanie. O popularności takich schematów ikonograficznych w sztuce Krakowa XV i XVI wieku świadczą takie dzieła, jak chociażby tryptyk Ukrzyżowania z Zasowa (ok. 1460–70, Muzeum Diecezjalne w Tarnowie) czy też tryptyk Jana Olbrachta (ok. 1501–1505, kaplica Czartoryskich w katedrze na Wawelu). Powielały one schematy rzeźbionych nastaw pasyjnych, produkowanych m.in. w Niderlandach i północnych Niemczech.

Nie wiadomo, jakiej nastawy pozostałością jest nasza Stwoszowska płaskorzeźba – do kościoła w Ptaszkowej trafiła ona prawdopodobnie, jak już wspominałam, dopiero w 1. połowie XIX wieku. Wiemy ze źródeł, że Wit Stwosz w 1. połowie lat dziewięćdziesiątych XV wieku realizował różne zamówienia do kościoła Mariackiego w Krakowie (m.in. mały ołtarz fundacji rajców miejskich), jednak nie jesteśmy w stanie z pewnością powiązać rzeźby z Ptaszkowej z żadną konkretną nastawą ołtarzową.

Ogrójec z krakowskiego kościoła św. Floriana

Kamienny relief Modlitwa Chrystusa w Ogrójcu, lapidarium przy kościele św. Floriana w Krakowie, 2. ćw. XVIII wieku, fot. M. Łanuszka.

Na koniec warto zauważyć, że sam temat Modlitwy Chrystusa w Ogrójcu w bardzo interesujący sposób osadził się w naszej świadomości w sztuce późnogotyckiej. Zapewne właśnie dlatego pozostałości po kamiennej płaskorzeźbie ze sceną Modlitwy Chrystusa w Ogrójcu, znajdujące się w lapidarium przy kościele św. Floriana w Krakowie, były określone przez badaczy jako zabytek późnogotycki. Stopień zniszczenia rzeźby nie pozwala na rzetelną analizę form stylistycznych, lecz zachowane fragmenty obramienia dowodzą, że wbrew pozorom to dzieło powstało dwa stulecia po czasach Wita Stwosza. Oto bowiem artysta ozdobił kompozycję ramą zdobioną ornamentyką regencyjną: oznacza to, że Ogrójec od św. Floriana powstał dopiero w 2. ćwierci XVIII wieku! A zatem nie każdą krakowską Modlitwę w Ogrójcu powinniśmy wiązać z Witem Stwoszem lub jego współpracownikami.

Opracowanie: dr Magdalena Łanuszka
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

dr Magdalena Łanuszka – absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, doktor historii sztuki, mediewistka. Ma na koncie współpracę z różnymi instytucjami: w zakresie dydaktyki (wykłady m.in. dla Uniwersytetu Jagiellońskiego, Akademii Dziedzictwa, licznych Uniwersytetów Trzeciego Wieku), pracy badawczej (m.in. dla University of Glasgow, Polskiej Akademii Umiejętności) oraz popularyzatorskiej (m.in. dla Archiwów Państwowych, Narodowego Instytutu Muzealnictwa i Ochrony Zbiorów, Biblioteki Narodowej, Radia Kraków, Tygodnika Powszechnego). W Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie administruje serwisem Art and Heritage in Central Europe oraz prowadzi lokalną redakcję RIHA Journal. Autorka bloga o poszukiwaniu ciekawostek w sztuce: www.posztukiwania.pl.

„Długoś już jeździł, daj niech ja teraz pojeżdżę” – kilka słów o Osiołku Palmowym i obrazoburstwie

Przy okazji zbliżającej się Niedzieli Palmowej warto przypomnieć prezentowaną na naszym portalu, a pochodzącą z Szydłowca, późnogotycką figurę Chrystusa na tak zwanym Osiołku Palmowym ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie. Zachęcamy również do lektury tekstu na naszym blogu, który dotyczy wykorzystania tak zwanych Osiołków Palmowych w dramatyzowanej liturgii Niedzieli Palmowej. Tym razem chcielibyśmy zwrócić uwagę nie na ich rolę w oprawie kultu religijnego, ale na kontrowersje wokół wykorzystania tego rodzaju rekwizytów liturgicznych.

Zwyczaj prowadzenia Chrystusa na osiołku w czasie procesji Niedzieli Palmowej był popularny przez cały okres średniowiecza. Pierwsze głosy krytyczne wobec tego typu praktyk pojawiły się w okresie reformacji wraz z falą potępienia dla kultu obrazów lub dotychczasowej jego formy.

Rzeźba Chrystus na Osiołku Palmowym, Muzeum Narodowe w Krakowie, domena publiczna

Radykalni reformatorzy, będący zwolennikami ikonoklazmu, pozbywając się tego wszystkiego, co uważali za bałwany, sięgali często po spektakularne chwyty propagandowe. W roku 1523 wikary ze szwajcarskiego Ufenau – jako wyraz sprzeciwu wobec dotychczasowych form kultu – wykonał swojego rodzaju happening, a mianowicie wymienił figurę Osiołka Palmowego na drewno opałowe. Tym samym pokazał, ile w jego mniemaniu powinny być warte idole dla chrześcijanina.

Niekiedy akty obrazoburstwa dokonywane na figurach Chrystusa na Osiołku Palmowym przybierały formy tak teatralne, jak wcześniejsze ich wykorzystanie w liturgii. Za przykład niech posłużą trzy szwajcarskie przypadki odnotowane w kronice napisanej przez Renwarda Cysata, pisarza miejskiego w Lucernie:

Tłumaczenie: Wersja oryginalna:

„W Jonschwil w Turgoni w [regionie] stary Toggenburg […]
samowolny obrazoburca zrzucił ze Zwierzęcia Palmowego
[Osiołka Palmowego – przyp. AS] obraz [rzeźbę – przyp. AS]
Naszego Pana i kpiąco powiedział: »Długoś już jeździł,
daj niech ja teraz pojeżdżę«”
 


„zuo Jonschwyl im Thurgow old Toggenburg [...] hat ein
muothwilliger bildstürmer vnsers Herrn bild ab dem palmthier
geschlagen und spöttlich gesagt: »Du hast lang gnuog geritten,
muoßt mich jetz reiten laßen«”.

„[W Mellingen obrazoburcy] zrzucili obraz Naszego Pana
ze Zwierzęcia Palmowego, posadzili na studni w środku
miasta i wsadzili mu do ręki rybacką wędkę w taki sposób,
jakby łowił ryby”
 

„das bildt vnsers Herren ab dem palmthier mit grossem gespoth
genommen, auff den brunnen mitten in der statt gesetzt, vnd
ihme ein fisch ruethen in die hand gesteckht, als ob er fischete”

„[W Mersburgu nad Jeziorem Bodeńskim obrazoburcy]
zaatakowali i splądrowali kościół, a najzuchwalsi z nich
wizerunek Naszego Zbawiciela siedzącego na Zwierzęciu
Palmowym […] z wielką kpiną wyprowadzili z kościoła
i zrzucili z wysokiego brzegu do jeziora”.

„die kirchen gestürmt vnd geplunderet vnd etlich
der muthwilligisten die bildniß vnseres Seeligmachers
auf dem Palmthier sitzende […] mit großem gespött auß
der kirchen gezogen, und bey disem seewinckhel ab einer
hoche in den see hinab gesturzt”[1].

 

Erhard Schön, Skarga biednych prześladowanych bożków i obrazów świątynnych, drzeworyt, 1530, źródło: Wikimedia commons, domena publiczna.
 

W Rzeczpospolitej zwyczaj procesji z Osiołkiem Palmowym krytykował znany poeta i ewangelik, Mikołaj Rej. Obyczaj ten wymienił i wykpił wraz z innymi, jego zdaniem, zabobonnymi praktykami i przekonaniami katolików: „[…] W niedzielę mięsopustną, kto twarzy nie odmieni, maszkar, ubiorów ku djabłu podobnych sobie nie wymyśli, już jakoby nie uczynił chrześciańskiej [sic] powinności dosyć. W środopostną niedzielę, kto się nie wyspowiada, już w rozpaczy chodzić musi, bo go papież nie przeżegnał. W kwietnią niedzielę, kto bagniątka [bazia – przyp. AS] nie połknął a dębowego Chrystusa do miasta nie doprowadził, to już dusznego zbawienia nie otrzymał. W wielki piątek, jeśli kto boso nie chodził, Judaszowi z Piłatem nie łajał, albo jeśli twarz umył, już męki Pańskiej nie wspomniał. W sobotę wielką ognia i wody naświęcić, bydło tem kropić i wszystkie kąty w domu poczarować, to też rzecz pilna. W dzień wielkanocny, kto święconego nie je, już zły chrześcijanin. A iż w poniedziałek i z panią po uszy w błoto nie wpadnie a we wtorek kiczką w łeb nie weźmie, to już nie uczynił dosyć powinności swojej. W dzień Bożego wstąpienia, kto Jezusa lipowego powrozem do nieba wciągnie a djabła z góry zrzuci a potem z nim po ulicach biega, to wielkie odpusty a przysługi sobie ku Panu Bogu otrzyma. W dzień ś. Jana bylicą się opasać a całą noc około ognia skakać i toć też niemałe uczynki miłosierne”[2].

W katolickich regionach Europy procesje z figurą Chrystusa na Osiołku Palmowym utrzymały się również po reformacji, choć straciły na popularności. O ciągłej żywotności tego zwyczaju świadczą zachowane figury tego rodzaju pochodzące z XVII i XVIII wieku. Odejście od procesji z Osiołkiem Palmowym przyniosło właściwie dopiero Oświecenie. W diecezji krakowskiej praktyka ta została ostatecznie zakazana w 1780 roku.

Niedawno, bo w roku 1968, zwyczaj procesji Niedzieli Palmowej z udziałem Osiołka Palmowego został ożywiony w Tokarni w województwie małopolskim z inicjatywy lokalnego proboszcza, Jana Macha. Osiołek Palmowy w Tokarni został wykonany przez Józefa Wronę (ówczesnego kościelnego i snycerza-samouka) i jest wzorowany na prezentowanej na naszym portalu rzeźbie z Muzeum Narodowego w Krakowie. Może warto się wybrać i zobaczyć?

Opracowanie: Adam Spodaryk (Redakcja WMM),
Licencja Creative Commons

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

Bibliografia:

  1. Christian von Burg, „Das bildt vnsers Herren ab dem esel geschlagen”. Der Palmesel in den Riten derZerstörung, „Historische Zeitschrift. Beihefte”, t. 33 (seria nowa), 2002: Macht und Ohnmacht derBilder. Reformatorischer Bildersturm im Kontext der europäischen Geschichte, s. 117–141;
  2. Wojciech Marcinkowski, „Chrystus na osiołku” z Szydłowca, „Spotkania z zabytkami”, 3–4, 2012, s. 26–31;
  3. Mikołaj Rej, Kazania Mikołaja Reja, czyli świętych słów a spraw Pańskich, które tu sprawował Pan a Zbawiciel nasz na tym świecie, jako prawy Bóg, będąc w człowieczeństwie swojem, Kronika albo Postyla, polskim językiem a prostym wykładem krótko uczyniona, zestawił i wydał x. Teodor Hasse, Cieszyn 1883 [wydanie elektroniczne: Kraków 2012].
  4. Wojciech Walanus, Imago Ihesu in asino. O niezachowanym dziele sztuki gotyckiej we Lwowie, [w:] Fides ars scientia: studia dedykowane pamięci Księdza Kanonika Augustyna Mednisa, red. Andrzej Betlej, Józef Skrabski, Kraków 2010, s. 379–390.

[1] Wszystkie trzy przypadki cytuje: Christian von Burg, „Das bildt vnsers Herren ab dem esel geschlagen…, s. 117.

[2] Mikołaj Rej, Kazania Mikołaja Reja…, s. 333–334.

„Zapach jest rodzajem misternej koronki, składa się czasem nawet z setek komponentów” – rozmowa z Martą Siembab, jedyną w Polsce senselierką

 

Warsztaty Marty Siembab „Zapach luksusu”, fot. Marta Chlanda, Archiwum MIK 2019 (CC-BY 3.0)

 

 

 

 

 

Mirka Bałazy: Co spowodowało, że zajęłaś się tematyką zapachów, skąd pomysł na taki zawód i na czym on polega?

 

Marta Siembab: Pomysł na taki zawód pojawił się w pewnym sensie mimochodem, bo właściwie przez całe życie interesowałam się zapachem; to było coś, co zawsze mnie kręciło. Jednych ciągnie do fortepianu, inni lubią tańczyć i śpiewać do rączki od skakanki, a mnie interesowały zapachy. Spędziłam dużą część dzieciństwa u dziadków na wsi, gdzie było mnóstwo zwierząt i gdzie funkcjonowało gospodarstwo z prawdziwego zdarzenia. Mieliśmy i sad, i ogród, i pole, mój dziadek pracował przy wyrębie lasu, były też krowy, kury, kaczki, świnie, psy i koty. Zbieraliśmy pokrzywy i jeżyny, było wędzenie własnych szynek w dymie z różnych gatunków drewna, był kompostownik i były żywice z drzewa, które się żuło zamiast gumy do żucia, towaru wówczas deficytowego. Te wszystkie rzeczy sprawiały mi prawdziwą przyjemność i budowały moją więź z zapachami. Mam wrażliwy nos i usta, lubię wąchać i smakować. Gdy byłam małą dziewczynką, myślałam, że każdy tak ma, nie zdawałam sobie sprawy, że to jest coś, co mnie odróżnia od innych dzieci. Z czasem poczułam, że przekazywanie wiedzy mnie pasjonuje. Najpierw byłam nauczycielką, potem wykładowcą, szkoleniowcem, trenerem, aż w końcu zrozumiałam, że skoro potrafię przekazywać wiedzę na temat języków, bo jestem z wykształcenia skandynawistką, uczyłam szwedzkiego i angielskiego, to będę też umiała dzielić się z innymi moją pasją – czyli światem zapachu. 

Pierwsze kroki jako senselierka stawiałam w 2006 roku, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, że będzie to zawód, który otworzy przestrzeń dla osób zainteresowanych zapachem. Najważniejsze w mojej pracy jest to, że łączę w niej wątki z różnych dziedzin i że polega ona zarówno na przeprowadzaniu innych przez świat zapachów, jak i na porządkowaniu tego świata i znajdowaniu w nim wzorców, układaniu ich w logiczną całość. Wydaje się, że zapach to coś ulotnego, nieuchwytnego, a on tak jak barwa czy dźwięk ma swoje cechy – i te cechy są porządkowalne, grupowalne. 

Współcześnie można projektować zapachy dla firm kosmetycznych, budować mapy zapachowe, można być perfumiarzem, artystą olfaktorycznym, działać z zapachem w wymiarze sztuki, można być „aroma jockeyem”, czyli tworzyć oprawy zapachowe do wydarzeń; wiele osób lubi też pisać o zapachach i recenzować perfumy. Ta sieć połączeń między różnymi dziedzinami życia a zjawiskiem zapachu bardzo się teraz rozwija. Cieszę się, że mogę o tym opowiadać, uczyć. Pracuję z dziećmi i dorosłymi, szkolę także osoby na co dzień pracujące z zapachem: kosmetyczki, fizjoterapeutów, stylistów i tych wszystkich, którzy chcą wykorzystać elementy aromaterapii w swojej pracy. Zapach jest dodatkowym wymiarem i można go połączyć z większością dziedzin naszego życia. 

Od kilku lat pracuję także z moim partnerem i wspólnikiem Maciejem Kaweckim przy projektowaniu marek oraz doświadczeń klienta z wykorzystaniem zmysłów, tak by uwzględnić  i smak, i węch, i dotyk, bo w gruncie rzeczy jesteśmy istotami zmysłowymi i dzięki temu, jak się czujemy w danym miejscu, wiemy potem, czy chcemy do niego wracać, czy nie. Często jest tak, że nasza nadwrażliwość na dotyk, dźwięk i zapach pozwala nam lepiej zaprojektować doświadczenie, bo potrafimy przewidzieć reakcje innych osób.

 

M.B.: W jaki sposób zdobywałaś wiedzę na temat zapachu?

 

M.S.:  Wciąż jest niewiele książek w języku polskim w pełni traktujących o zapachu. Najczęściej są to materiały w języku angielskim. Czerpię wiedzę z różnych źródeł, wykorzystując swoją naturalną wrażliwość i to, jaka jestem. Doceniam to, że mogę pracować w organiczny sposób i dawać korzyść innym ludziom. To dla mnie wielkie wyróżnienie. A sama inspiracja jest czymś nieuchwytnym – przychodzi na przykład podczas jazdy metrem w Mediolanie czy kolejką w Berlinie albo gdy spaceruję wzdłuż fiordów w Oslo i dobiegnie mnie zapach pływającej sauny. To jest coś ulotnego, abstrakcyjnego: skojarzenia, pomysły, kreatywność. Wszystkiego uczyłam się sama, czytając, wąchając, podróżując, wymieniając się doświadczeniami. Mam ogromną potrzebę docierania do sedna wszelkich zagadnień. Kiedy na drodze swoich poszukiwań napotkam nawiązanie do muzyki, psychologii, medycyny, filozofii, to wchodzę w każdy z tych obszarów i go zgłębiam. I tutaj ogromną rolę odegrał mój introwertyzm – przez pierwszych kilkanaście lat życia budowałam dzięki niemu swój wewnętrzny kapitał.

 

M.B.: Niektóre zapachy nam się podobają, a inne nas odrzucają. Jak to działa?

 

M.S.: To działa w pewnym sensie dwutorowo. Z jednej strony jesteśmy uzwojeni w tej najstarszej części mózgu, zwanej mózgiem gadzim, w ten sposób, żeby unikać tych zapachów, które są dla nas potencjalnym zagrożeniem, np. zapachu drapieżników albo odchodów, ale też rozkładającego się mięsa czy zepsutego pożywienia, bo są potencjalnym źródłem infekcji. To ma służyć przetrwaniu. I dlatego te zapachy nam się nie podobają. Jeżeli tego rodzaju zapach sprawia komuś przyjemność, oznacza to jakąś nieprawidłowość w procesie jego odbioru albo ta osoba ma jakieś pozytywne wspomnienia, silne emocje związane z tym zapachem. Mój były mąż, żeby mnie rozbawić, miał w zwyczaju pytać: „Kto płakał przy świniach?”, nawiązując w ten sposób do konkretnego wydarzenia z przeszłości ‒ byliśmy kiedyś w części Berlina zwanej Dahlem-Dorf, gdzie odtworzono stare gospodarstwo rolne. Stał tam pusty chlew, ale nie interesowałam się jakoś tym budynkiem. Szliśmy wtedy na pole, na wykopki, mieliśmy piec ziemniaki, ale gdy przechodziłam obok tego chlewu i poczułam jego zapach, to dopadło mnie nagłe wzruszenie; stałam i płakałam z tęsknoty za utraconym dzieciństwem. Później za każdym razem, kiedy zgrywałam twardzielkę, mąż pytał mnie: „Kto płakał przy świniach?”(śmiech).

Wspomnienia nacechowane pozytywnie nadpisują reakcję na zapach. W naszej najstarszej części mózgu, która się tworzy mniej więcej w trzecim miesiącu życia płodowego, są dwie struktury: jedna odpowiedzialna jest za pamięć, druga za emocje: hipokamp i ciało migdałowate – to, co tam trafia, zostaje na zawsze, chyba że pojawi się silniejsza emocja, która zmieni wspomnienie o danym zapachu. Lubimy po prostu te zapachy, które nam się dobrze kojarzą i w asyście których przeżyliśmy coś pozytywnego. Tak jak mówił inżynier Mamoń w filmie Rejs: „Lubię te piosenki, które znam”.

Ta wiedza jest bardzo przydatna w terapii traumy, dociera się wówczas do tego, jakie wyzwalacze zapachowe wywołują np. ataki paniki albo napady związane z zespołem stresu pourazowego. Jak się je zidentyfikuje, to łatwiej nawigować w świecie i unikać tych wyzwalających bodźców. Natomiast osoby, które zapadły w śpiączkę, mogą dzięki zapachom wynurzyć się na powierzchnię, wrócić do świata. Na przykład Pollena Aroma brała udział w takim projekcie we współpracy z Kliniką Budzik. Dzieci były stymulowane zapachami, które znały z domu, jeszcze sprzed choroby. W ten sposób pobudzano ich system nerwowy, co podobno przynosiło wymierne efekty. Zapachy to nasze pierwsze i jednocześnie najtrwalsze wspomnienia. Z biegiem lat tracimy ostrość wzroku czy słuchu, a węch pozostaje – jeśli oczywiście nie mamy jakichś schorzeń neurodegeneracyjnych, polipów w nosie albo wiecznej alergii. Nos osiemdziesięciolatka może funkcjonować tak samo jak nos ośmiolatka. Wspaniale jest cieszyć się zapachem zaparzonej herbaty i kawy, wnuków, zwierząt, zapachem chleba z masłem – to są przyjemności na całe życie. 

 

M.B.: Czy możesz zdradzić, w jaki sposób i z jakich powodów ludzie wybierają konkretne perfumy, zapachy?

M.S.: Odpowiedź na to pytanie bardzo ewoluuje, bo zmieniają się potrzeby, trendy i pojawiają się nowi ludzie, którzy patrzą na świat inaczej niż kiedyś. W czasach młodości mojej mamy, czyli w połowie lat 70. XX wieku, funkcjonowała idea podpisu zapachowego; przetrwała zresztą aż do czasów mojej młodości. Osoba szukała takiego zapachu, który ją wyraża – miał być stały, towarzyszyć jej przez dekady. Dlatego zapachy projektowane od lat 50. do 90. to były perfumy, które właściwie nie podlegały reformulacjom. A jeśli już, to bardzo dbano o to, by ten zapach nie różnił się zanadto od tego pierwotnego albo odbiegał jedynie w niewielkim stopniu, a już na pewno nie robiono celowej reformulacji służącej odświeżeniu zapachu X czy Y.

Ludzie chcieli mieć swój zapach, tak by można ich było dzięki niemu rozpoznać, tak jak rozpoznaje się kogoś po głosie, po sylwetce czy sposobie chodzenia. Zapach był elementem, składową człowieka, dobrze łączył się z wonią ciała i zostawał na ubraniach. Szukano w zapachu stałości i powtarzalności. Ale już w nowym milenium nastąpił wysyp produktów zapachowych: w roku mojego urodzenia na świecie było mniej niż 50 premier zapachowych rocznie, a kilka lat później nawet 2000 premier stało się już normą. Ten ogrom wymusza częste zmiany, żeby zrobić miejsce na sklepowych półkach i by mogły powstawać nowe koncepcje sprzedaży. Tak narodziły się perfumerie niszowe i inne typy dystrybucji niż kiedyś, inne filozofie marek. Z nadejściem pokolenia Y zmieniły się sposoby wyrażania siebie, ludzie chcą mieć wiele różnych zapachów, często w małych opakowaniach, które można dopasowywać do nastroju, stylizacji, okazji. To jest podejście bardzo elastyczne i poruszamy się raczej w jakimś obszarze niż w punkcie. Czyli perfumy dla mojej mamy byłyby punktem, a te dla mojej bratanicy będą już raczej zbiorem punktów. 

Młodzi konsumenci lubią też łączyć ze sobą zapachy, co stanowi wielkie wyzwanie, a jednocześnie utrudnienie, bo zapach jest rodzajem misternej koronki, składa się nawet z setek komponentów. To trudna sztuka. Czyli właściwie bawimy się zapachem, ale jest to raczej eksperymentowanie niż prawdziwe komponowanie. Czyli wyklejanka z kawałków kolorowego papieru, a nie ten delikatny, precyzyjny splot nici. Konsumenci bardzo wierzą w swoją kreatywność i sprawczość, dlatego próbują „robić sobie perfumy”. To jest w porządku, ale umówmy się, że jest to raczej budowanie z „klocków duplo” niż architektura. 

 

Ewelina Korostyńska: Czyli to z tych nowych trendów wynika zainteresowanie zapachami typu Molecule 01, 02, 03, które można łączyć ze swoimi ulubionymi perfumami?

 

M.S.: Te molekuły, pomysł perfumiarza Gezy Schoena, były genialnym konceptem marketingowym, bo perfumy to kompozycja, a on pomyślał sobie, że zabutelkuje pojedynczy związek chemiczny tylko w nośniku i nazwie go perfumami. Taką rzecz skutecznie można zrobić tylko raz. I tylko raz nią zaskoczyć. Marcel Duchamp ustawił pisuar i powiedział, że to jest dzieło sztuki, ale gdybym ja dziś przyszła do galerii z sedesem, to już nie byłoby tego efektu. Pomysł Gezy był genialny i szybko zaczęły go kopiować inne marki, przez co trochę stracił swój mocny, nowatorski wydźwięk, jednak uważam, że był to błysk geniuszu. Czasem luksusem jest po prostu myśl inżyniera. Iso E Super, czyli to, co jest sekretem Molecule 01, to surowiec, który był używany w wielu kompozycjach od dawien dawna i będzie używany zawsze, bo to jest zapach piżmowo-drzewny i bardzo ładnie harmonizuje poszczególne nuty kompozycji. Są firmy, które mają w bibliotece 100 prostych zapachów i można je na sobie łączyć. Takie doświadczenie uczy rozwijania wyobraźni węchowej. 

 

E.K.: Czy istnieją perfumy, które mają coś wspólnego z feromonami?

 

M.S.: Nie, człowiek nie odbiera feromonów, bo nie ma narządu lemieszowego, który feromony odczytuje. Żadna sekcja zwłok nie pokazała narządu Jacobsona u człowieka. Nie znam atlasu anatomicznego, który ten narząd ilustruje. W przekazie kulturowym mylimy hormony z feromonami, dlatego że czujemy zapach hormonów wydzielanych przez gruczoły potowe, znajdują się też w wydzielinach naszego ciała. Dlatego tak różni się zapach męskiej i damskiej szatni. Te zapachy informują nas nawzajem o budowie naszych układów odpornościowych. Im bardziej są do siebie podobne, tym mniejsza szansa na zdrowe potomstwo. Dlatego nie kuszą nas zapachy rodziców i rodzeństwa. Pocałunki z jedną osobą smakują fajniej niż z drugą, mimo że ta druga była ładniejsza wizualnie, ale smaczniejsza okazywała się ta mniej atrakcyjna. Badania wykazały, że ta reakcja na smak i zapach drugiej osoby jest ważniejsza niż reakcja wizualna. Wiadomo, że bardzo często przyciągamy się wzrokiem, ale potem zapach to zainteresowanie weryfikuje.

 

M.B.: Czy można jakoś określić kulturę zapachową, taki zapachowy savoir-vivre?

 

M.S.: Można, tak. Zapach jest takim samym sygnałem jak dźwięk. Mówienie zbyt podniesionym głosem czy wszelkie nadmiary w tym, co ludzie widzą i słyszą, są odbierane jako brak taktu, bo wkraczają w przestrzeń drugiej osoby – tak samo jest z zapachem. Zapach powinien być przede wszystkim dyskretny. Mocniej kuszą niedomiary niż nadmiary, a szept jest bardziej intrygujący od krzyku. Można więcej zdziałać, gdy się zapachem zanęca, a nie ogłusza. Lepiej użyć go mniej i wywołać taki efekt, że kolega z pracy czeka, aż przejdziemy za jego plecami, bo chce poczuć woń naszych perfum. To lepsze niż reakcja: „Boże, ale się Wiolka dzisiaj zlała perfumami, ledwo żyję”.

Mówi się, że w biznesie nie powinno się wyczuwać czyichś perfum z odległości na wyciagnięcie ręki, dopóki któraś z osób się nie poruszy. Zapach nie może stresować ludzi wokół. 

Możemy też używać zapachu świadomie, aby wywołać u innych pewne wrażenia sensoryczne. Warto wiedzieć, że jeśli ktoś pachnie bardzo słodko, to odbierany jest jako osoba mniej kompetentna. Czy można coś udawać zapachem? Okazuje się, że w pewnej mierze można. Mamy o wiele więcej skojarzeń z zapachami niż nam się wydaje. Każdy ma swój wewnętrzny kod zapachowy. Niektórzy wyobrażają sobie zapachy jako pocztówki, inni jako osoby. Gdy prowadzę warsztaty, lubię patrzeć, jak ludzie widzą zapachy, bo widzą je, tylko rzadko o nich rozmawiają.

 

M.B.: Czy zwracasz uwagę na formę opakowań perfum i czy kolekcjonujesz flakony?

 

M.S.: Nie powiedziałabym, że kolekcjonuję, bo kolekcjonowanie to wielka odpowiedzialność. Myślę, że nie jestem gotowa na kolekcjonowanie czegokolwiek, bo musiałaby to być kolekcja totalna. Za to bardzo zwracam uwagę na flakony, i to na różne ich aspekty, nie tylko na kształt, formę, ale też na takie cechy, jak przejrzystość i sposób, w jaki kolor rozgrywa się w danym materiale. Na studiach zainspirowała mnie książka Ludwiga Wittgensteina Uwagi o barwach. Czy coś, co jest czarne, może być przeźroczyste? To pytanie długo nie dawało mi spokoju. Flakony są dla mnie bardzo ważne. Projekt flakonu jest celowym działaniem, jeśli marka podchodzi do tego świadomie, zaufa projektantowi i da mu czas. Opakowanie jest przecież pierwszym sprzedawcą zapachu i mówi klientowi rzeczy, których perfumy jeszcze nie zdążyły powiedzieć.

Jedne flakony są dziełami sztuki, inne tylko dowcipami. Coraz trudniej podążać za formalnym kodem, który był kiedyś ustalony. Dawniej flakony dla kobiet były bardziej obłe, a dla mężczyzn raczej kanciaste. Ale te zasady nie są już tak ściśle przestrzegane. Do lat 90. było pewne, że zapachy czerwone to te zmysłowe i z nutą wanilii, a fiolet to kolor tajemnicy, czegoś zaskakującego. Zapachy kwiatowe umieszczano zazwyczaj w naczyniach różowych i przezroczystych, a im mniejsza przezierność, tym bardziej można się było spodziewać nut słodkich, wanilinowych. Z kolei zielony oznaczał perfumy szyprowe, gorzkie, wymagające, a flakony w kolorze whisky zawierały wonie ambrowe, ciepłe i otulające. Te kody w dużej mierze obowiązują nadal, ponieważ osobom odpowiedzialnym za markę zależy, żeby ich produkt wysyłał czytelny komunikat. 

Projektowanie flakonów jest coraz większym wyzwaniem, bo z jednej strony marki chcą być kreatywne, wyznaczać nowe kierunki i przełamywać stereotypy, ale często ich pomysły okazują się zbyt dziwaczne i niepraktyczne, np. perfumy we flakonie w kształcie buta czy sztabki złota. Są osoby, które może używałyby tego zapachu, ale go nie wybierają, bo nie odpowiada im estetyka przedmiotu.

 

M.B.: Czy istnieją takie dzieła sztuki, do których chciałabyś skomponować zapach?

 

M.S.: Miałam okazję skomponować zapachy do wystawy malarstwa Zdzisława Beksińskiego w Nowohuckim Centrum Kultury, to była dla mnie wielka przyjemność. Po rozmowach z właścicielami kolekcji Beksińskiego, państwem Dmochowskimi, wybrałam prace, zilustrowałam je zapachami i zostawiłam w formie pamiętników. Odwiedzający wystawę mogli wpisać do nich swoje przemyślenia, wrażenia. Gdy po zakończeniu ekspozycji czytałam te pamiętniki, płakałam ze wzruszenia, bo ludzie pisali fascynujące rzeczy, bardzo się otworzyli w tych wpisach. Nie uważam się za artystkę, chociaż moja mama mówi, że od zawsze nią jestem — chyba jednak bardziej chodzi jej o moją spontaniczność. Tworząc zapachy do prac Beksińskiego, czułam, jak proces tworzenia wydziera mi ze środka kawałek po kawałku. Dlatego podziwiam wszystkich artystów, bo wyrażanie siebie jest bardzo eksploatujące, wyczerpuje baterie i generuje duży poziom lęku. Zresztą, mój partner zawsze mi powtarza, że artystą się nie jest, a jedynie się nim bywa.

 

E.K.: Czy w świecie sztuki odnajdujesz kogoś, kto szczególnie Cię inspiruje?

 

M.S.: Olbrzymią inspirację stanowi dla mnie artysta belgijski Peter de Cupere. Spotykamy się regularnie podczas wydarzeń organizowanych przez Instytut Sztuki i Olfaktoryki z Los Angeles, który ma swój oddział w Amsterdamie, a także na targach perfum niszowych w Mediolanie i we Florencji. Peter od lat wplata zapach do swojej sztuki ‒ są to rzeczy poruszające wszystkie zmysły, np. domek zbudowany z waty, do którego trzeba się wcisnąć przez wąską szczelinę. Znajdujemy się nagle wewnątrz kłębka waty nasączonej intensywnym zapachem mydlin. To wrażenie przebywania jednocześnie w chmurze, wacie i mydlanej pianie wstrząsa pamięcią i wydobywa z niej przeróżne emocje. Albo chmura zawieszona pod sufitem, do której trzeba się wdrapać po drabinie, aby poczuć przerażający zapach smogu (chciałoby się zażartować, że w Krakowie to chyba niepotrzebne). Peter został wyróżniony nagrodą za całokształt pracy przez Instytut, o którym wcześniej wspomniałam. W tym roku mam przyjemność zasiadać w składzie sędziowskim Instytutu, który ocenia perfumy niszowe i rzemieślnicze ‒ to doroczny konkurs Art and Olfaction Awards. Wyniki zostaną ogłoszone 5 maja w Amsterdamie.

 

M.B.: Jakie muzea czy wystawy związane z zapachem chciałabyś polecić?

 

M.S.: Do tej pory mówiło się raczej o muzeum zapachów. Takim przykładem jest słynna Osmoteka w Paryżu. Ale może powiem o nowościach: w Szwajcarii w Lozannie są dwie interesujące wystawy: jedna w MUDAC: https://mudac.ch/en/ „Nez à nez – Contemporary perfumers”; tu przestrzeń poświęcona jest genialnym nosom współczesnych czasów, a zapachy są wyeksponowane w niezwykle kreatywny sposób. W tej samej miejscowości jest też jest wystawa sensoryczna, która skupia się na różnych zmysłach, podobnie w Musée de la main: http://www.museedelamain.ch/. I jeszcze Saatchi Gallery w Londynie z wystawą „We live in an ocean of air”: https://www.saatchigallery.com/art/salon_009.php. To wystawa w świecie wirtualnej rzeczywistości, gdzie możemy zaobserwować magię, miarę, wagę oraz znaczenie oddechu i powietrza. Bardzo mocno działa na zmysły wzroku i węchu. Takich wydarzeń jest coraz więcej i zachęcam rodziców, by zabierali na nie swoje dzieci, gdyż stymulowanie wyobraźni jest bardzo ważne – nie trzeba do tego wielkich pomocy naukowych, wystarczy chęć i wyobraźnia. Nawet wąchanie dłoni po gotowaniu czy głaskaniu zwierząt pokazuje, że zapach stale krąży wokół nas.

 

E.K.: A czy istnieje coś takiego jak zapach lokalności, jakiegoś miejsca, Małopolski, Warszawy, taki, który kojarzy się z danym obszarem i jego kulturą?

 

M.S.: Zapach lokalności jak najbardziej istnieje i jest to coś, co każdy z nas posiada w jakiś sposób na własność, dlatego trudno jest odtworzyć zapachy miast i regionów w tym sensie, że chcielibyśmy stworzyć perfumy, które reprezentują na przykład Kraków. Należałoby przeprowadzić bardzo obszerne badania biorące pod uwagę doświadczenia i przeżycia ludzi w rozmaitym wieku, z różnych grup społecznych, bo każdy  przechowuje swój wewnętrzny, lokalny krajobraz zapachowy: inny ma osiemdziesięciolatek, a inny osiemnastolatka. Ponieważ jadła inne rzeczy, używała odmiennych kosmetyków, prała w inaczej pachnących detergentach, w innych miejscach spędzała wolny czas. Wiele zapachów, które łączymy z dzieciństwem, domem, to puste skojarzenia dla osób z innej części Polski czy z innej części świata, więc poszukiwania zapachu lokalności można prowadzić na wiele różnych sposobów. Można zbadać, jakie zapachy istnieją we wspomnieniach osób, które w danym regionie żyją. To jest jedna perspektywa. Druga podpowie nam, jak pachnie dane miejsce fizycznie: jaką ma roślinność, jakie zbiorniki wodne, jaką wilgotność powietrza, temperaturę – to wszystko będzie się składało na zapach lokalności. Można też spojrzeć na dane miejsce z perspektywy spaceru zapachowego czy mapy zapachowej, czyli prześledzić, jak pachnie to, co mijamy po drodze z punktu A do punktu B. Bardzo ciekawą osobą jest Kate McLean, która robi piękne mapy zapachowe (https://sensorymaps.com/about/) różnych miejsc, np. Nowego Jorku, ale też wielu innych, mniej znanych. I tu możemy mówić o zapachu piekarni, wędzarni ryb, salonu, gdzie strzyże się psy, o tych wszystkich zapachach, które mijamy na przykład w drodze do domu. Można też podejść do zapachu regionu jak do pracy na abstrakcyjnych ideach i zadać sobie pytanie, jacy są poznaniacy albo mieszkańcy Krakowa, jakie mają cechy albo co ich wyróżnia i charakteryzuje. I zastanowić się, w jaki sposób przenieść te cechy na wrażenia węchowe. Jest mnóstwo możliwości. 

 

E.K.: Na przykład dworce pachną jakoś tak swojsko, znane nam dworce…

 

M.S.: O tak, dworce albo stacje metra. Myślę, że gdyby ktoś mnie wysadził na stacji metra w Berlinie o dowolnej porze i z zamkniętymi oczami, to wiedziałabym, gdzie jestem, bo panuje tam bardzo specyficzny zapach. To moje pozytywne skojarzenie, mimo że zapach jest dość brutalny. Te zapachy lokalności to jest wrażliwa sprawa, bo ludzie mają jakieś związane z nimi emocje. I należy zadbać o to, żeby „każdy” mógł się do nich odnieść, wyrazić swoje zdanie. Tutaj zalecam dużą ostrożność, bo łatwo jest o zranienia.

 

E.K.: W jaki sposób kreuje się wizerunek poprzez zapach? U każdego zapach budzi inne skojarzenia, więc stworzenie spójnego wizerunku wydaje się trudne.

 

M.S.: Przeciwnie, to jest bardzo uporządkowane, podobnie jak w świecie barw, tekstur i wzorów. Są konkretne wrażenie zmysłowe, które mogą tworzyć bliskość lub dystans. Czasem powiemy, że ktoś jest słodki i ciepły, a innym razem, że jest chłodny albo nieprzyjazny. Mamy pewne stałe skojarzenia z konkretnymi wrażeniami, świeżość, słodycz, gorycz, szorstkość. Jest to oparte również na naszych doświadczeniach. Ważny jest też kontekst kulturowy. Mamy skojarzenia z wzorami barwami i teksturami ‒ i tak samo jest z zapachami, tylko trzeba je sobie uświadomić. Niektóre zapachy sprawiają wrażenie lekkości, przestrzeni, jasności, ale są i takie, które wnoszą ze sobą ciężkość i szorstkość. I przez pryzmat takich zapachów możemy być postrzegani. Pamiętajmy o tym.

 

E.K.: Nawiążę jeszcze do woni niszowych. Od jakiegoś czasu są modne zapachy typu ulica po deszczu, palona opona, pociąg, metal. W jaki sposób uzyskuje się te zapachy i dlaczego stały się modne? Jak to się dzieje, że one budzą w ludziach takie emocje? 

 

M.S.: Zapachy niszowe to temat szeroki. Nisza, która zaczęła się wyłaniać na początku XXI wieku, to był obszar olbrzymiej kreatywności właśnie wtedy, kiedy zapachy w perfumeriach sieciowych były przewidywalnie tradycyjne, czyli kwiaty i cytrusy dla kobiet, zioła i drzewa dla mężczyzn – i te podziały były wyraźne. A perfumiarstwo niszowe łamało takie stereotypowe podziały na flakony damskie i męskie. Ujednolicając je, zaczęto przekraczać bariery między płciami. Kobiety lubujące się w drzewnych zapachach ucieszyły się, że nie muszą już kupować perfum, które na pudełku mają napis „męskie”. A zapachy żużlu, asfaltu itp. to są raczej zapachy konceptualne. Część z nich jest noszalna, bo mają tylko niuans takiej niszowej woni w kompozycji, i to jest przyjemne dla dużej grupy konsumentów. Są też marki, które tworzą zapachy typowo konceptualne służące wyłącznie podziwianiu, doświadczaniu. Taki zapach jest jak obraz albo muzyka. Ma sprawiać przyjemność, wywoływać emocje. Możemy go doświadczać. Część zapachów bardzo skandalizujących jest robiona w celach wizerunkowych i marketingowych. To są produkty, o których się chętnie pisze albo rozmawia, ale one nie znikają szybko z półek, są np. perfumy personalizowane własnym moczem. To takie wabiki, ale marka się z tego nie utrzyma. Obecnie nisza jest tak zdywersyfikowana, że w pewnym sensie to perfumiarstwo mainstreamowe wlało się do niszy, no i w niszy też już jest mainstream. 

 

E.K.: Co nam daje świadome odczuwanie zapachów, jak to na nas wpływa, czy może nas jakoś zmienić, uwrażliwić?

 

M.S.: Bardzo fajne pytanie. Świadome odczuwanie zapachów może zdziałać wiele różnych dobrych rzeczy. Przede wszystkim sprawia, że świat jest piękniejszy. Nie tylko dlatego, że zauważamy te zapachy wokół siebie. To jest jedno z głównych ćwiczeń, które zadaje ludziom zainteresowanym zapachem, kiedy chcą zgłębiać ten temat. Zalecam im, żeby raz dziennie zatrzymali się na 30 sekund i zastanowili się, co dookoła pachnie i jak pachnie. Tylko tyle i aż tyle. Odkrycie, że coś może być przyjemne i szukanie miłych zapachów wokół. Warto wiedzieć, jakie zapachy nas odstresowują, i mieć je przy sobie. A kiedy jesteśmy zapachowo nadwrażliwi, polecam zwykłą maść mentolową: wystarczy posmarować się nią pod nosem, żeby zablokować wonie, które nam przeszkadzają.

Uważność na zapachy pobudza kreatywność, może na przykład zachęcać do gotowania tylko na węch, bez próbowania. Zapachy dają mnóstwo radości, obserwuję to na warsztatach, kiedy ludziom przypominają się dzięki nim różne rzeczy, miłe wspomnienia, np. takie, że włosy dziewczyny, z którą ktoś tańczył w podstawówce, pachniały szamponem pokrzywowym. Ten zapach to było dla tej osoby pierwsze erotyczne doznanie, mimo że bezdotykowe. Po warsztatach ludzie są odprężeni. Odkrywa się nowy wymiar rzeczywistości. 

 

E.K.: A tak mało się o tym mówi…

 

M.S.: To prawda, ale ja tak dużo już dziś o tym opowiedziałam…

 

 

Rozmowę z Martą Siembab przeprowadziły Mirka Bałazy i Ewelina Korostyńska z Małopolskiego Instytutu Kultury w Krakowie.

Wywiad odbył się przy okazji premiery kolekcji rodziny Sosenków „Zapach luksusu” na portalu Wirtualne Muzea Małopolski.

 

Kraków, 21.03.2019 roku

 

 

Esej Magdaleny Ziółkowskiej o Andrzeju Wróblewskim

Magdalena Ziółkowska

Dlaczego jedynymi pomnikami, jakie stawia Wróblewski ludziom, są nagrobki?[1]

A czerń, E biel, I czerwień, U zieleń, O błękity,
Tajony wasz rodow
ód któregoś dnia ustalę.
Artur Rimbaud, Samogłoski[2]

[Autoportret nr 901], praca niedatowana, akwarela, gwasz, papier, 29,5 x 41,8 cm,
kolekcja prywatna, ⓒ Fundacja Andrzeja Wróblewskiego

W styczniu 1948 roku dwudziestojednolatek z dorobkiem kilkudziesięciu prac i udziałem w dwóch studenckich wystawach pisał tak: „Każdy malarz i naukowiec w Krakowie to mąż + prowodyr czy sekretarz + lew salonowy + ojciec domu i głowa rodziny + fachowy + twórca. Moją ambicją jest być: stary kawaler + twórca”[3]. Jego wyrazisty „samorząd wewnętrzny” oparty na dyscyplinie myślenia i postrzegania, odrzucał przeciętność, bylejakość i kompromisy sprowadzające artystę do „automatu czynnościowego”. Niespełna trzy tygodnie wcześniej o sobie samym zanotował: „Jestem synem, Polakiem, inteligentem, wielokrotnym kolegą, przechodniem i pocieszycielem”[4]. Oto Andrzej Wróblewski (ur. 1927, Wilno – zm. 1957, Tatry) – towarzysz, obywatel, komunista, kandydat do Partii, asystent na Wydziale Malarstwa krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, odznaczony Medalem X-lecia Polski Ludowej. Historyk i krytyk sztuki, przejściowo socrealista. Mąż i ojciec.

Andrzej Wróblewski to postać wyjątkowa nie tylko dla powojennej sztuki polskiej. Próżno szukać innego przykładu artysty tak szczelnie zatrzaśniętego we własnej legendzie. Z jej precyzyjnej konstrukcji wyrwać go trudno, bo oto pojawił się ten, który dla lat 1958–1967 odegrał rolę szczególną, odrębną od losów twórców poodwilżowych oraz tych kultywujących systematycznie odnawianą przez władze tradycję realizmu socjalistycznego. Wróblewski-symbol niósł na swych barkach obowiązek „łatwo spostrzegalnej tożsamości”, zbudowanej na przedstawianiu powojennych gruzów osobistym językiem „realizmu bezpośredniego”. Dla malarskich debiutantów (np. artystów grupy „Wprost”) Wróblewski to bohater pierwszoplanowy – zaangażowany ideolog, ironista i cierpki obserwator świata, konsekwentnie wystawiający na próbę nowe formuły realizmu w momencie, gdy na oficjalnych salonach uznanie krytyków zdobywają nurty bezprzedmiotowe: liryczna abstrakcja, taszyzm, informel, malarstwo materii. Przez historyków sztuki końca lat 50. i początku 60. jego twórczość uznawana była za istotne ogniwo formuły powojennej nowoczesności, choć dalekie od źródeł konstruktywistycznej awangardy, która od 2. poł. lat 60. ponownie odgrywała coraz większą rolę. Dla krytyków sztuki to bezkompromisowo oddany ideom sztuki „młody barbarzyńca”, „malarz cierpienia”, „malarski Brecht” i „spectator vitae”[5], reprezentujący krańcowe zaangażowanie. Środowiskowa alienacja, momentami pogarda, odrzucenie przyziemnego funkcjonowania w ramach społeczeństwa, w strukturze akademii, rodziny, pośród krakowskich kolegów-artystów były oczywistą ceną tej postawy. Dla przedstawicieli władz z kolei Wróblewski to ten, który na ośmiu płótnach Rozstrzelań bez niedomówień, językiem figuracji potrafił rozprawić się z okropnościami wojny i nazistowskim okupantem[6]. Tu stoi kat, tam jego ofiary. W szczególności to Rozstrzelanie surrealistyczne, (Rozstrzelanie VIII)[7] po wystawie w krakowskim Pałacu Sztuki w 1958 roku – na której dzieło eksponowano po raz pierwszy – nabyło status cennego obiektu w zestawie „sztuka narodowa” przeznaczonym na eksport. Dlatego też i twórczość licząca ponad 1000 dzieł wykonanych w niemal wszystkich technikach, i dopełniająca ją tragiczna biografia artysty, splotły się w legendę nośną dla przedstawicieli różnych szczebli polityki kulturalnej i środowiska artystycznego.

Przodownik pracy, 1945–1951, Muzeum ASP w Krakowie,
© wszystkie prawa zastrzeżone

Jako wzorcowy socrealista Wróblewski pracował krótko, zaliczając kilkanaście ministerialnych zleceń na wielkoformatowe płótna upamiętniające historyczne rocznice, bieżące wydarzenia (śmierć Stalina, budowanie Nowej Huty), sceny dokumentujące „rozwijające się społeczeństwo socjalistyczne” i „pracę inteligencji ludowej”[8], studia i portrety takie, jak Portret przodownika pracy (1951). Twórczości tej towarzyszyły pojedyncze stypendia, dotacje, zgoda na wyjazd na III Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów w Berlinie (1951), a nawet dyplom honorowy na IV Światowym Festiwalu Młodzieży w Bukareszcie w sierpniu 1953 roku[9]. Jeśli, jak zauważa Barbara Majewska, krytyczka i współuczestniczka wraz z Wróblewskim kilkutygodniowego wyjazdu do Jugosławii, „Socrealizm Wróblewskiego był dosłowny, był krańcowy – nie był przemycaniem malarskiej wiedzy do administracyjnie narzuconego kształtu plastyki. […] angażując się w tę żałosną historię nie niszczył się [on – przyp. aut.] nieszczerością”[10], to po raz kolejny artysta docierał do krawędzi osobistej utopii. Poza nią rozpościerało się terytorium powinności, rozczarowania, twórczej i intelektualnej apatii. W porównaniu do poprawnych w treści i ujęciu tematu ideowych scenek Przebindowskiego, Barącza, Łakomiaka i innych plastyków-fachowców, absolwentów pracowni malarstwa profesorów-kapistów, socrealistyczne płótna Wróblewskiego wydają się emocjonalnie wyblakłe i spustoszałe, po prostu „niezgrabne, wymęczone i obolałe”[11].

Wraz z początkiem roku 1957 na artystycznym koncie dwudziestodziewięcioletniego Andrzeja Wróblewskiego odnotowujemy: udział w 13 wystawach zbiorowych, w tym w „Wystawie Sztuki Nowoczesnej” (Kraków, 1948/1949), „Młodzież walczy o pokój” (Warszawa, 1950/1951), „Wystawie karykatury polskiej” (Warszawa, 1953) i kilku przeglądach okręgowej sceny, jedną wystawę indywidualną (tempery i tusze na papierze, Klub Związku Literatów Polskich, Warszawa, 1956) oraz prezentację (wraz z Witoldem Damasiewiczem i Włodzimierzem Kunzem) w ramach „III Wystawy Dyskusyjnego Salonu Plastyki »Po Prostu«” (Warszawa, 1956). To na tej ostatniej Wróblewski pokazuje wielkoformatowe płótna, tempery i gwasze iluminujące nową rzeczywistość „ukrzesłowionych”, masywnych kobiet, bohaterów kolejek zastygłych w trwaniu, zawieszonych w bezczasie. Płótna malowane „surowo i nieprzetrawioną farbą”[12] – notuje w Księdze gości wystawy krytyk Szymon Bojko. Do tego dorobek krytyczno-literacki: około 70 własnych artykułów o sztuce, recenzji z wystaw, tekstów polemicznych i ideologicznych z prasy artystycznej i krakowskich dzienników. Szkicowniki, notatki, fotografie, drobne studia, prace dziecięce i młodzieńcze, w tym ilustracje książkowe. I najważniejsze, œuvre artysty liczące w przybliżeniu 150 obrazów olejnych, 1400 rysunków, gwaszy, akwareli, tuszy, 10 kartonów, 82 monotypie, 64 grafiki warsztatowe[13]. Z tego zasobu, znanego za życia artysty w stopniu mniej niż niewielkim, przez kolejne lata, podążając za imperatywem syna, by „unikać stanów pośrednich”, Krystyna Wróblewska (1904–1994), dokona zdecydowanych wyborów, surowych „cięć” na materii jego sztuki i podejmie decyzje ingerujące w dorobek syna w stopniu dotąd nieznanym[14].

(Kompozycja), [Rodzina], praca niedatowana, olej, płótno,
150 x 131 cm, Muzeum Narodowe w Krakowie,
Fundacja Andrzeja Wróblewskiego

Na płótnie (Kompozycja), [Rodzina] zawarte jest malarskie œuvre Andrzeja Wróblewskiego. Czy to istotnie scena rodzinna we wnętrzu, rozmowa człowieczopodobnych form, rozpalająca halucynacyjna wizja-iluminacja nowego świata pełnego życiodajnej siły i energii? Może (Kompozycja), [Rodzina] to zagadka samego jasnowidza malarskiej poetyki, od pierwocin do stanu niewiadomego przez „rozprzężenie wszystkich zmysłów”[15]? Do tego obrazu Wróblewski zmierzał długo. Przeobrażał kolejne formy, potęgował i doskonalił samoistne znaczenie koloru, by ostatecznie rozegrać obraz po poetycku. Jak w sonecie Rimbauda nabrzmiałym od nadmiaru znaczeń, odległych wizji, z dala od logiki rzeczywistości, nabranych nawyków i rzemieślniczej wprawy. Z lewej – „purpurowe rozkwity” czerwieni, z prawej – zieleń i „spokój, który odciska / W skórze uczonych czół bruzda alchemii głęboka”. Gdyby miało dojść do spotkania z „alchemikiem słowa”, to jest to właśnie ten moment. Obaj na „skompromisowanie” ze światem nie pójdą. Czy Wróblewskiego „Ja chcę wyjść z siebie, przejść siebie, dokonać rzeczy niemożliwej, wypełnić zadanie niesłychane – zrealizować wizję, stworzyć obraz przekonywający bezwzględnie, zbudować go decyzjami”[16] nie jest wyznaniem jasnowidzącego?

Przez kolejnych 40 lat Krystyna Wróblewska pozostanie cichą depozytariuszką i strażniczką dorobku syna, trzymając się drugiego planu, z dala od wywiadów i prasowych wypowiedzi, prowadząc własną działalność dydaktyczną na Wydziale Architektury krakowskiej Politechniki. Raz jedynie będzie uczestniczyć w projekcie wystawienniczym z własną twórczością drzeworytniczą i grafiką warsztatową syna[17]. Dziś możemy jedynie wyobrażać sobie, przed jakimi dylematami stanęła matka, segregując setki prac – spuściznę nierzadko anonimową, niezatytułowaną, bez dat i sygnatur, najczęściej w formacie nie większym niż 30 x 42 cm[18]. Większość z nich widziała wówczas po raz pierwszy. Każdą z prac, w tym i te nieukończone, podpisała, imitując sygnaturę artysty: „A. Wróblewski” lub „AWróblewski” z przeznaczeniem do publicznego wykorzystania. Używała schematu zastosowanego wcześniej w około 60 pracach sygnowanych i tytułowanych przez syna. Każdemu z dzieł nadała numer, a te – jej zdaniem – najwybitniejsze i przeznaczone do późniejszych ekspozycji, zatytułowała samodzielnie, klasyfikując w zespoły tematyczne. Wprowadziła tytuły odnoszące się wprost do tego, co przedstawiała kompozycja (np. barki, statki, szoferzy, nagrobki, czaszki, głowy, krzesła, dziewczynki, dachy, miasta etc.), a w przypadku wielu podobnych tematów, różnicowała je za pomocą przydawki określającej kolor, liczebników lub atrybutów, oraz tytuły interpretujące temat pracy. Zarys ludzkiej figury zrośnięty z krzesłem, wypełniony wrzecionowatymi kształtami nazywała „człowiekiem rozdartym”, „ludźmi” lub „cieniem Hiroszimy”, choć takich określeń artysta nie używał nigdy[19]. Jej autorskie i anonimowe „dzieło” narastało na licach dzieł syna. W prawym dolnym rogu – podpis, w prawym górnym – numer identyfikacyjny, a po lewej stronie u dołu – tytuł. Odstępstwem od tej reguły były prace o mniejszym formacie lub takie, na których wprowadzenie podpisu ingerowałoby nadmiernie w kompozycję. Wówczas Krystyna Wróblewska opisywała pracę tylko numerem, zaś podpis nanosiła na odwrotnej stronie podłoża. W kompozycjach abstrakcyjnych decydowała o kierunku ich odbioru, nierzadko w sposób sprzeczny z intencją artysty[20].

(Abstrakcja), [Abstrakcja geometryczna], 1948, olej, płótno,
119 x 69 cm w świetle ramy, kolekcja prywatna,
Fundacja Andrzeja Wróblewskiego
[Kompozycja abstrakcyjna nr 1504], praca niedatowana, akwarela, gwasz, tusz,
papier, 42 x 29,5 cm, kolekcja Tate Modern, Londyn,
Fundacja Andrzeja Wróblewskiego

„Nie o nim, lecz z nim” – postuluje Mieczysław Porębski w pierwszym obszernym eseju analizującym losy twórczości Wróblewskiego – do połowy lat 60. będą to jedyne tak wnikliwe rozważania o dorobku tego „małomównego i nieskorego do wyznań [artysty – przyp. aut.], niechętnego wszelkiemu zdobnictwu i językowemu, i malarskiemu”[21]. To słowa z Przedmowy do katalogu „Wystawy pośmiertnej” otwartej w styczniu 1958 roku w krakowskim Pałacu Sztuki dzięki staraniom Krystyny Wróblewskiej i grupy przyjaciół tworzących komitet organizacyjny (m.in. Włodzimierz Buczek, Witold Damasiewicz, Adam Hoffmann, Jan Tarasin, Andrzej Wajda, Mieczysław Wejman). Ekspozycja, powstała w niespełna rok od śmierci artysty i prezentująca 259 jego dzieł, została przeniesiona do stołecznego Centralnego Biura Wystaw Artystycznych a, zaś jej nieco uboższa wersja pojechała do łódzkiego Ośrodka Propagandy Sztuki i do sopockiego Centralnego Biura Wystaw Artystycznych. Wróblewski został przedstawiony, i to dosłownie, od południa kraju po północ, z rozmachem i profesjonalizmem przypisanym dotychczas retrospektywom najwybitniejszych. Do skuteczności tego poziomu polityki wystawienniczej nie mogły równać ani pojedyncze płótna wysyłane przez artystę na krakowskie wystawy okręgowe, ani reprezentacja abstrakcyjnych obrazów i modeli przestrzennych na „Wystawie Sztuki Nowoczesnej” (1948), a z pewnością nie kameralny pokaz tuszy i gwaszy w stołecznym salonie. Popularności nie przynosiła Wróblewskiemu także „spóźniona donkiszoteria […] pogarda dla »porządku społecznego«, autorytetów, wszelkiej normalnej kariery i uregulowanej pracy”[22]. Krystyna Wróblewska, ciesząc się szacunkiem licznych środowisk przedwojennej inteligencji, znajomościami i przyjaźniami pośród muzealników, otoczona legendą czasów wileńskich, wokół „sprawy syna” zebrała osoby zaangażowane i oddane.

Pod wieloma względami krakowska i warszawska edycje wystawy były wyjątkowe, nie tylko ze względu na użyte narzędzia wizualnego przekładu sztuki Wróblewskiego, lecz przede wszystkim z uwagi na jakość eksponowania współczesnej twórczości w państwowych placówkach. Obie prezentacje zostały zaprojektowane przez wybitnych powojennych wystawienników – Andrzeja Pawłowskiego (1925–1986) i Stanisława Zamecznika (1909–1971). W praktyce wystawienniczej Pawłowski, absolwent Wydziału Architektury Wnętrz krakowskiej Akademii, eksperymentował z użyciem światła naturalnego i sztucznego, z płaskością i przestrzennością brył, kształtów, faktur, strukturami materiałów, bogaty już w doświadczenia aranżacyjne (m.in.: wystawa „Książka polska”, Berlin 1951; wnętrza Państwowego Teatru Lalek Banialuka, Bielsko 1953; ekspozycja działu polskiego na „Międzynarodowej Wystawie Sztuki Krajów Socjalistycznych”, Moskwa 1958). Wystawę Wróblewskiego zaprojektował jako system tematycznych ciągów, filmowych klatek lub kadrów, nieco halucynacyjnych i widmowych, intuicyjnie lub świadomie podążając za zainteresowaniami artysty filmem i fotografią. Rozstrzelania, debiutujące tutaj w liczbie pięciu płócien i dwóch szkiców, z wysmakowaną nonszalancją oparł o ścianę i postawił bezpośrednio na podłodze, niektóre powiesił nisko nad ziemią, z lekkością oddalając od tła. Gest ich „zdjęcia” z galeryjnej ściany i potraktowania jak przedmiotów codziennych, w prowizorce czekających na dalszy los, wzmacniał siłę rażenia samej materialności obrazów i ich treści.

Syn i zabita matka, 1949, Muzeum Narodowe w Krakowie
Fundacja Andrzeja Wróblewskiego

„Okropności wojny budzące przerażenie” nie zniknęły raz na zawsze ani też na chwilę. „seria z automatu / kaszle przeklina / kogo rozstrzeliwuje / ludzi czy pamięć o nich / kogo unicestwia / inspektora czy zmiętą bluzę / padają na ziemię / ręce i nogi / wysypuje się z kieszeni / obskurne zdziwienie / zdziwienie śmiercią i farbą” – pisał Julian Kornhauser w wierszu Syn i zabita matka[23]. Tytułową pracę połączono z jej pendant – płótnem Matka z zabitym dzieckiem (oba z 1949 roku) – które jako skrzydła dla sceny w centralnej kwaterze – Rozstrzelania z chłopczykiem, (Rozstrzelanie V) – złożyły się na przejmujący tryptyk o byciu w świecie żywych i umarłych lub umarłych za życia. Niektóre przestrzenie wystawy Pawłowski rozegrał nisko – monotypie leżały na blatach-pulpitach nieco ponad ziemią, obrazy kolejek i „ukrzesłowionych” kobiet otrzymały rekwizyty – dostawione krzesła, tak by publiczność, zajmując miejsce w trwającej kolejce, mogła ponieść nastrój obrazów dalej. Wybrane elementy architektury obleczono ciemnym, delikatnym materiałem, wydobywając kontrast z jasną ścianą, a prace na papierze przypięto bezpośrednio szpilkami. Pawłowski unikał przesłon, przepierzeń, ścianek działowych, szyb, ram i innych elementów konstruujących narracyjną ścieżkę, które nie tylko nadpisywałyby kolejne wizualne konteksty, lecz przede wszystkim niepotrzebnie kadrowałyby same dzieła. Wystarczyło, że opowieść ekspozycji pisał amfiladowy układ sal Pałacu Sztuki, a w głębszej perspektywie możliwe było zobaczenie kilku planów. Co ciekawe, niemal połowa eksponowanych dzieł olejnych posiadała inną kompozycję z drugiej strony płótna, a pomimo tego żadne z nich nie zostało zaprezentowane obustronnie. Przeciwnie, „przebito” Likwidację getta (1949), skazując ją na długowieczne zapomnienie, eksponując Szofera, (Szofer niebieski) (1948), który stanie się jednym z najbardziej ikonicznych obrazów w historii powojennej sztuki. Ta precyzyjna aranżacja toczyła się równolegle do procesu „kadrowania” dorobku Wróblewskiego z wątków nieprzystających zdaniem matki do pośmiertnego portretu syna-artysty. Dlatego też wśród eksponowanych 259 prac pojawił się tylko jeden obraz socrealistyczny (Na zebraniu, 1952). Ironiczne karykatury antykapitalistów, portrety przodowników pracy, tusze przedstawiające budowę Nowej Huty, litografie z życia studenckiego Bratniaka i wykładów marksizmu zostały zatrzaśnięte z powrotem w legendarnej szafie. Choć ujęte w inwentaryzacji opublikowanej w katalogu towarzyszącym, ani za życia matki, ani w dwóch kolejnych dekadach nie ujrzały światła dziennego. Po raz pierwszy prace socrealistyczne na papierze zostały zaprezentowane publicznie za granicą w 2010 roku, a w Polsce dwa lata później[24].

Ta heroiczna w formie i skali inwentaryzacja dorobku artysty pozwalała na identyfikację każdego dzieła i sprawne zarządzanie spuścizną, w tym m.in. logistykę wypożyczeń i prowadzenie opisów katalogowych. Dla œuvre tak obszernego niemożliwa byłaby identyfikacja prac o statusie „bez tytułu”, o tym samym wymiarze i wykonanych w jednej niemal technice. Zabiegi podejmowane przez Wróblewską-matkę i Wróblewską-artystkę zarazem dalekie były od obiektywizmu i naukowego dystansu w traktowaniu twórczości artysty. Pieczołowitość, drobiazgowość i determinacja, jaką w chwilach żałoby poświęciła matka opiece nad artystycznym testamentem syna, wskazuje na perspektywiczne plany, jakim te służyły. Za chwilę dzieła miały otrzymać drugie życie i „pracować” na rzecz syna-artysty – objechać mniejsze i większe retrospektywne wystawy, wejść w obręb muzealnych kolekcji jako wieloletnie depozyty lub zostać sprzedane do kolekcji prywatnych w Polsce i zagranicą. Jeżeli komukolwiek udało się nadać rozpoznawalny kształt pierwotnej twórczości Andrzeja Wróblewskiego, wyodrębniając zamknięty zbiór dostępnych treści i kierując interpretację w tym lub innym kierunku, to była to Krystyna Wróblewska.

[Pejzaż miejski nr 416], praca niedatowana, tusz, papier,
29,5 x 21,7 cm, kolekcja prywatna, Fundacja Andrzeja Wróblewskiego
(Jeździec i samolot), praca niedatowana, tusz, papier,
29,8 x 41,9 cm, kolekcja prywatna, ⓒ Fundacja Andrzeja Wróblewskiego

 

Rok 1958 zapoczątkował konsekwentną akcję wystawienniczą – poza krakowską retrospektywą, w tym tylko roku zorganizowano wspomniane jej trzy adaptacje w Warszawie, Łodzi i Sopocie. Krystyna Wróblewska opracowała zaś autorski, przenośny i poręczny zestaw kilkudziesięciu gwaszy, rysunków i prac graficznych oparty na wyborze dzieł z lat 1956–1957, podróżujący do mniejszych ośrodków, takich jak: Katowice (1958), Nowa Huta (1958), Toruń (1958), Olsztyn (1962), Częstochowa (1962), Bydgoszcz (1964). Wróblewski został tu zredagowany, a może i zdegradowany, do wątków tematycznych, za pomocą których matka zatytułowała dorobek ostatnich miesięcy. Sekwencje czaszek, nagrobków, kolejek, statków, ludzi rozdartych, umieszczone na jasnym tle, w jednakowych wymiarów antyramach, bohaterowie ujednoliceni we fryz o uniwersalnej kondycji człowieka. Jednej wystawy od drugiej nie odróżnia niemal nic. „Jak wielka musiała być siła, tkwiąca w tym młodym artyście, świadczy fakt, iż właśnie w roku 1958, kiedy to przez polskie salony artystyczne przechodziła wielka fala »abstrakcji lirycznej«, »informel«, »taszyzmu« zyskał on malarstwem w najwyższym stopniu niemodnym, malarstwem »z tezą« moralną, niemal gazetową – więcej niż sławę, stał się w opinii młodzieży artystycznej jednym z jej bohaterów” – podsumowuje po kilku latach krytyk Andrzej Osęka[25]. I są to słowa niezwykle trafne.

[Wiosna na ASP III], praca niedatowana, akwarela, gwasz, papier, 29,3 x 41,6 cm, kolekcja Wawrzyńca Brzozowskiego, Fundacja Andrzeja Wróblewskiego

Od 1959 roku płótna Wróblewskiego w niespełna dekadę objechały przeglądy polskiej sztuki organizowane przez dyrektorów najważniejszych muzeów: Stanisława Lorentza i Ryszarda Stanisławskiego, od Genewy, Wenecji, Amsterdamu, Sztokholmu, Paryża, Oslo, Essen, Nancy po Paryż. Plany ich ekspozycji w Moskwie (1958) i Stanach Zjednoczonych (1964) nie doszły do skutku[26]. Czy inaczej potoczyłyby się losy recepcji artysty, gdyby wówczas zagościł w dwóch centrach zimnowojennej geografii? – nie tylko na to pytanie nie znamy odpowiedzi. Trasa objazdowa malarstwa Wróblewskiego – choć de facto w pakiecie nie znalazł się ani jeden obraz olejny – wspierała regularną i konsekwentną politykę depozytowo-sprzedażową, dzięki której płótna artysty pojawiły się w najważniejszych kolekcjach muzealnych. Nieliczne prace artysty trafiały do zbiorów publicznych jeszcze za jego życia, lecz były to zakupy sporadyczne dokonywane przez Ministerstwo Kultury i Sztuki. Do pierwszych transakcji muzealnych doszło już w trakcie wystawy pośmiertnej, kiedy gwasze i tusze, m.in. (Ukrzesłowiona II), (Wiosna na ASP), (Dachy) i monotypia (Akt), znalazły nowych właścicieli. Pierwszą z nich zakupili artyści Tadeusz i Barbara Brzozowscy, kolejną – profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, ostatnią zaś – kolekcjonerzy sztuki w Pensylwanii w Stanach Zjednoczonych[27]. Wbrew opinii Jana Michalskiego[28], 15 maja 1958 roku Muzeum Narodowe w Krakowie dokonało pierwszego i jednego z największych kompleksowych zakupów dzieł Wróblewskiego, nabywając ponad dziesięć gwaszy, m.in.: (Szofera z czerwonym pejzażem), (Pogrzeb), (Kitka przy oknie), (Szarą rybę), i dwie monotypie: (Rybę) i (Muchę). To czas intensywnego obrotu w szczególności obrazami olejnymi. Najważniejsze płótna serii Rozstrzelań oraz Poczekalnia I, Kolejka trwa (1956), (Nagrobek kobieciarza) (1956), Słońce i inne gwiazdy (1948) oraz Zakochani (1956) trafiają do muzeów Warszawy, Poznania, Torunia i Łodzi. Równolegle w formie depozytów przekazane zostają: Szofer, (Szofer niebieski) (1961, Muzeum Narodowe, Warszawa), Rozstrzelany, Rozstrzelanie z gestapowcem i Spacer zakochanych (1964, Muzeum Okręgowe, Bydgoszcz), (Krzesła) (1966, Muzeum Sztuki, Łódź, zakupiony do kolekcji) i Dworzec, (Poczekalnia – biedni i bogaci) (1968, Muzeum Narodowe, Warszawa). Obrazy Wróblewskiego, jeśli już trafiły za muzealne mury, to po to, by zająć znaczące miejsce w poodwilżowych prezentacjach stałych galerii sztuki współczesnej. Zdzisław Kępiński w Muzeum Narodowym w Poznaniu (1957), Juliusz Starzyński w Muzeum Narodowym w Warszawie (1958), Helena Blum w Muzeum Narodowym w Krakowie (1959), a przede wszystkim Ryszard Stanisławski w Muzeum Sztuki w Łodzi, wpisywali nowoczesność w istniejące narracje, asymilując aktualną twórczość z tą historyczną, wskazując punkty wspólne, powroty, nawiązania, ciągłość rozwoju form i treści.

Fachowość ówczesnej organizacji promocji twórczości Wróblewskiego, nawet w dzisiejszych czasach profesjonalizacji zawodu kuratora i galerzysty, międzynarodowych targów sztuki i innych narzędzi „wprowadzania” nowych nazwisk do obiegu krajowej i międzynarodowej sztuki, zasługuje na uznanie. Równolegle do indywidualnych wystaw w kraju postać artysty staje się również częścią eksportowej narracji o osiągnięciach współczesnej sztuki polskiej, wpisującej się, co oczywiste, w oficjalną politykę kulturalną PRL-u. Wróblewski staje obok nestorów przedwojennej awangardy: Karola Hillera, Władysława Strzemińskiego, Henryka Stażewskiego, oraz rówieśników z krakowskiej i warszawskiej Akademii: Marii Jaremy, Jana Lebensztajna, Jerzego Nowosielskiego, Gabrieli Obremby. Wbrew obiegowym mitom, w końcu lat 50. pokazywano sztukę polską poza granicami kraju na stosunkowo dużą skalę, a dzięki umowom dwustronnym dotyczącym współpracy i wymiany kulturalnej, intensywnie rozwijała się wymiana artystyczna[29]. Niech świadczy o tym fakt, że i sam Wróblewski – jako malarz i krytyk sztuki zarazem – w towarzystwie krytyczki Barbary Majewskiej, redaktorki „Przeglądu Kulturalnego”, odwiedził w październiku 1956 roku Jugosławię w ramach wymiany między polską i jugosłowiańską Komisją ds. Współpracy z Zagranicą[30].

Na „Pologne 50 ans de peinture” organizowanej przez Ryszarda Stanisławskiego w Genewie i Wenecji (obie w 1959 r.) pokazano trzy płótna: Matka i córka, Pranie; Rozstrzelanie surrealistyczne, (Rozstrzelanie VIIII) i Poczekalnia II, (Ukrzesłowienie I). Ostatnie z nich w tym samym roku dołączyło do Matek, Antyfaszystek i Poczekalni I, Kolejka trwa na „Poolse schilderkunst van nu” w Stedelijk Museum w Amsterdamie, przeniesionej do Kopenhagi przez Bohdana Urbanowicza, profesora warszawskiej Akademii i Stanisława Zamecznika. Dwa lata później Stanisław Lorentz wybrał Rozstrzelanie surrealistyczne, (Rozstrzelanie VIII), Matkę i córkę, Pranie i Szofera, (Niebieskiego szofera) na prestiżową „Douze peintres polonais modernes” w paryskim Musée National d’Art Moderne. Tylko pierwsze z płócien pojawiło się na „Polsk Maleri” (1961) w Nasjonalgaleriet w Oslo, przygotowanej przez Lorentza, Stanisława Fijałkowskiego i Jerzego Zanozińskiego, lecz narracja tej wystawy obejmowała kilka wieków sztuki polskiej, od zaborów, poprzez symbolizm, malarstwo batalistyczne, aż do najnowszych tendencji i nurtów. W tym samym roku w Sztokholmie, przyjaciel artysty Marek Oberländer zaprezentował trzy Rozstrzelania: I, II, V na „Warszawas Ghetto” w Judiska Kulturinstitutet, obok Xawerego Dunikowskiego, Jonasza Sterna, Kazimierza Osmolskiego. I kolejne wystawy: 1962/1963 Essen, 1964 Belgrad, 1967 Nancy, 1968 Kilonia, 1969 Paryż, 1970 Londyn, 1971 Rostock, 1972 Berlin, Cottbus, Frankfurt n. Odrą, Budapeszt, Bukareszt… Wraz z końcem lat 60. Krystyna Wróblewska wygasza sprzedaże i użyczanie depozytów. Ku końcowi zmierzają także wystawy indywidualne artysty podróżujące po większych i mniejszych krajowych instytucjach, choć pojedyncze płótna Rozstrzelań i Poczekalnia I, Kolejka trwa odwiedzają europejskie stolice, czytelne dla publiczności przywykłej do egzekucyjnej ikonografii.

Boris Buden na pytanie o miejsce Andrzeja Wróblewskiego dziś (a właściwie o miejsce jego legendy) odpowiada, że znajduje się ono „w zawieszeniu, w »czeluści« między własnymi kulturowymi korzeniami a uniwersalnym tłumaczeniem”[31]. Zdaniem filozofa zniuansowany przekład sztuki artysty, czytanie jej w chwilowej niepamięci o „fantazmatycznej strefie kulturowej uniwersalności”, do której zmierza wielu współczesnych historyków sztuki i kuratorów, pozwoli uwolnić Wróblewskiego z niewygodnego potrzasku. Tego, w którym tkwi od kilku co najmniej dekad. Buden powtarza za Benjaminem, że choć niesie ze sobą niepowetowane straty, tłumaczenie to „[…] forma transformacji oryginału, odnowienie czegoś żywego. Jest to [...] życie po życiu, czy też »przeżycie« dzieła sztuki”[32].


Opracowanie:
dr Magdalena Ziółkowska
Licencja Creative Commons

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

dr Magdalena Ziółkowska – historyczka sztuki, kuratorka, absolwentka Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu Warszawskiego, Szkoły Nauk Społecznych w Warszawie i Curatorial Traning Programme w De Appel Arts Centre w Amsterdamie (2006/2007). W 2013 roku obroniła doktorat poświęcony koncepcji Muzeum Sztuki Aktualnej we Wrocławiu i polskiemu muzealnictwu lat 60.
W latach 2006–2010 gościnna kuratorka w Van Abbemuseum w Eindhoven, gdzie zrealizowała projekty takie, jak Notes From the Future of Art. Selected Writings of Jerzy Ludwiński (2007) i Andrzej Wróblewski. To the Margin and Back (2010). Z Muzeum Sztuki w Łodzi związana w latach 2008–2014, autorka projektów, m.in.: Art Always Has Its Consequences (2008–2010), Tytuł roboczy: archiwum (2008–2009), Sanja Iveković Trening czyni mistrza (2009), Oczy szukają głowy do zamieszkania (współkuratorka, 2011), Hüseyin Bahri Alptekin. Zajścia, zdarzenia, okoliczności, przypadki, sytuacje (współkuratorka, 2013–2014). Redaktorka antologii Teoria Sztuki Zbigniewa Dłubaka (Warszawa 2013) i współkuratorka wystawy Only to melt, trustingly, without reproach (Škuc galerija, Lublana 2013–2014). W latach 2015–2018 dyrektorka Galerii Sztuki Współczesnej „Bunkier Sztuki” w Krakowie.
Od 2012 roku współfundatorka i wiceprezeska Fundacji Andrzeja Wróblewskiego, w tym współkuratorka wystawy „Andrzej Wróblewski. Patrzeć wciąż naprzód” (Muzeum Narodowe, Kraków, 2012–2013) i autorka dwujęzycznej monografii artysty Unikanie stanów pośrednich. Andrzej Wróblewski (1927–1957) (Warszawa 2014).


[1] Andrzej Wojciechowski, Andrzej Wróblewski, „Współczesność” 1962, nr 3, s. 12.

[2] Artur Rimbaud, Samogłoski, [w:] Artur Rimbaud, tłum. Adam Ważyk, s. 73.

[3] Andrzej Wróblewski, [Już tyle lat], [w:] Unikanie stanów pośrednich. Andrzej Wróblewski (19271957), red. Wojciech Grzybała, Magdalena Ziółkowska, Warszawa 2014, s. 87.

[4] Tamże, s. 78.

[5] Mieczysław Porębski, Przedmowa, [w:] Andrzej Wróblewski. Wystawa pośmiertna, Pałac Sztuki, Kraków 1958, s. 5; Ignacy Witz, Młody barbarzyńca, „Gazeta Krakowska” 1967, nr 182, s. 5; Andrzej Osęka, Malarski Brecht, „Polska” 1963, nr 5, s. 8; Agnieszka Ławniczakowa, Spectator vitae, „Nurt” 1967, nr 7, s. 46–47.

[6] Za życia artysty tylko Rozstrzelanie (Rozstrzelanie II, Rozstrzelanie poznańskie) zostało eksponowane na Międzyszkolnych Popisach Państwowych Wyższych Szkół Artystycznych w Poznaniu w 1949 r.

[7] Poniższy zapis tytułu realizuje system nazewnictwa dzieł rozróżniający tytuły autorskie (zapisane jako pierwsze i bez nawiasów) od tytułów nadawanych pośmiertnie przez matkę artysty (w nawiasie okrągłym), kuratorów i badaczy (w nawiasach kwadratowych) oddzielone przecinkiem. W przypadku braku jakiegokolwiek tytułu dzieła, co ma miejsce w przypadku prac nieeksponowanych i niereprodukowanych, wówczas Fundacja Andrzeja Wróblewskiego nadaje tytuł zapisany w nawiasie kwadratowym, używając określeń z tradycji akademickiej – „martwa natura”, „kompozycja figuralna”, „Kompozycja abstrakcyjna”.

[8] Cyt. za: Andrzej Wróblewski, Krakowskie wystawy TPSP, „Życie Literackie”, 1951, nr 2, s. 12.

[9] Płótno Na zebraniu (1952) zostało wyróżnione nie tylko dyplomem honorowym Festiwalu, lecz Wróblewskiemu przyznano rok później również wyróżnienie finansowe po „IV Ogólnopolskiej Wystawie Plastyki”. Ostatecznie, dzieło zostało zakupione przez Ministerstwo Kultury i Sztuki. Obecnie praca nieodnaleziona, znana z reprodukcji w: „Żołnierz Polski” 1954, nr 23.

[10] Barbara Majewska, Niech bogowie się zlitują nad malarzami albowiem bardzo tego potrzebują”. O sztuce Andrzeja Wróblewskiego, „Sztandar Młodych” 1957, nr 207, s. 5.

[11] Cyt. za: Janusz Bogucki, [w:] Andrzej Wróblewski. W 10-lecie śmierci. Referaty i głosy w dyskusji z konferencji w Rogalinie 4 maja 1967 r., Poznań 1971, s. 43.

[12] Szymon Bojko, Księga gości, cyt. za: Unikanie stanów pośrednich..., dz.cyt., s. 462.

[13] Podaję za liczbami wskazanymi przez matkę artysty w katalogu „Wystawy pośmiertnej”, Kraków 1958.

[14] Podobne potraktowanie spuścizny artysty znajduje historyczne pierwowzory, jednak nie znamy przypadków, w których podpis na dziele składany przez spadkobierców byłby w rzeczy samej imitacją sygnatury artysty, a z takim przypadkiem mamy tu do czynienia. Setki rysunków Jacka Malczewskiego (1854–1929) zostały opatrzone odbiciem pieczęci z herbem Tarnawa i podpisem żony. Rysunki Wojciecha Weissa (1875–1950) ponumerowano i ostemplowano z faksymile podpisu artysty. Pieczątki z informacją „Jan Stanisławski ze spuścizny pośmiertnej” i podpisem stosowała Janina Stanisławska, wdowa po artyście.

[15] Cyt. za: Julia Hartwig, Artur Rimbaud. Poeta przeklęty, [w:] Artur Rimbaud, Sezon w piekle. Iluminacje, Warszawa 1998, s. 7.

[16] Andrzej Wróblewski, [Już kilka tygodni żyję życiem pracownianym]], [w:] Unikanie stanów pośrednich, dz.cyt., s. 86.

[17] Za życia Wróblewskiego, matka i syn kilkukrotnie pokazywali prace na tych samych wystawach zbiorowych w Krakowie i Warszawie, po raz pierwszy w listopadzie 1951 r. na „Wystawie Plastyki dla uczczenia 34. rocznicy rewolucji październikowej” w Pałacu Sztuki, na której Krystyna Wróblewska zaprezentowała drzeworyt W kopalni, a Andrzej Wróblewski trzy litografie: Tow. Martyka padł na posterunku, Front Narodowy i Remilitaryzacja (zmartwychwstanie Wermachtu). Na przestrzeni 1958 roku w Pałacu Sztuki odbyły się dwie wystawy indywidualne – w styczniu wystawa retrospektywna Andrzeja Wróblewskiego, na której pośród 259 dzieł zabrakło drzeworytów, zaś w październiku wystawa 67 prac Krystyny Wróblewskiej, wyłącznie drzeworytniczych. Wystawa „Matka i syn”, Muzeum Śląskie, Katowice 1993.

[18] Analiza numerów wskazuje, że matka artysty w pierwszej kolejności pogrupowała prace na papierze wedle ich wielkości i po kolei opracowywała każdą z nich. Pozostaje również znaczna grupa prac pominięta przez matkę. Powodem może być fakt, że nie uznała ich za twórczość syna lub nie znalazła ich w trakcie przygotowań do wystawy.

[19] Dopiero specjalistyczne badania grafologiczne podjęte w połowie 2012 roku przez Fundację Andrzeja Wróblewskiego umożliwiły zidentyfikowanie autorskich tytułów i sygnatur. Por. Magdalena Ziółkowska, Wojciech Grzybała, Monografia (nie)ortodoksyjna, [w]: Unikanie stanów pośrednich, dz.cyt., s. 630–679.

[20] Istnieją przypadki kompozycji abstrakcyjnych opisanych i odwróconych o 90 stopni, prawdopodobnie wbrew zamysłowi artysty, co zmieniało ich kompozycyjny sens. Przykładowo akwarelę Człowiek-abstrakcja Krystyna Wróblewska opisuje tak, by postać ludzka ujęta była jako stojąca, podczas gdy artysta sylwetkę człowieka ułożył horyzontalnie, wpisując w krajobraz geometrycznych figur. Po raz pierwszy praca ta została zreprodukowana zgodnie z zamysłem autora w katalogu wystawy To the Margin and Back. Andrzej Wróblewski (19271957), ed. Magdalena Ziółkowska, Eindhoven 2010, s. 39.

[21] Mieczysław Porębski, Przedmowa, dz.cyt., s. 5.

[22] Andrzej Wróblewski, List do Krystyny Wróblewskiej, [w:] Unikanie stanów pośrednich, dz.cyt., s. 710–711.

[23] Julian Kornhauser, Syn i zabita matka, z tomu Kamyk i cień, Poznań 1996, s. 48.

[24] Wybór tuszy na papierze przedstawiających sceny z Nowej Huty i litografia Grupa studentów zostały po raz pierwszy zaprezentowane na międzynarodowej wystawie artysty Andrzej Wróblewski. To the Margin and Back, Van Abbmuseum, Eindhoven, 2010. Ponownie wraz z m.in. gwaszami (Na wiecu; Sierp i młot; Wóda w Polsce), litografiami (Front Narodowy; Tow. Martyka padł na posterunku), cyklem tuszy Żałobna wieść prezentowanym w 2017 roku na „documenta 14” w Kassel – prace te pokazano w Polsce po raz pierwszy na wystawie „Andrzej Wróblewski. Patrzeć wciąż naprzód, Muzeum Narodowe, Kraków, 2012–2013.

[25] Andrzej Osęka, Malarski Brecht, dz.cyt.

[26] W Moskwie w grudniu 1958 roku planowano zaprezentować 11 płócien artysty. Na objazdową wystawę w Stanach Zjednoczonych przeznaczono początkowo 5, potem 3 płótna. Podaję za: odręczne notatki Krystyny Wróblewskiej, Archiwum Spadkobierców.

[27] Por. Andrzej Wróblewski, oprac. Aleksander Wojciechowski, Warszawa 1959, bp.

[28] „Nie sądzę, żeby [Krystyna Wróblewska – przyp. aut.] liczyła się poważnie z możliwością sprzedaży prac na papierach, prawdopodobieństwo ich sprzedaży było wówczas niewielkie”. Za: Jan Michalski, Chłopiec na żółtym tle. Teksty o Andrzeju Wróblewskim, Kraków 2009, s. 81–82.

[29] Por. Andrzej Szczerski, Polska nowoczesność na eksport Ryszard Stanisławski, Sao Paulo, Paryż i Łódź, [w:] Muzeum Sztuki w Łodzi. Monografia, red. Aleksandra Jach, Katarzyna Słoboda, Joanna Sokołowska, Magdalena Ziółkowska, Łódź 2015, s. 439.

[30] Por. Branislav Dimitrijević, Folklor, nowoczesność i śmierć wizyta Wróblewskiego w Jugosławii, [w:] Unikanie stanów pośrednich, dz.cyt., s. 482–525.

[31] Boris Buden, Warunki możliwości. Tłumacząc Wróblewskiego, [w]: Unikanie stanów pośrednich, dz.cyt., s. 723.

[32] Tamże.

„Zapach luksusu” – kolekcja flakonów perfumowych ze zbiorów rodziny Sosenków na portalu Wirtualne Muzea Małopolski

„Słowo »luksus« odnosi nas do światła (od łacińskiego lux), które sprawia, że rzeczy stają się widoczne. A idąc dalej – to za sprawą flakonu ulotne perfumy stają się widoczne, uzyskują swoją przedmiotową reprezentację” (Maciej Topolski, Antropologia zapachu).

Delikatne i smukłe, obłe lub kubiczne, minimalistyczne i bogato zdobione – flakony perfumowe z kolekcji rodziny Sosenków – uwodzą zmysły, przyciągają wzrok i rozbudzają wyobraźnię. Jak pachniały substancje, kadzidła i mieszanki suszonych kwiatów przechowywane w tych naczyniach? Kto ich używał? W jaki sposób komponowano perfumy? Dlaczego niektóre zapachy nas zniewalają, a inne odrzucają?

„Zmysły pozostają wciąż nieznanym terytorium, kolonizowanym powoli przez neurologów, kognitywistów, antropologów i historyków. Ci nasi codzienni towarzysze do dziś skrywają wiele tajemnic, choć »sensologia« ma długą tradycję, która zrodziła się w starożytnych cywilizacjach Indii i Chin. (…) Wiek XX przyniósł niepowstrzymaną stymulację wszelkich zmysłów, zniewalając człowieka hałasem miasta, magmą obrazów, postindustrialną kulturą wolnego czasu w znacznej mierze skoncentrowaną na dostarczaniu ciału zmysłowych bodźców; wiek XX i XXI skonfrontował jednostkę z wirtualnymi światami, potęgując zarówno konfuzję w sprawie zmysłów, jak i fascynację tym tematem” (Roma Sendyka, Antropologia Zmysłów, „Autoportret” 3 (35), 2011, s. 20).

Węch jest podobno pierwszym zmysłem, jaki rozwija się w naszym mózgu. Już w okresie prenatalnym zaczynamy przetwarzać emocjonalne reakcje na aromaty. Receptory węchowe są wyjątkowym miejscem najbliższego kontaktu układu nerwowego ze światem zewnętrznym. Kiedy wyczuwamy konkretny zapach, to nieświadomie łączymy go z częścią naszej pamięci. Zapach jest bodźcem, który umożliwia przywoływanie najróżniejszych wspomnień. Ten zindywidualizowany zapis powoduje, że woń wywołuje zupełnie inną reakcję w każdym z nas. Badania nad olfaktoryką (nauką o zapachach) pokazały, że człowiek przetwarza bodźce zapachowe inaczej niż pozostałe zmysłowe wrażenia, a wrażliwość na zapachy nie jest cechą stałą i niezmienną.

Już w starożytności ludzie przywiązywali wagę do zapachu i chcieli pachnieć. Pochodzenie perfum przypisuje się Egipcjanom, którzy wykorzystywali substancje zapachowe w ceremoniach religijnych, przygotowaniach pogrzebowych oraz w życiu codziennym. Archeolodzy odkryli wyjątkowo dobrze zachowany flakon z perfumami pochodzący ze starożytnego Egiptu i należący do królowej Hatszepsut, zmarłej około 1457 roku p.n.e. Persowie przyjęli stosowanie perfum jako znak statusu społecznego, a Grecy i Rzymianie zaczęli postrzegać tworzenie perfum jako sztukę i produkować je w dużych ilościach. W XVIII wieku towarem luksusowym była woda kolońska, której zapach przypominał „wiosenny poranek we Włoszech, żonkile i kwiaty pomarańczy po deszczu” (wypowiedź Johanna Marii Fariny – twórcy wody kolońskiej). Tylko Napoleon mógł sobie pozwolić na aplikowanie jednej butelki dziennie tych drogich perfum. Współcześnie poszukujemy dla siebie dobrze dobranego i oryginalnego zapachu.

Po ulotnych zapachach z minionych epok pozostały flakoniki, butelki – materialne świadectwo.

Flakon marki Chanel projektu Lou Doufmana, Fundacja Zbiorów Rodziny Sosenków, domena publiczna

Kolekcja rodziny Sosenków jest efektem rodzinnej pasji kolekcjonowania przedmiotów „z historią”. Ideą stworzenia zbiorów zatytułowanych Zapach luksusu było zaprezentowanie dziejów flakonu perfumowego jako dzieła sztuki, od prehistorii do czasów współczesnych. Autorką tej koncepcji jest Katarzyna Sosenko – historyczka sztuki, antykwariuszka oraz kuratorka. Kolekcja przez nią stworzona ma charakter unikatowy. Różnorodność eksponatów pozwala na interpretowanie ich na wielu płaszczyznach: artystycznej, historycznej, kulturowej, a także obyczajowej. Digitalizacja zbiorów rodziny Sosenków – 113 naczyń na perfumy ilustrujących historię zapachu – to możliwość spotkania z pierwszą na portalu kolekcją prywatną. Kruche przedmioty, otoczone aurą wieczności, są świadectwem o przemijających epokach i ludziach w nich żyjących. Flakony perfumowe są także źródłem wiedzy na temat dawnego wzornictwa. Forma naczyń oraz indywidualna ornamentyka pozwalają określić ówczesne preferencje estetyczne. W kolekcji znajduje się wiele flakonów projektowanych przez wybitnych artystów, a także opakowania prezentujące rozwój grafiki użytkowej i sztuki reklamy. Na szczególną uwagę zasługują projekty Renégo Lalique’a – artysty zatrudnionego przez Francois Coty’ego i Lou Doufmana – twórcy projektu flakonu na najsłynniejsze perfumy na świecie: Chanel Nr 5, których forma od czasu powstania w 1921 roku do dziś nie uległa zmianie. Doskonałym przykładem wyszukanych projektów jest także Firma Roger & Gallet, która otrzymała Grand Prix na Wystawie Światowej w Paryżu w 1900 roku za luksusowy futerał z czerwonego, satynowego jedwabiu. Swoją formą zachwyca modernistyczny flakon o kubicznej bryle zaprojektowany przez duet Louisa Süego i Andrégo Marego. Ich projekty, inspirowane kubizmem, zafascynowały ówczesny Salon Paryski i pozostają aktualne współcześnie.

Zmysłowa Kolekcja luksusu, na co dzień niedostępna dla szerokiej publiczności, zostanie opublikowana na portalu Wirtualne Muzea Małopolski wraz z pierwszym dniem wiosny – 21 marca 2019 roku. Wydarzeniem towarzyszącym publikacji będą warsztaty senselierskie, spotkanie o kolekcjonowaniu i zajęcia dla dzieci. Zapraszamy!

 

Opracowanie: Mirka Bałazy (Redakcja WMM),
Licencja Creative Commons

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.

 

Wyświetlanie 16 - 20 z 177 rezultatów.
Pozycji na stronę 5
z 36